Inicjatywa zmarłego kilka tygodni później prezydenta wynikała z faktu, że po upamiętnianiu Armii Krajowej, Powstania Warszawskiego, Solidarności coraz większe społeczne zainteresowanie, najczęściej całkiem oddolne, budzili Wyklęci. Potem na szerszą skalę ruszyły poszukiwania szczątków Wyklętych, którzy ginęli w lasach, ubeckich katowniach, aresztach lub więzieniach. Imperatyw upamiętnienia wynikał z dwóch powodów – po pierwsze, większość z nich walczyła o Polskę, a nie o swoje interesy. Po drugie, ich oprawcy chcieli ich skazać na zapomnienie również po śmierci.

Niestety, jak niemal wszystko w Polsce, Wyklęci padli ofiarą sporu ideologicznego. Spontaniczny kult na prawicy wkrótce stał się narzędziem politycznym. Jeszcze przed 2015 r. antysystemowość i wierność Wyklętych, ich służba do końca, nieraz zupełnie w beznadziejnych sytuacjach, stały się dobrą metaforą walki prawicy o powrót do władzy po epoce ciepłej wody w kranie. Wyklęci przecież do śmierci służyli przegranej sprawie. Nawet po wygranych przez prawicę wyborach, kult ten kwitł i został objęty ścisłym patronatem państwa. Bo w istocie znacznie lepiej opisywał rządy PiS po 2015 r. niż porównanie z Armią Krajową. Zamiast budowania instytucji, ładu i porządku była nieustanna walka o przyczółki, przekonanie, że prawica znajduje się w oblężonej twierdzy. Pamięć o Wyklętych zmuszała do nieustannej czujności – wróg czaił się wszędzie. Wszędzie krążyły jego niedobitki. Ale też czujności wymagał wróg zewnętrzny. Niemcy i Bruksela nieustannie przecież dybały na naszą niepodległość, a przynajmniej suwerenność. Pamięć o Wyklętych stała się swoistym szantażem moralnym, zmuszającym do nieustannej walki. Do mówienia na wysokim „C".




Nie było już spraw błahych, wszystko było ostateczne. Każde działanie było haniebne, nie było błędów tylko zdrady, targowica wydarzała się pięć razy w tygodniu. Wszystko było wzniosłe i pompatyczne. Każdy dzień musiał być testem z wierności i patriotyzmu. Prawica nie chce mieć letnich sympatyków, potrzebuje nieustannego ognia, który będzie zagrzewał do walki. Musi nieustannie ścierać się z wrogiem, trwać w permanentnym wzmożeniu. Wtedy nikt nie ma czasu na wątpliwości, na kwestionowanie geniuszu wodza.

To podejście wywołuje reakcję. Druga strona o Wyklętych zaczyna mówić językiem PRL-owskiej propagandy. Znów wraca narracja o przestępcach ukrywających się w lasach, o bandytach dokonujących pospolitych grabieży czy mordów na cywilach. Znane z historii przypadki bandziorów używających patriotycznego i antykomunistycznego sztafażu, by dodać sobie powagi, urastają do rangi reguły, dowodu, że Wyklęci byli źli. Nieustanna troska o niepodległość, walka z wrogami prawej strony, zastępowana jest naiwną wiarą, że nic nam nie zagraża (może poza Orbánem, Kaczyńskim i populizmem), że Unia to klub charytatywny, w którym liczą się jedynie uśmiechy i wartości, wszyscy zaś brzydzą się załatwianiem narodowych interesów. Zresztą UE jest tu szerszą antytezą. Tak jak Wyklęci byli w tej narracji siedliskiem nacjonalizmu, tak ponadnarodowa Unia wyrasta na tego, który ma nas obronić przed nami samymi.

Oczywiście prawda nie leży pośrodku. Ale wciąż mi się marzy, by móc o Wyklętych porozmawiać normalnie. O tym, co w tej tradycji jest pięknego, a co niebezpiecznego, porozmawiać o różnych, związanych z tym modelach patriotyzmu z trochę większą dystynkcją w rozumowaniu niż podział na faszystów i zdrajców. Może kiedy indziej. Na pewno nie 1 marca 2020 r.