Jeden z aktorów grających w "Magicznym drzewie" powiedział o panu: taki trochę Piotruś Pan... Co pan na to?

Piotruś Pan chciał być dzieckiem. Ja nie lubię, gdy dorosły udaje wieczne dziecko. Uważam natomiast, że są ludzie, którzy zachowują pamięć dzieciństwa. Są też tacy, którzy ten okres zapominają i tracą zdolność powracania do dziecięcych doznań. Myślę, że należę do pierwszej z tych grup. Dzięki temu rozumiem emocje najmłodszych, którzy są moimi bohaterami i widownią. Kiedy patrzę na dzieci idące ulicą, to wciąż wiem, co czują i jakie szalone pomysły mogą wpaść im do głowy.

Dlaczego robi pan filmy dla dzieci?

Są znakomitą publicznością. To inteligentni, uważni, wrażliwi i bardzo kreatywni widzowie. Ich spojrzenie na świat, tym samym na film, jest zawsze nowe i świeże. Dla dzieci nic nie jest oczywiste. Znam kilku naukowców, którzy mają tę cechę. Dzięki niej wymyślają genialne teorie. Lubię też u dzieci ten rodzaj prawdy, autentyzmu, które wymuszają na twórcy, nawet jeśli buduje on najbardziej niezwykłe historie. Wiem, że najważniejsze jest dla nich, by łączyć cudowność z codziennością.

Robiąc filmy dla dzieci, mam też wrażenie, że nie zaspokajam snobistycznych zachcianek, tylko robię coś społecznie użytecznego. Dlatego tworzenie dla dzieci jest fascynujące. Poza tym kino dziecięce to kino najwyższej rangi. Każdy, kto ma prawdziwą wyobraźnię i jest artystą, powinien przynajmniej raz w życiu stworzyć coś dla dzieci. Nie znaczy to, że każdemu się uda...

Myślał pan czasem o tworzeniu również dla dorosłych?

Badania na temat publiczności moich filmów na świecie pokazują, że stanowią ją w połowie dorośli. Tak jest np. w Niemczech i Francji. Być może wynika to z tego, że moje filmy są tam emitowane wieczorem. W czasie gali Emmy Award "Magicznym drzewem" zachwycali się twórcy serialu "Przystanek Alaska". Oni też kiedyś dostali Emmy, a teraz są członkami akademii przyznającej tę nagrodę. "Przystanek Alaska" oglądałem jako dziecko i uwielbiałem ten cykl. Jest przykładem filmu, który wymyka się wszelkim kategoriom. Jego widownia to po prostu ludzie z pogodą ducha i wyobraźnią. Wiek jest mniej ważny. Mam nadzieję, że tak samo jest z moimi filmami.

Nie lubi pan castingów. Jak poszukuje pan aktorów do dziecięcych ról?

Nie szukam tylko aktorów. Chcę osobowości. Dlatego przed skompletowaniem obsady odwiedzam szkoły. Na castingi większość ciekawych dzieci po prostu nie przyjdzie. Ich rodzice nie mają na to czasu, daleko mieszkają itp. Poza tym po programach typu "Idol" ludzie się boją, że jakieś zwariowane jury będzie z nich drwić. Dlatego najlepiej pójść tam, gdzie dzieci czują się swobodnie. Szkoła to ich teren. Ja jestem tylko gościem. Absolutnie fantastycznych aktorów znajdowałem zawsze w szkołach. Kiedy pytałem później grające u mnie dzieci, czy przyszłyby na casting, odpowiadały, że nigdy.

Zdarza się jednak, że i na klasycznym castingu wyławiamy perełkę. Tak było przy ostatnim z moich filmów – kinowej wersji "Magicznego drzewa". Szukaliśmy dziewczynki do jednej z głównych ról. Pojawiła się Majka, która okazała się świetna. Z nią przyszedł niezwykły mały chłopiec. Wówczas nie miał chyba siedmiu lat. Okazał się naprawdę fantastycznym aktorem. Kłopot polegał na tym, że ja nie miałem w scenariuszu roli dla takiego dziecka. Ale uparłem się, że musi u mnie zagrać. Błyskawicznie stworzyłem mu postać.

Dzieci tworzą w pana filmach niezwykłe i bardzo naturalne kreacje, choć są najczęściej debiutantami. Jak pan to osiąga?

Piszę takie role, że dzieci czują się w nich dobrze. Staram się, by rytm dialogu był dla nich naturalny. Planuję też dużo dynamicznych scen. Dziecko bowiem wyraża się poprzez ruch. Lubi biegać i być aktywne. Ważne jest też zaufanie. Tłumaczenie najmłodszym, co się wokół nich dzieje. Gdy dziecko mi ufa, to czuje się przed kamerą bezpiecznie i gra swobodniej. Proszę pamiętać, że praca z aktorem dziecięcym to tylko część procesu realizacji filmu. Cała ta ogromna fabryka filmowa musi działać przy dzieciach tak samo jak w każdym innym filmie. Dlatego oswajamy dziecięcych aktorów z atmosferą planu filmowego jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Wyjeżdżamy z nimi na krótkie obozy, na których kamerami DV rejestrujemy próby. I tak, w bezpiecznych warunkach, przygotowują się na stres pracy przy filmie. Nie ukrywam, że takie próby są także mnie potrzebne.

W pana filmach obok dzieci grają też świetni aktorzy. Danuta Stenka, Hanna Śleszyńska, Wiktor Zborowski... Jak radzą sobie z magią na planie?

W "Magicznym drzewie" zagrała plejada gwiazd. Powoli kończą nam się mamy. Zrobiliśmy dziesięć części cyklu. W każdej są role matek. Fantastyczne kreacje stworzyły Danuta Stenka, Hanna Śleszyńska, Ewa Telega, która zagrała matkę zimną, nieprzystępną. Odkryciem była dla mnie Marysia Peszek. Mamę zagrała cudownie. Wszyscy byli zaskoczeni, bo jest postrzegana w zupełnie inny sposób. Dzieci na planie filmowym uwielbiały ją. Przypomina troszkę taką mamę Muminka. Świetna jest też Ewa Bułhak.

Magia dla profesjonalnych aktorów to prawdziwe wyzwanie. Czasem boją się, że wypadną śmiesznie, niepoważnie. Pamiętam scenę, w której rodziców grali Andrzej Chyra i Agnieszka Grochowska. Są aktorsko świetni, doświadczeni. W ułamku sekundy mieli przeistoczyć się z ludzi dobrych w złych. Naprawdę czułem w nich niepokój. Przystępowali do tego z rezerwą. Nie wiedzieli, czy szukać rozwiązania formalnego, czy bardziej realistycznego. Mogłem jako reżyser dać im tylko jedną radę – musieli uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Bo fantastyka musi łączyć się z prawdziwymi emocjami. Inaczej scena nie wypali.

Realizowaliśmy też ujęcie, w którym Hanna Śleszyńska przeistacza się w małą dziewczynkę. Towarzyszył temu efekt wichury. Propelery dmuchały z taką siłą, że zrywały się liście z drzew, a aktorzy przewracali. Specjalna maszyna dmuchała pyłem, który udawał zamieć śnieżną. W całym tym zamieszaniu Hanka musiała tak zagrać, by nie było dubla, bo po tej scenie wszystko było zasypane śniegiem. Tutaj bawiliśmy się formą, aktorka, przemieniając się, wykonała coś na kształt tańca. Udało się znakomicie.

Co takiego ma w sobie cykl "Magiczne drzewo", że pokonał w Nowym Jorku konkurencję z całego świata?

Serial ma swój oryginalny styl. Niesamowite historie zdarzają się w naszym codziennym świecie i dotyczą bliskich ludziom spraw. Są wiarygodne. Odbyliśmy szereg rozmów z przedstawicielami akademii przyznającej Emmy. Za każdym razem powtarzali, że ten film doskonale łączy efekty specjalne z prawdziwymi emocjami. Że to jest najbardziej autentyczny film fantastyczny, jaki widzieli. Cieszyło mnie to, bo właśnie takie kino chcę robić. Chcę kręcić filmy, które są jednocześnie baśniami i opowieściami o realnym życiu. Myślę, że sposób, w jaki łączę baśniowość i prawdę, jest czymś nowym.

Czy twórczość dla dzieci jest doceniana w Polsce?

Coś zaczyna się w naszym kraju zmieniać. Pojawia się lepsza aura dla dziecięcego kina i fantastyki. Myślę, że sukcesy "Magicznego drzewa" też mają w tym udział. Proszę zauważyć, jak dużym zaufaniem obdarzyła mnie polska publiczna telewizja. Zdecydowała się produkować skomplikowany realizacyjnie i bardzo kosztowny serial, w dodatku kręcony na filmowym negatywie. To ewenement. Myślę, że dziś nikt tej inwestycji nie żałuje.

Jak wygląda podejście do twórców dla dzieci w innych krajach?

Młody widz to bardzo ważny widz. To poważny segment filmowego rynku. Zwłaszcza w USA. Gwiazdy filmowe chcą robić dubbingi do animacji. U nas zjawisko to pojawiło się przy okazji "Shreka". W Skandynawii producent filmowy, który otrzymuje od państwa fundusze na tworzenie filmów, jest zobowiązany, by co trzeci obraz realizować z myślą o młodej widowni. Państwo pomaga w promocji tych filmów, w kinach dotuje bilety dla najmłodszych. Filmowa Europa, tworząc dla dzieci, wychowuje sobie dorosłego kinomana.

Myśli pan, że filmy dla najmłodszych mogą stać się kinowym hitem? Pomijam tu adaptacje typu "Harry Potter"..

.

Ubiegłoroczna lista najlepiej sprzedających się filmów na świecie pokazywała, że z pięciu obrazów, które miały największą widownię, trzy adresowane były do publiczności młodej. Staram się nie myśleć o swoich filmach w kategorii hitu. Po prostu chcę, by dzieci je oglądały, bo film bez widza traci sens. Realizujemy teraz "Magiczne drzewo" w wersji kinowej i jestem pewny, że widzowie przyjmą film równie dobrze jak cykl telewizyjny. Dzieci są już zmęczone animacją. Chcą oglądać żywych bohaterów, prawdziwe dzieci, z którymi mogą się utożsamiać. Nasz film będzie dużym widowiskiem, pełnym niesamowitych zdarzeń. Taką migotliwą, pełną cudów historią. Będzie też jednocześnie pokazywał prawdziwe emocje i dużo dobrej ludzkiej energii.

Dobry film jest jak dobry prezent. Musi być wielką niespodzianką i jednocześnie spełniać nasze tęsknoty.

Co da panu nagroda Emmy Award?

Na pewno łatwiejsze będą rozmowy z przyszłymi dystrybutorami kinowej wersji "Magicznego drzewa". Może teraz zrealizuje się marzenie, by wokół mojej twórczości powstało w Polsce silne studio produkujące filmy dla młodej widowni na całym świecie. Taki polski Pixar. Są już pierwsze kroki w tym kierunku. Może też o moich filmach dowie się wreszcie widownia w Polsce. Bo najczęściej wywiady ze mną zaczynają się od słów: jest pan bardziej znany za granicą niż w Polsce..." A przecież ja pracuję w Polsce. I nie chcę tego zmienić. ?