Cóż jest tak urze­ka­ją­ce­go w pił­ce noż­nej, że pre­mier du­że­go środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie­go pań­stwa przy­zna­je, iż go­tów był „za­bić" sę­dzie­go, gdy ten pod­jął kon­tro­wer­syj­ną de­cy­zję w cza­sie jed­ne­go z me­czów? Ja­ka wiel­ka si­ła mo­bi­li­za­cji mu­si pły­nąć z fa­scy­na­cji tym spor­tem, sko­ro bo­daj je­dy­nym du­żym pro­jek­tem zre­ali­zo­wa­nym przez rząd owe­go pre­mie­ra w cią­gu pię­ciu lat oka­zu­je się pro­gram bu­do­wy bo­isk pił­kar­skich?

Jak waż­na mu­si być to dzie­dzi­na ży­cia, je­że­li ten sam pre­mier, choć ty­le spraw wy­my­ka mu się spod kon­tro­li, a li­sta rze­czy nie­za­ła­twio­nych czy za­nie­dba­nych wy­dłu­ża się z każ­dym mie­sią­cem je­go rzą­dów, za­wsze znaj­du­je czas, aby za­grać mecz ze swy­mi współ­pra­cow­ni­ka­mi?

Pił­kar­skie in­kli­na­cje sze­fa pol­skie­go rzą­du nie są by­naj­mniej wy­jąt­kiem wśród przy­wód­ców państw. Si­lvio Ber­lu­sco­ni za swój wiel­ki ży­cio­wy suk­ces uzna­je za­pew­ne stwo­rze­nie jed­ne­go z naj­sil­niej­szych klu­bów ostat­nich de­kad. W Hisz­pa­nii spra­wą nie tyl­ko po­li­tycz­nie, ale wręcz eg­zy­sten­cjal­nie istot­ną, jest to, czy tam­tej­szy pre­mier ki­bi­cu­je Re­alo­wi Ma­dryt jak obec­ny, czy Bar­ce­lo­nie jak je­go po­przed­nik.

Ale przede wszyst­kim pił­ką noż­ną fa­scy­nu­ją się set­ki mi­lio­nów lu­dzi na ca­łym świe­cie. Zba­ga­te­li­zo­wać te­go nie spo­sób, zwłasz­cza że dzię­ki mi­strzo­stwom Eu­ro­py na pol­skich bo­iskach z ową go­rącz­ką sty­ka­my się jesz­cze bar­dziej na­ma­cal­nie niż zwy­kle.

Fe­no­men pił­ki noż­nej jest sto­sun­ko­wo świe­żej da­ty. An­gli­cy, któ­rzy chlu­bią się, że ich li­ga by­ła pierw­sza, utwo­rzy­li ją wszak do­pie­ro pod ko­niec XIX w. Co praw­da, z pew­nej per­spek­ty­wy wy­da­wać się mo­że, że to pre­hi­sto­ria, gdy w 1888 r. ru­sza­ły roz­gryw­ki The Fo­ot­ball Le­ague, nie za­no­si­ło się jesz­cze na upa­dek mo­nar­chii habs­bur­skiej, zaś że­la­zny kanc­lerz Bi­smarck wciąż trwał u ste­ru rzą­dów. Ba! Gdy­by tyl­ko ze­chcia­ła, za­go­rza­łym ki­bi­cem Der­by Co­un­ty czy Ever­to­nu mo­gła­by się stać wów­czas sa­ma Wik­to­ria Ha­no­wer­ska.

Z dru­giej wszak­że stro­ny, od owych pio­nier­skich cza­sów dzie­li nas rap­tem le­d­wie kil­ka­na­ście ge­ne­ra­cji. W tym cza­sie zdą­ży­ło się po­ja­wić i znik­nąć wie­le in­nych mód i „sty­lów" ży­cia, a fa­scy­na­cja pił­ką noż­ną nie dość, że trwa, to zda­je się jesz­cze ro­snąć.

Na­wet dłu­go nie­czu­li na uro­ki soc­ce­ra Ame­ry­ka­nie, co w za­sa­dzie jak nie­wie­le in­nych zja­wisk mo­gło­by świad­czyć, że na­stą­pi­ło ze­rwa­nie cią­gło­ści ze „sta­rym świa­tem", do­ro­bi­li się wresz­cie po­rząd­nej li­gi pił­kar­skiej. Me­cze na mi­strzo­stwach świa­ta czy Eu­ro­py, naj­lep­sze po­tycz­ki w Li­dze Mi­strzów czy szla­gie­ry li­go­we z An­glii i Hisz­pa­nii ścią­ga­ją przed te­le­wi­zo­ry set­ki mi­lio­nów wi­dzów.

Te na­praw­dę do­bre li­gi kra­jo­we cie­szą się nie­słab­ną­cą wiel­ką po­pu­lar­no­ścią. Bun­de­sli­ga przy­cią­ga na sta­dio­ny śred­nio po­nad 40 tys., Pre­mier Le­ague oko­ło 35 tys., zaś Pri­me­ra Di­vi­sion bli­sko 30 tys. wi­dzów. Na­wet uprze­dze­ni do fut­bo­lu scep­ty­cy mu­szą przy­znać, że to god­ne uzna­nia licz­by.

Piłka, czyli socjologia

Wier­ność bar­wom klu­bo­wym jest czę­sto prze­ka­zy­wa­ną ro­dzin­nie tra­dy­cją. Moż­na się zży­mać, że by­wa­ją bar­dziej pod­nio­słe oby­cza­je niż ki­bi­co­wa­nie od po­ko­leń jed­ne­mu klu­bo­wi, ale dla wie­lu wspól­not lo­kal­nych ma ono du­że zna­cze­nie. Zbyt kar­ko­łom­ną by­ła­by za­pew­ne te­za, że owa cią­głość świad­czy nie­zbi­cie o kon­ser­wa­tyw­nych in­stynk­tach ki­bi­ców, zwłasz­cza gdy skon­fron­tu­je się ją z ide­olo­gią le­wac­ką wy­zna­wa­ną przez wie­lu fa­nów z za­chod­niej Eu­ro­py (przy­kła­dem choć­by sym­pa­ty­cy Li­vor­no i Stan­dar­du Lie­ge).

Nie­za­leż­nie wszak­że od róż­nych ide­owych ob­licz ru­chu ki­bi­cow­skie­go, dla toż­sa­mo­ści lo­kal­nej za­in­te­re­so­wa­nie pił­ką noż­ną od­gry­wa nie­kie­dy zna­czą­cą i na ogół po­zy­tyw­ną ro­lę. Klu­by an­ga­żu­ją się w ak­cje cha­ry­ta­tyw­ne, w ich szkół­kach tre­nu­ją nie­kie­dy ty­sią­ce dzie­ci. Więk­sze ze­spo­ły by­wa­ją co praw­da fi­nan­so­wym utra­pie­niem dla wła­ści­cie­li (za­dłu­że­nie jest obec­nie nor­mą na­wet w naj­bo­gat­szych li­gach), ale sty­mu­lu­ją lo­kal­ny biz­nes. Me­cze pił­kar­skie sta­no­wią oka­zję do spo­tkań to­wa­rzy­skich i ro­dzin­nych, w nie­któ­rych miej­sco­wo­ściach wręcz wy­ty­cza­ją rytm ży­cia.

Nic za­tem dziw­ne­go, że ak­ces do lo­kal­nej spo­łecz­no­ści i swo­iste utoż­sa­mie­nie się z nią do­ko­nu­je się nie­kie­dy po­przez po­dzie­le­nie naj­więk­szej miej­sco­wej pa­sji, ja­ką by­wa ki­bi­co­wa­nie uko­cha­ne­mu tu­tej­sze­mu klu­bo­wi. Wspól­no­ty ki­bi­cow­skie nie­uchron­nie ewo­lu­ują wraz ze zmia­na­mi kul­tu­ro­wy­mi, spo­łecz­ny­mi i go­spo­dar­czy­mi, za­cho­dzą­cy­mi w oko­li­cy, z któ­rej wy­ra­sta­ją, ale prze­kształ­ca­ją się na ogół po­wo­li, sta­no­wiąc je­den z naj­sil­niej­szych czyn­ni­ków pod­trzy­mu­ją­cych lo­kal­ne, nie tyl­ko pił­kar­skie, tra­dy­cje.

Nie za­ni­ka­ją one na­wet mi­mo skraj­nej ko­mer­cja­li­za­cji spor­tu i te­go, że w po­szcze­gól­nych klu­bach gra te­raz znacz­nie mniej wy­cho­wan­ków „chło­pa­ków z są­siedz­twa", niż to by­wa­ło jesz­cze do po­cząt­ku lat 90., nim po­czę­ły pa­dać w Eu­ro­pie ko­lej­ne ba­rie­ry dla za­trud­nia­nia pił­ka­rzy z in­nych państw.

Pił­ka noż­na oczy­wi­ście nie tyl­ko łą­czy. Gra­ni­ca wspól­no­to­wo­ści jest na ogół wy­raź­na – sta­no­wi ją ist­nie­nie in­nych, kon­ku­ren­cyj­nych spo­łecz­no­ści ki­bi­cow­skich. To pod­sy­ca ry­wa­li­za­cję i zwią­za­ne z nią emo­cje – bez te­go nie by­ło­by fe­no­me­nu po­pu­lar­no­ści fut­bo­lu, od­wo­łu­ją­ce­go się tu wszak do naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych in­stynk­tów ludz­kich.

Dzie­li, bo mu­si

To­wa­rzy­szą­ce pił­ce noż­nej an­ta­go­ni­zmy mie­wa­ją przy tym źró­dła du­żo po­waż­niej­sze niż nie­po­skro­mio­na chęć, aby uko­cha­ny ze­spół wy­grał z nie­lu­bia­nym ry­wa­lem (o zwy­kłym chu­li­gań­stwie i ban­dy­ty­zmie nie wspo­mi­na­jąc). Zda­rza się bo­wiem, że od­zwier­cie­dla­ją one za­sad­ni­cze, hi­sto­rycz­nie uwa­run­ko­wa­ne po­dzia­ły spo­łecz­ne, po­li­tycz­ne czy kul­tu­ro­we.

Emo­cje zwią­za­ne z ry­wa­li­za­cją pił­kar­ską by­wa­ją wów­czas wtór­ne wzglę­dem znacz­nie do­nio­ślej­szych kon­flik­tów. Kla­sycz­nym te­go przy­kła­dem są ani­mo­zje mię­dzy ze­spo­ła­mi z Glas­gow: ka­to­lic­kim Cel­ti­kiem i pro­te­stanc­kim Ran­gers. In­ne pod­ło­że mia­ło na­pię­cie to­wa­rzy­szą­ce przed la­ty der­bom Rzy­mu, gdzie La­zio wy­wo­dzi­ło się z kla­sy śred­niej, zaś Ro­ma ze śro­do­wisk ro­bot­ni­czych. Po­dob­nie by­ło np. w Se­vil­li – FC Se­vil­la ucho­dzi­ła za klub „bo­ga­tych", Re­al Be­tis „bied­nych", a to wszak je­den z pod­sta­wo­wych eu­ro­pej­skich po­wo­dów, aby się wza­jem­nie szcze­rze nie lu­bić, a na­wet zwal­czać.

Na­wet je­śli z cza­sem owe „kla­so­we" po­dzia­ły się za­cie­ra­ją, pa­mięć o nich po­zo­sta­je ży­wa, a fa­ni by­naj­mniej nie­ko­niecz­nie fa­na­tycz­ni tych nie­gdyś po­róż­nio­nych ze­spo­łów na ogół wciąż nie da­rzą się sym­pa­tią. Przy­kła­dy po­dob­nych niepił­kar­skich źró­deł ki­bi­cow­skich an­ta­go­ni­zmów moż­na by mno­żyć.

Zja­wi­ska te do­ty­czą rów­nież ca­łych re­gio­nów. Im bar­dziej da­ne pań­stwo jest zróż­ni­co­wa­ne, tym więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że me­czom ze­spo­łów po­cho­dzą­cych z róż­nych je­go czę­ści bę­dą to­wa­rzy­szyć do­dat­ko­we, nie­ko­niecz­nie czy­sto pił­kar­skie emo­cje.

Ta­ki wy­miar ma na przy­kład ry­wa­li­za­cja Po­łu­dnia i Pół­no­cy we Wło­szech: spo­tka­nia Na­po­li czy Pa­ler­mo z klu­ba­mi z Me­dio­la­nu i Tu­ry­nu to nie tyl­ko sta­ra tra­dy­cja fut­bo­lo­wa, ale po czę­ści i zde­rze­nie re­sen­ty­men­tów, ste­reo­ty­pów, wza­jem­nych pre­ten­sji miesz­kań­ców bar­dzo od­mien­nych re­gio­nów.

In­ną kla­sycz­ną li­nią po­dzia­łu pił­kar­skie­go, na­ło­żo­ne­go na emo­cje zu­peł­nie niepił­kar­skie, jest ry­wa­li­za­cja sto­li­cy z resz­tą kra­ju (na­praw­dę wie­lu Fran­cu­zów nie zno­si sto­łecz­no­ści Pa­ris Sa­int­-Ger­ma­in, choć Pa­ryż to ta­kie pięk­ne mia­sto).

Naj­bar­dziej ja­skra­we przy­kła­dy zna­cze­nia iden­ty­fi­ka­cji re­gio­nal­nej ki­bi­ców po­cho­dzą z li­gi hisz­pań­skiej. Tam ka­ta­loń­skość Bar­ce­lo­ny czy ba­skij­skość Ath­le­tic Bil­bao są rów­nie istot­ne jak ich wy­ni­ki spor­to­we. W przy­pad­ku klu­bu z Bil­bao nic bar­dziej o tym nie świad­czy niż fakt, że za­trud­nia je­dy­nie pił­ka­rzy­ Ba­sków, rzecz w za­sa­dzie bez pre­ce­den­su we współ­cze­snej pił­ce.

Bar­ce­lo­na ta­ka za­sad­ni­cza w przy­wią­za­niu do ka­ta­loń­sko­ści nie jest, by re­zy­gno­wać z usług wy­bit­nych gra­czy z ca­łe­go świa­ta, ale mo­że się szczy­cić tym, że naj­więk­sze suk­ce­sy osią­gnę­ła wte­dy, gdy w jej skła­dzie po­ja­wi­ło się wie­lu wy­cho­wan­ków. Dla nich, po­dob­nie jak dla dzia­ła­czy i ki­bi­ców te­go wiel­kie­go klu­bu, nie ma waż­niej­szej ry­wa­li­za­cji niż me­cze z Re­alem Ma­dryt.

Ja­kie to­wa­rzy­szą im emo­cje i za­ra­zem pod­tek­sty, niech za­świad­czy za­wo­ła­nie wy­cho­wan­ka Bar­ce­lo­ny, Ka­ta­loń­czy­ka Ge­rar­da Pi­qué, któ­ry w 2011 r. przed fi­na­łem Pu­cha­ru Hisz­pa­nii wy­krzy­czał do ma­dryc­kich ry­wa­li (z któ­rych czę­ścią gra w hisz­pań­skiej re­pre­zen­ta­cji): „Od­bie­rze­my wam ten pu­char WA­SZE­GO kró­la".

Ry­zy­kow­ne by­ło­by uzna­nie tych słów za wy­ra­fi­no­wa­ny ma­ni­fest od­ręb­no­ści hi­sto­rycz­nej i kul­tu­ro­wej Ka­ta­lo­nii od Ka­sty­lii, choć w za­sa­dzie w Unii Eu­ro­pej­skiej, gdzie ty­le się mó­wi o ko­niecz­no­ści pie­lę­gno­wa­nia tra­dy­cji lo­kal­nych i za­le­tach re­gio­na­li­zmu, na­le­ża­ło­by ta­kie­mu za­cho­wa­niu sto­pe­ra Bar­ce­lo­ny przy­kla­snąć.

Fak­tem jest jed­nak, że emo­cje to­wa­rzy­szą­ce słyn­ne­mu El Clási­co po­tę­gu­ją za­szło­ści z cza­sów ge­ne­ra­ła Fran­co, gdy pu­pi­lem wła­dzy stał się lo­jal­ny wo­bec niej klub z Ma­dry­tu, a ko­ja­rzo­na z opo­zy­cją Bar­ce­lo­na czu­ła się nie­kie­dy słusz­nie szy­ka­no­wa­na.

Hi­sto­ria ma zna­cze­nie

Po­dob­ne po­zo­sta­ło­ści cza­sów dyk­ta­tu­ry ma­my w Pol­sce. Wszak wie­lu ki­bi­ców wciąż po­strze­ga Le­gię War­sza­wa przez pry­zmat wspo­mnie­nia woj­sko­we­go ko­mu­ni­stycz­ne­go klu­bu, krad­ną­ce­go kon­ku­ren­cji naj­lep­szych pił­ka­rzy pod pre­tek­stem ko­niecz­no­ści od­by­cia przez nich służ­by woj­sko­wej. Mi­li­cyj­ną prze­szłość wy­po­mi­na się Wi­śle Kra­ków, pa­mię­ta o przy­wi­le­jach, ja­ki­mi zwłasz­cza „za Gier­ka" cie­szy­ły się klu­by gór­ni­cze.

Za ła­two na­to­miast za­po­mi­na, że i Le­gia, i Wi­sła – po­dob­nie jak wie­le in­nych klu­bów sko­mu­ni­zo­wa­nych w PRL – ma­ją hi­sto­rię znacz­nie dłuż­szą, a chlub­ne pa­trio­tycz­ne kar­ty w ich przed­wo­jen­nych dzie­jach za­pi­sa­ło wie­lu pił­ka­rzy i dzia­ła­czy.

Ko­mu­ni­stycz­ne ze­rwa­nie cią­gło­ści z II RP spra­wia, że rów­nież si­ła tra­dy­cji nie­sio­nej przez pił­kę klu­bo­wą jest w Pol­sce mniej­sza niż w więk­szo­ści kra­jów za­chod­nich, gdzie po­dob­nie jak w in­nych dzie­dzi­nach roz­wój tej sfe­ry ży­cia do­ko­ny­wał się na ogół ewo­lu­cyj­nie. Za­ko­rze­nie­nie ki­bi­co­wa­nia w hi­sto­rii znaj­du­je tu w każ­dym ra­zie swo­je po­twier­dze­nie.

Be­ne­fi­cjen­ta­mi tra­dy­cji pił­kar­sko­-kul­tu­ro­wych są Wa­lij­czy­cy, Szko­ci i Ir­land­czy­cy z Ir­lan­dii Pół­noc­nej. Choć w in­nych oko­licz­no­ściach wy­stę­pu­ją, przy­naj­mniej for­mal­nie, ja­ko mniej lub bar­dziej dum­ni miesz­kań­cy Wiel­kiej Bry­ta­nii, w ry­wa­li­za­cji pił­kar­skiej (choć nie tyl­ko w niej po­dob­nie jest np. w rug­by) re­pre­zen­tu­ją swo­je kra­je, przy­po­mi­na­jąc tym sa­mym o ich od­ręb­no­ści wzglę­dem do­mi­nu­ją­cej w bry­tyj­skim pań­stwie An­glii.

Moż­na to ba­ga­te­li­zo­wać ja­ko po­zo­sta­łość cza­sów, w któ­rych o nie­mal wszyst­kim w pił­ce noż­nej, na cze­le z prze­pi­sa­mi, de­cy­do­wa­li pio­nier­scy Wy­spia­rze, ale iden­ty­fi­ka­cje na­ro­do­we tyl­ko na tym zy­sku­ją, gdy Szko­ci czy Wa­lij­czy­cy rzu­ca­ją się w wir pił­kar­skie­go bo­ju pod wła­sny­mi sztan­da­ra­mi.

Ki­bi­ce ma­ją swych bo­ha­te­rów, któ­rych pa­mięć pie­lę­gnu­ją, opo­wia­da­ją o le­gen­dar­nych me­czach sprzed lat, sło­wem prze­ży­wa­ją, w przy­ziem­ny mo­że spo­sób, ale jed­nak coś, co sta­no­wi sil­ne wspól­no­to­we do­świad­cze­nie, co nie­któ­rym z nich naj­bar­dziej przy­po­mi­na o ich toż­sa­mo­ści.

Toż­sa­mość cią­gle sil­na

Gdy­by za­miast zjed­no­czo­nych Nie­miec do gry w tur­nie­jach mię­dzy­na­ro­do­wych aspi­ro­wa­ły osob­no Ba­wa­ria, Pru­sy czy Sak­so­nia, wie­lu ki­bi­ców z in­nych kra­jów nie na­rze­ka­ło­by z te­go po­wo­du, choć za­pew­ne głów­ną ich mo­ty­wa­cją by­ła­by nie ty­le sa­tys­fak­cja z nie­trwa­ło­ści po­li­tycz­ne­go dzie­ła Bi­smarc­ka, ile chęć osła­bie­nia re­pre­zen­ta­cji, któ­ra z ta­ką re­gu­lar­no­ścią wal­czy o naj­wyż­sze tro­fea.

W ostat­nich la­tach zresz­tą z wiel­kim udzia­łem pił­ka­rzy o ko­rze­niach pol­skich, tu­rec­kich czy bał­kań­skich. Przy­kład nie­miec­ki mógł­by zresz­tą ko­goś nie­zo­rien­to­wa­ne­go skło­nić do po­sta­wie­nia te­zy, że na­ro­do­wość stra­ci­ła zna­cze­nie nie tyl­ko w pił­ce klu­bo­wej po­za wspo­mnia­nym Ath­le­tic Bil­bao, in­ne klu­by z eu­ro­pej­skiej czo­łów­ki są kon­glo­me­ra­tem gra­czy ze wszyst­kich stron świa­ta, ale tak­że w re­pre­zen­ta­cji kraju. Nic z tych rze­czy.

Mo­gą so­bie po­stę­pow­cy wszel­kiej ma­ści ma­rzyć o roz­my­ciu się toż­sa­mo­ści na­ro­do­wych i wy­par­ciu ich przez zu­ni­wer­sa­li­zo­wa­ną eu­ro­pej­skość, ale to mrzon­ki, któ­rych nie­do­rzecz­ność pił­ka noż­na ob­na­ża w bar­dzo pro­sty, wręcz przy­ziem­ny spo­sób.

Każ­dy, kto śle­dzi roz­gryw­ki re­pre­zen­ta­cyj­ne, ten do­sko­na­le wie, że Wło­si trzy­ma­ją kciu­ki za Wło­chów, że Niem­cy pra­gną zwy­cię­stwa ze­spo­łu nie­miec­kie­go i że rów­nie za­go­rza­le „swo­im" ki­bi­cu­ją Ser­bo­wie, Ho­len­drzy, An­gli­cy itd. To dla­te­go mi­strzo­stwa Eu­ro­py i świa­ta są nie­zmien­nie naj­waż­niej­szym wy­da­rze­niem pił­kar­skim.

Jest w tym wie­le z in­stynk­tu stad­ne­go, z mo­dy, z na­śla­dow­nic­twa in­nych. Jednak bez sil­ne­go bodź­ca w po­sta­ci po­trze­by od­czu­wa­nia wię­zi wspól­no­to­wej, zwłasz­cza tej szcze­gól­nie moc­no do­świad­cza­nej pa­trio­tycz­nej, sam duch ry­wa­li­za­cji nie wy­star­czył­by, aby prze­ży­wać roz­gryw­ki mię­dzy­pań­stwo­we z in­ten­syw­no­ścią, któ­rej prze­ja­wy do­strze­że­my przez ca­łe czerw­co­we za­wo­dy.

Nic za­tem dziw­ne­go, że pol­scy ki­bi­ce po­wszech­nie obu­rzy­li się na PZPN, gdy spró­bo­wał wpro­wa­dzić no­wy mo­del ko­szu­lek re­pre­zen­ta­cji bez tra­dy­cyj­ne­go orzeł­ka. Nie wszy­scy pro­te­stu­ją­cy prze­ciw­ko tej uzur­pa­cji wy­wie­sza­ją fla­gi w świę­ta na­ro­do­we i głę­bo­ko prze­ży­wa­ją pa­trio­tycz­ne rocz­ni­ce, ale naj­wy­raź­niej dla wie­lu z nich pol­skość i jej sym­bo­le są istot­ne.

Prze­ja­wia się to rów­nież w iry­ta­cji, ja­ką wzbu­dza lek­ce­wa­że­nie pod­sta­wo­wej za­sa­dy re­pre­zen­ta­cyj­nej pił­ki, że aby grać w ka­drze, trze­ba być Po­la­kiem i trak­to­wać grę dla Pol­ski ja­ko coś istot­ne­go, a nie ko­niunk­tu­ral­ny wy­bór na okre­ślo­nym eta­pie ka­rie­ry.

Ki­bi­ców nie zże­ra by­naj­mniej nie­chęć do ob­cych, wszak ak­cep­to­wa­li po­je­dyn­cze przy­pad­ki po­wo­ły­wa­nia do re­pre­zen­ta­cji na­tu­ra­li­zo­wa­nych cu­dzo­ziem­ców i pił­ka­rzy o pol­skich ko­rze­niach, ale bez pol­skiej toż­sa­mo­ści. Gdy jed­nak mia­ły stać się re­gu­łą, uzna­li, że prze­kro­czo­na zo­sta­ła roz­sąd­na gra­ni­ca. Mi­mo wszyst­kich po­da­nych po­wy­żej przy­kła­dów du­że­go zna­cze­nia pił­ki noż­nej, da­le­ko wy­kra­cza­ją­ce­go po­za ra­my zwy­kłej spor­to­wej ry­wa­li­za­cji, nie na­le­ży prze­sa­dzać z nada­wa­niem jej sta­tu­su klu­czo­we­go no­śni­ka toż­sa­mo­ści ide­owej, lo­kal­nej czy na­ro­do­wej. Wie­lu ki­bi­ców pra­gnie po pro­stu je­dy­nie oglą­dać do­bre wi­do­wi­ska, a tych na szczę­ście te­raz nie bra­ku­je.

Duch ca­te­nac­cio co praw­da nie­kie­dy wciąż jesz­cze prze­ni­ka do tak­ty­ki, ale nie przy­pad­kiem wzór we współ­cze­snej pił­ce sta­no­wi FC Bar­ce­lo­na, aspi­ru­ją­ca, je­śli nie ze wzglę­du na wy­ni­ki, to na styl gry do mia­na klu­bo­wej dru­ży­ny wszech ­cza­sów, zaś kil­ka in­nych ze­spo­łów by­naj­mniej po­la w dzie­dzi­nie pięk­na gry ustą­pić jej nie chce.

Zresz­tą, aku­rat w pił­ce noż­nej prze­ko­na­nie pe­sy­mi­stów, że „naj­lep­sze już za na­mi", ni­jak się ma do rze­czy­wi­sto­ści. Dość obej­rzeć me­cze z lat 70., owej zło­tej epo­ki pol­skiej pił­ki. Tem­po jak na obec­ne cza­sy śla­ma­zar­ne, agre­syw­ność w grze wiel­ce roz­cza­ro­wu­ją­ca, po­da­nia do bram­ka­rza, po któ­rych ten mógł bez­kar­nie zła­pać pił­kę w rę­ce iście kosz­mar­ne.

Celebryci i megalomani

Przy ca­łym sza­cun­ku dla daw­nych wir­tu­ozów fut­bo­lu, me­cze wy­glą­da­ją te­raz bar­dziej efek­tow­nie. Prze­kła­da się to na ro­sną­ce za­in­te­re­so­wa­nie i ko­lej­ne re­kor­dy te­le­wi­zyj­nej wi­dow­ni czy śred­niej pu­bli­ki na sta­dio­nach.

Są za­ra­zem istot­ne po­wo­dy, aby współ­cze­snej pił­ki nie lu­bić, a przy­naj­mniej mieć do niej am­bi­wa­lent­ny sto­su­nek. W ostat­nich la­tach tra­wi­ło ją kil­ka gło­śnych afer ko­rup­cyj­nych. Jak wie­le in­nych dzie­dzin ży­cia w Eu­ro­pie cho­ru­je ona na brak umia­ru i me­ga­lo­ma­nię. Tę ostat­nią do­brze ilu­stru­je spo­sób funk­cjo­no­wa­nia i wiel­kie mnie­ma­nie o so­bie pro­mi­nent­nych dzia­ła­czy UEFA.

Gwiaz­dy fut­bo­lu sta­ły się nie­zno­śnie ce­le­bryc­kie. Kwo­ty trans­fe­ro­we i za­rob­ki pił­ka­rzy zo­sta­ły wy­win­do­wa­ne na nie­bo­tycz­ny po­ziom. Co­raz bar­dziej wy­pa­cza to spor­to­wą ry­wa­li­za­cję i ob­ra­ża zdro­wy roz­są­dek. W do­dat­ku w ro­li fi­nan­so­wych zbaw­ców eu­ro­pej­skiej pił­ki wy­stę­pu­ją szej­ko­wie znad Za­to­ki Per­skiej i ro­syj­scy oli­gar­cho­wie.

W obu przy­pad­kach py­ta­nie o źró­dła i cha­rak­ter do­bro­czyn­nych for­tun jest na pił­kar­skich sa­lo­nach za­da­wa­ne nie­chęt­nie. W dzie­dzi­nie pił­ki noż­nej krót­ko­wzrocz­ność i hi­po­kry­zja Eu­ro­pej­czy­ków są nie mniej­sze niż w wie­lu in­nych dzie­dzi­nach ży­cia.

Czy jed­nak to coś za­sad­ni­czo zmie­nia? Do­praw­dy, je­śli się jest za­go­rza­łym pa­sjo­na­tem fut­bo­lu – nie­wie­le. Przy wszyst­kich za­strze­że­niach kon­klu­zja z tych wy­wo­dów pły­nie bo­wiem jed­na: gdy­by pił­ki noż­nej nie by­ło, po pro­stu trze­ba by­ło­by ją wy­my­ślić. ?

Autor jest doktorem politologii, wiceprezesem Ośrodka Myśli Politycznej. Opublikował m.in. „Czasy grubej przesady" (2010) oraz antologie „Naród. Idee polskie" (2011), „Z dziejów polskiego patriotyzmu" (2007) oraz „Polska, czyli anarchia?" (2009)