Spisując zatem swoje refleksje na temat ewentualnego celibatu księży katolickich, narażam się na odtrącenie. Trudno jednak nie ulec wrażeniu, że samo słowo klątwa już należy do języka zamierzchłego, a debata na temat kondycji Kościoła rozciąga się publicznie od najwyższych hierarchów po tabloidy. Nie byłoby to możliwe w XVI wieku i, prawdę mówiąc, nie byłoby możliwe jeszcze przez ostatnie dziesięciolecia. Istniała ścisła granica miedzy antykatolikami, którzy starali się dopatrywać w Kościele wszelkiego zła, i społecznością katolicką zamkniętą na rozmowę o błędach. Dziś nie da się nie słyszeć i nie widzieć dramatu, o którym mówią wszyscy, różniąc się tylko językiem.

Skala zjawiska pedofilii wydaje się tak ogromna, że trudno nie zadać sobie pytania, w jakim procencie jest to choroba tej akurat społeczności. Mówimy przecież o oczywistym przestępstwie, nie o grzechach przeciw ascezie. Pisząc książkę o swojej rodzinie, spędziłam wiele czasu na podróżach po niewielkich parafiach, bo księgi parafialne to wielki skarb dla poszukiwaczy rodzinnych historii. Poznałam siłą rzeczy księży z tych małych wspólnot. Różni to ludzie: jedni aktywni społecznie, inni uduchowieni, zamknięci w sobie, a jeszcze inni do każdej rozmowy sięgający po kieliszki. Choroba alkoholowa u księży to nic nowego, w całej naszej literaturze od wieków pisali o tym poeci i fraszkopisarze. Co innego jednak czytać obrazki z życia kleru, a co innego widzieć na własne oczy człowieka udręczonego nałogiem.

Z tych podróży wyniosłam jedno silne wrażenie: księża katoliccy to na ogół ludzie boleśnie samotni. Są przecież różne samotności. Niektóre bolą. Prowadzą do takiego czy innego załamania, do takiego czy innego skrzywienia. Młodzi ludzie podejmujący się kapłaństwa na ogół nie zdają sobie sprawy, czym jest codzienne życie w małych parafiach. Z ciszy i pustki, kiedy wokół słychać śmiech dzieci i rodzinną krzątaninę.

Widziałam tę samotność i pewnie dlatego dzisiaj zadaję sobie pytanie, czy rozmowa o zniesieniu celibatu nie jest konieczna. Ciekawa jestem, czy zwołany przez papieża na luty szczyt szefów episkopatu dotknie tego tematu? Może jeszcze za wcześnie. Może najpierw trzeba rachunku sumienia i pokuty.

Czy tematem tych rozważań, a przynajmniej jednym z nich, będzie samotność? Nie uważam jej oczywiście za usprawiedliwienie, myślę tylko, że istnieje jedna wielka ludzka przyczyna tych zwichrowań. Mam jakieś poczucie, że Chrystus, nawołując do porzucenia wszystkiego, był w drodze i namawiał do ciągłej podróży. Całkiem czym innym jest posłannictwo w ruchu, a czym innym na krześle za pustym stołem. Od wieków wiemy, że wielu księży żyje podwójnym życiem albo topi samotność w alkoholu. Nigdy nie mogłam zrozumieć, dlaczego kapłani nie mogą być poddani tak trudnej próbie jak małżeństwo. Dlaczego nie mają obowiązku świecenia przykładem właśnie w tej dziedzinie. Wielu z nas rozmawiających czy pouczanych przez księży ma w głowie pytanie: co wiesz tak naprawdę o tym wszystkim?

Coraz śmielej piszę, choć temat jest fundamentalny i niewątpliwie należy do hierarchów Kościoła. Jednak celibat nie jest przecież jednym z korzeni chrześcijaństwa. Został ustanowiony w konkretnej epoce. Żyjemy już w innej – całkowicie odmiennej i cywilizacyjnie, i obyczajowo. Ilość informacji, jaką dysponuje człowiek w ciągu jednej minuty, prawdopodobnie zmienia jego duchowość. Nie uciekniemy od tego. Można tylko odwrócić bieg spraw.

Nie wiem, na ile stwierdzenie Soboru z 1563 roku jest obowiązujące – mam nadzieję, że snując refleksje na temat celibatu, nie zostanę wyklęta ze społeczności wiernych. Pójdę dalej – chciałabym kiedyś usłyszeć księdza, który mówi: to jest moja żona, a to są moje dzieci. Myślę, że mielibyśmy dużo nowych młodych ludzi wybierających stan kapłański.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95