Rzeczywiście, jak zauważają niektórzy komentatorzy, amerykańskie konwencje coraz częściej przypominają zjazdy partii komunistycznych albo też zloty sprzedawców Amwaya. Ma być entuzjastycznie, głośno, dramatycznie.
Ważne nie to, co się mówi, ale jak. Jakich słów się używa, jak wielkie oczekiwania udaje się rozbudzić. A tego właśnie – nadziei i nowej wiary – Amerykanie udręczeni kryzysem gospodarczym i ciągnącą się wojną iracką potrzebują najbardziej. Stąd pewnie też tak wielka popularność Baracka Obamy, który jest żywą obietnicą nowości, przełomu, przyszłości, otwarcia na nowe szanse itd. Patrząc na kolejne występy jego przyjaciół, na to, co on sam ma do powiedzenia i jak wielką rolę w jego przekazie pełni choćby wideoklip Michelle, żony Obamy, łatwo dojść do przekonania, że współczesny polityk jest przede wszystkim produktem marketingowym, a demokracja sztuką tworzenia iluzji.