Czemu nie został pan alkoholikiem?



Leszek Długosz:

(śmiech) Słabe zdrowie.



To co się chłopakowi z prowincji porobiło, że zostaje poetą, muzykiem, bardem krakowskiej Piwnicy pod Baranami?

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ



Normalny chłopak z rzemieślniczej rodziny, prawda?



Właśnie.



Do studni wpadłem.



No tak, to musiało zostawić trwałe ślady.



Owszem, natychmiast nauczyłem się pływać.



Ale nie po to pan tam wpadał?



Ta studnia tak pięknie do mnie mówiła, szeptała, że się przechyliłem i... Miałem sześć lat, kiedy mama zobaczyła na podwórku tylko małe nóżki znikające w studni.



To mogło nie być takie zabawne.



Cudem przeżyłem. Nie uderzyłem w cembrowiny i nie utonąłem. Wyciągnęli mnie zawieszonego na łańcuchu, a ja do tego stopnia byłem przytomny, że jak usłyszałem: „Prędko, prędko pod pierzynę, bo się przeziębi!", to wybuchłem histerycznym śmiechem. Zdałem sobie sprawę z komiczności tej troski.

Czyli nie tylko muzyk, ale i ironista. A poezja?

Choć wychowałem się w prostym, prowincjonalnym domu, to wszyscy w nim dużo czytali. W domu była klatka na ptaki, jak mówili, „po Prusie", bo babka Głowacka była jakąś tam jego kuzynką. A ja od dziecka chciałem być artystą w typie romantycznych emigrantów i w takim kulcie się wychowałem. Wszystko we mnie grało i śpiewało.

Myślałem, że powie pan coś w stylu „Byczo być poetą, bo u poety cztery żony, a z każdą dawno rozwiedziony"...

Ale u mnie jedna żona od tylu lat, że wstyd się przyznać.

I tak stał się pan człowiekiem bohemy, jednym z symboli Piwnicy pod Baranami.

Z mej konstytucji czuję się piwniczaninem, jestem artystą piwnicznym i wiele stamtąd wziąłem. Ale nawet wtedy, w Piwnicy, miałem status nieco odrębny...

...Mówił o tym Piotr Skrzynecki.

Chyba za to mnie cenił. Miałem swój odrębny profil i dzieliła mnie od zespołu jakaś szczelina. Trochę z nimi piłem, bawiłem się, ale jednak był między nami dystans.

Pan go stwarzał?

Być może. Jeśli nawet, to nie robiłem tego celowo. Tak czy owak nie zaszkodziło to moim stosunkom ze Skrzyneckim, który był mi bardzo bliski. I mam wrażenie, że i ja jemu również.

Przez tę inność?

Nie powiem przecież, że przez moją heroiczność cnót ...(śmiech) Skrzynia wiedział, że jestem nonkonformistą, że nie zabiegam, że nie walczę o swoje, nie umiem tego.

Mam przed sobą pańską książkę „Pod Baranami. Ten szczęsny czas". Co to za zdjęcie?

Tu palę świeczkę Piotrowi Skrzyneckiemu na Akropolu. Byłem tam, gdy w Krakowie odbywał się pogrzeb Piotra. Kupiłem dzwonek, by mu zadzwonić, poszedłem na Akropol i zapaliłem na schodach maleńką świeczkę. I w tym momencie porywają mnie greccy policjanci, wloką do greckiej suki i są bardzo groźni, a nie mówią w żadnym języku. Okazało się, że uznali nas za groźną sektę, która swymi gusłami bezcześci wielką świątynię ludzkości.

Jakby policzyć, to mija właśnie pół wieku, odkąd jest pan na scenie.

W 1963 r., kiedy zwyciężałem na festiwalu piosenki studenckiej, byłem już gwiazdką teatrzyku piosenki Hefajstos. Studiowałem wtedy polonistykę, którą potem skończyłem, choć pracy magisterskiej nie obroniłem. Po uniwersytecie poszedłem do szkoły teatralnej, na wydział aktorski.

Chciał pan zostać aktorem?

Nie wiedziałem, czym się zająć, a teatr zawsze uwodzi. Chodzi pan w koronie na scenie, blask, ech... (śmiech)

Pan dorastał w latach 50. Wtedy przepaść między Zaklikowem a Krakowem była gigantyczna.

Chodziłem do naprawdę znakomitego liceum, wszyscy dostawali się na najbardziej prestiżowe uczelnie. A poza tym moją edukacją zajmowała się zaprzyjaźniona z domem dama, poetka Anna Nagórska. Wielka postać i pewnie będzie świętą. Rozdała cały majątek, wszystko co miała, mnie podarowała tego pleyela, który jej ojciec kupił na wystawie w Paryżu, gdy wybudowano wieżę Eiffla.

To naprawdę ten fortepian?

W takim stanie się zachował! Pani Anna była jedną z pierwszych Polek na Sorbonie, a jako młodzik pomagałem jej przy korespondencji z Kotarbińskim, Tatarkiewiczem, kard. Wyszyńskim. Byłem pod jej kuratelą od dziecka. A na studiach? Przeszły szybko, bez kłopotu, ale i specjalnego zapłonu. Czasem było zabawnie. Pamiętam, jak zdawaliśmy egzaminy z Michałem Jagiełłą, późniejszym taternikiem, poetą...

...A po 1989 r. wiceministrem kultury.

Na egzamin z historii poszliśmy razem, choć rektor UJ, prof. Kazimierz Lepszy, wpuszczał pojedynczo. My jednak wchodzimy we dwójkę. „Proszę osobno". „Ale my zawsze wchodzimy razem" – mówi Michał. „Co to za żarty? Jak się nazywacie?" „Jagiełło". „Długosz". Profesor zerknął w indeksy i zgodził się. Michałowi kazał opowiadać o kronikach Długosza, a mnie przepytał z Jagiellonów. À propos, niech pan spojrzy przez okno. Vis-à-vis jest kamienica Lepszych, w której profesor się urodził. Tak tu żyjemy w Krakowie...

Jeszcze na studiach trafił pan do Piwnicy pod Baranami.

To był 1964 r., byłem już gwiazdką studencką, miałem nawet za sobą występ w telewizji. A trzeba pamiętać, że wtedy była jedna telewizja i jeden kanał, więc każdy, kto się tam pojawiał, od razu był kimś znanym „na całą Polskę". À propos, wie pan, kto zapowiadał mój występ w telewizji?

Pojęcia nie mam.

Mój rówieśnik Wojciech Młynarski.

Panowie utrzymujecie jakiś kontakt?

Sporadycznie, właściwie nie. Wie pan, wielu artystów nie przepada za innymi, boją się cienia, chcą być jedyni, wyjątkowi, niepowtarzalni. Jest jeden, więc po co drugi? W każdym razie występ w telewizji przyniósł mi natychmiastową sławę.

Piwnica nie patrzyła na to krzywo?

Proszę pamiętać, że to już było po Ewie w paryskiej „Olimpii"...

No tak, Demarczyk była już gwiazdą.

Wielka artystka, ciary szły po plecach. Niewiele chwil takiego wzruszenia, które pamiętam, byłoby porównywalnych do jej występów. Mogła mieć absolutnie wszystko, cały świat naprawdę leżał u jej stóp.

I co?

Wszyscy o to pytają. Nie potrafię tego rozgryźć i może lepiej, żeby tak zostało.

Zasłynęła jako piosenkarka...

...A mogła być także znakomitą aktorką. Prof. Danuta Michałowska z PWST uznawała ją za największy talent aktorski, jaki kiedykolwiek jej się trafił. Wajda chciał ją obsadzić jako Pallas Atenę w swojej słynnej „Nocy listopadowej" ze Starego, ale i tego nie przyjęła. Miała na scenie niewiarygodną siłę rażenia.

Dlaczego odrzuciła wszystko?

Nie wiem, bodaj nawet nie spróbowała kina, które ją kusiło, nie została pedagogiem, usunęła się. Pewnie ma pretensje do świata, zwłaszcza do Piwnicy, ale zostawmy ją.

Skoro ona, to w pańskiej książce nie może zabraknąć też Zygmunta Koniecznego.

Trafił do Piwnicy jako student, młody kompozytor i to on podniósł piosenkę do rangi sztuki, to jego zasługa. Mówię o nim jak o pomniku, a tymczasem to uroczy chichot – nieprzenikniony, towarzyski bardzo i urokliwy, ale zakryty. Widocznie artyści muszą być tacy.

A nieżyjący już aktor Krzysztof Litwin?

Zaczynał jako plastyk, był ważną postacią krakowskiej bohemy, ale potem rzucił się w aktorstwo. Krzyś – z wierzchu komik, ale w środku subtelna dusza. W „Pamiętniku znalezionym w Saragossie" miał historyczną rolę, wspaniałą.

Inna krakowska postać na kartach pańskiej książki to Tadeusz Kwinta...

W Piwnicy był od początku, oczywiście z przerwami, czasem mniej chlubnymi, jak Teatr Eref-66 Ryszarda Filipskiego, ale Pod Baranami zapamiętany zostanie głównie z perwersyjnej, świetnej „Kaczuszki". Ale są i postaci mniej znane, o, tu na zdjęciu jest matka karykaturzysty Edwarda Lutczyna, wspaniale wykonująca piosenki Edith Piaf, Bożena Lutczynowa. To ona w czasie wojny ukrywała Żyda i dostała medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Dlaczego wam wszystkim tak bardzo zależało na Piwnicy?

Ona wytworzyła wokół siebie w Krakowie całe środowisko, stała się manifestacją nie tylko artystyczną, ale estetyczną i w jakimś stopniu ideologiczną. To było grono niesłychanie hermetyczne i strasznie trudno tam było się dostać.

Hermetyczne? Snobistyczne, celebrujące siebie...

Może to tak na zewnątrz wyglądało, ale wobec siebie wszyscy byliśmy niesłychanie ironiczni, szyderczy. Banda potworów... (śmiech)

Będę się upierał, że trąciło to snobizmem.

Naprawdę tego nie wyczuwaliśmy. Ja sam, chłopak z zewnątrz, dostałem się tam przecież nie z powodu czyjejś rekomendacji, ale dlatego, że w swoim sklepiku miałem coś oryginalnego. I powiem nieskromnie, że przecież mierzyłem się wtedy z absolutną polską czołówką, a musiałem być więcej niż dobry, by ich do siebie przekonać.

Wiele pan dla Piwnicy poświęcił?

Nie odbierałem tego w ten sposób, ale oczywiście musiałem dbać o różne rzeczy, na przykład nie wdawać się w złe towarzystwo. Nie występowałem na żadnych akademiach, imprezach zaangażowanych politycznie. Nigdy w życiu, po debiucie w 1963 r., nie wystąpiłem na żadnym festiwalu.

A Demarczyk wystąpiła.

Bo miała ambicje bycia profesjonalną piosenkarką, gwiazdą.

A pan nie?

Nie interesowały mnie estradowe wyścigi. Nie chciałem być gwiazdą, wolałem patrzeć na kogoś w rodzaju Brassensa czy Okudżawy. Przez to miałem taki status podgwiazdy, wystarczyłoby wystąpić w Opolu i wskoczyłbym na ten pułap, ale wystrzegałem się tego.

Dlaczego?

Może opatrzność, która wyciągnęła mnie ze studni, ustrzegła mnie i przed tym?

Ale czy Młynarskiemu Opole zaszkodziło?

Wręcz przeciwnie, uczyniło go Młynarskim. Ale ja nie mógłbym i nie chciałbym być Młynarskim!

Nie da się pana z Piwnicą nie kojarzyć, choć od dawna nie ma pan z nimi nic wspólnego.

Nie ma mnie w programach Piwnicy pod Baranami od 1978 r., od śmierci mojego szwagra i przyjaciela Wieśka Dymnego.

Dymny miał nawet zespół Szwagry, ale nie z panem.

Nie, to był zespół bigbitowy, natomiast my byliśmy prawdziwymi szwagrami. Moja żona Basia, wtedy kierowniczka organizacyjna Piwnicy, i pierwsza żona Wiesława Teresa Hrynkiewicz były siostrami. Wiesiek był chyba najzdolniejszym człowiekiem, jakiego w życiu spotkałem, studiował na ASP, pisał scenariusze, robił scenografię, grał w filmach, robił wszystko. No i był w Piwnicy.

Stał się legendą.

To był człowiek niesłychanej wrażliwości, pobudliwości, całkowicie nieuporządkowany. Niesłychanie mocny, ale i kruchy, nie dało się z nim wytrzymać, a jednocześnie przyciągał do siebie magnetyczną siłą...

Zmarł w tajemniczych okolicznościach.

Znalazła go ówczesna żona, Anna, ale nikt nie wie, czy ktoś mu nie pomógł. W końcu był już wtedy nie tylko inwigilowany, ale wręcz szykanowany przez SB. A miał dopiero 42 lata...

Dlaczego pan odszedł po 1978 r.?

Piwnica przeżywała zastój: zmarł Wiesiek, który mnie tam jeszcze trzymał, nie było Ewy Demarczyk, Staszka Radwana, Majki Zającówny, słowem za dużo alkoholu, sztancy, tych samych, jałowych numerów, a za mało fermentu, sztuki. A ja chciałem się rozwijać, iść do przodu.

Piwnicy pomógł stan wojenny.

O właśnie, ma pan rację! Stan wojenny uratował Piwnicę jako grupę nie dlatego, że pojawiły się jakieś nadzwyczajne osobistości, zostały zmienione koncepcje, tylko życie przyniosło nowe możliwości. Znów aluzyjność stała się niebywale śmieszna.

Wystarczyło odśpiewać dekret o wprowadzeniu stanu wojennego.

I okazało się, że to gra! To prawda, że generał Jaruzelski pomógł Piwnicy.

Gdyby Piwnica była konsekwentna, odśpiewałaby dziś raporty agenta SB Michała Ronikiera, człowieka z jej serca.

Ale kto by się odważył? Przecież w 2006 r. ówcześni podpisali napisany przez Krystynę Zachwatowicz list w obronie Ronikiera, co było powodem konfliktu, bo ja go podpisać nie mogłem. Obrażono się na mnie nie dlatego, że Ronikiera atakowałem, ale dlatego, że nie chciałem wybielać człowieka, który współpracował z SB przez 29 lat, i to dobrowolnie!

Jak powiedział jeden z historyków, „Ronikier donosił na wszystko, co się rusza: Piwnicę, »Tygodnik Powszechny«, targi poznańskie czy spółdzielnię mleczarską".

A nawet na własną żonę. I po tym, jak to ujawniono, odmówił jakichkolwiek wyjaśnień, nie mówiąc o żalu za cokolwiek. Natychmiast pospieszyła mu z pomocą Krystyna Zachwatowicz, która zastosowała chwyt, że „czasy były ciężkie, a Piotr by mu wybaczył".

Choć nikt jeszcze nie zdążył Ronikiera potępić.

Łącznie ze mną, bo mnie nawet żal człowieka, który zniszczył sobie wszystko. Pewnie ma się świetnie, ale jak on się musi czuć? Nie wierzę, że nawet największy drań czuje się świetnie ze świadomością popełnionego draństwa.

Jest pan rzeczywiście naiwny.

Jeśli tak, to nie zamierzam się tego stanu pozbywać.

W latach 70. nie zaangażował się pan w widoczną w Krakowie opozycję.

Ale też nikt nie miał wątpliwości, po czyjej stronie stoję.

Czyżby? W 1982 r. przyjął pan nagrodę prezydenta Krakowa.

I to była cała perfidia, bo nagrodę przyznano mi za poprzedni rok, czas „Solidarności"! Oczywiście niektórzy, zwłaszcza ci bardzo gorliwi, wypominali mi później ten 1982 r.

W bojkocie nie brał pan o tyle udziału, że i tak nie występował pan w telewizji.

Choć telewizja zrobiła mi to co wielu innym artystom, czyli jednej z pierwszych nocy stanu wojennego wyemitowali nagrane przeze mnie wcześniej „Pieśni" Kochanowskiego. Znajomi mówią: „Zrób coś, zadzwoń, zaprotestuj". „Ale jak, skoro nie ma telefonu?". To był pierwszy raz.

A był też drugi?

I to bardziej perfidny, bo wiosną 1981 r., bodajże w maju, zrobiłem jeden z moich najlepszych programów dla telewizji „Ballady wiosenne". Zrobiłem i nic, cisza, nie wyemitowali. Pokazali to dopiero na Wielkanoc 1982 r., kiedy obowiązywał bojkot telewizji!

Znów znajomi mieli do pana pretensje?

Niektórzy, ale tu się czerwoni trochę przeliczyli, bo puszczono program, w którym chodzę po trawie, ukwieconej, słonecznej łące, kwitnących sadach, a tymczasem Wielkanoc 1982 r. była w śniegu. Znajomym łatwo mogłem to wytłumaczyć, choć pewnie niektórzy pomyśleli, że Długosz to kolaborant...

Wcześniej, choć był pan w sercu Krakowa, to hipisem też pan nie został.

Nosiłem długie włosy jako jeden z pierwszych, znałem ich wszystkich. I oczywiście, że mnie hipisi korcili, pociągało mnie poczucie wspólnoty, solidarności ze wszystkimi młodymi całego świata. Pamiętam, jakie wrażenie zrobił na nas maj 1968 r., kiedy w drodze z Nancy byliśmy przez kilka dni w Paryżu i na własne oczy widzieliśmy tę rewoltę. Naszym paryskim cicerone był zresztą wtedy Sławomir Mrożek, który znalazł nam jakieś tanie lokum. Ledwośmy z Paryża uciekli przed rewolucją.

Ludzie gotowi myśleć, że ktoś taki jak pan nic, tylko baluje.

A tymczasem mało piję, żonę mam ciągle jedną, pieniędzy na brewerie mi brak, wolę więc pojechać gdzieś w krzaki i posiedzieć czy poszczekać z psem na spacerze.

Jednocześnie znał pan cały Kraków.

Rzeczywiście, byłem w swoim czasie człowiekiem modnym. Ale za to teraz jestem zdecydowanie niemodny.

Dlaczego przeszła moda na Długosza?

Bo Długosz się źle usytuował politycznie, stanął przy złych ludziach, programach i złej tradycji, dokonał złych wyborów.

W 2007 r. kandydował pan z poparciem PiS do Senatu.

To była manifestacja, która zbulwersowała sporą część mojego środowiska.

Bo i po co to panu było?

Do żadnej partii nigdy nie należałem, nawet jako jedyny w klasie nie byłem w ZMP, nie wiem, jak mi się to udało. Do PiS też nie wstąpiłem, ale kiedy mnie poproszono, bym kandydował, to uznałem, że powinienem wesprzeć tę ideę, nawet będąc sceptyczny wobec ludzi, którzy tam są. Bo tamta strona wydawała mi się jeszcze gorsza.

Na wejściu w politykę niczego nie zyskałem, wręcz przeciwnie, straciłem i doskonale wiedziałem, co mnie czeka. Przecież wiem, gdzie i wśród kogo żyję. No i mam, co chciałem: zostałem wycięty, wyrzucono mnie z radia, nie znajdzie mnie pan w telewizji, na moje występy nikt nie dostanie dotacji, ale wziąłem to w rachubę.

A mimo to się pan zaangażował.

Musiałem, tak czułem. Przy całej tej skali platformerskiej propagandy celowo się wystawiłem.

Wystawił się pan na wyśmianie i odtrącenie.

Więcej: na inwektywy, wycięcie, pogardę. Niektórzy zaczęli mnie unikać, by się nie znaleźć na jednej fotografii. Przecież to wtedy, w 2007 r., ówczesna Piwnica pod Baranami zrywa się z pismami bardzo oficjalnymi, z dwiema pieczątkami, że ten pan nie jest od nas.

Przecież gdyby Skrzynecki żył, toby kazał takie pisma odśpiewać! To dopiero kabaret.

A tymczasem oni całkiem serio rozesłali je wszędzie, tak profilaktycznie, na wszelki wypadek, żeby tylko nikt nie skojarzył Długosza z Piwnicą.

A wie pan, jak źle czułby się w Senacie?

Fatalnie! To wiedziałem już wtedy.

Więc?

Naiwnie, sentymentalnie lub – ktoś mógłby powiedzieć – szlachetnie uznałem, że ludzie z określoną postawą, estetyką, stylistyką powinni uczestniczyć w życiu społecznym, bo tego tam nie ma.

I uznał pan, że dlatego jest potrzebny w Senacie?

Uważałem, że jest tam potrzebny głos w interesie kultury.

Skrajna naiwność. Partie potrzebują zupełnie innych ludzi.

Przed oskarżeniami o naiwność się nie bronię.

Pan, uosobienie Krakowa, dostał e-maila z propozycją, by szukał sobie cmentarza gdzie indziej.

To było, gdy wybuchł konflikt w sprawie pochówku pary prezydenckiej na Wawelu. Spytałem pod pałacem Arcybiskupów, czemu protestują, bo Polska w tych dniach pali znicze pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie, a nie urządza kocią muzykę. I usłyszałem, że skoro urodziłem się w Zaklikowie, to mogę sobie tam szukać miejsca na cmentarzu, nie tutaj.

O mój Boże, ciężka jazda...

Powiem panu więcej. Po przegranych wyborach, 1 listopada 2007 r., jak zwykle, zbierałem pieniądze do puszki na ratowanie Cmentarza Rakowickiego. Ale oprócz tych, którzy wrzucali, byli i tacy, którzy pluli pod nogi i zapowiadali z wściekłością, że po tym, co zrobiłem, nie dadzą mi ani grosza.

Czyste szaleństwo. Kończąc ten wątek, przecież pan nie pasjonuje się polityką...

Ależ skąd, ja nią pogardzam, prawdę mówiąc! Uważam, że to zło nieuniknione, a idą do niej ludzie, którzy nie mają niczego innego do roboty, nie mają żadnego talentu, drygu, a są napędzani własnymi ambicjami i wizją korzyści.

Więc po co?

Roiłem sobie, że byłbym tym znikomym procentem, który jest inny i idzie tam, by dbać o dobro wspólne i większe.

Uderza mnie, że po wielu różnych doświadczeniach bardzo się pan stara mówić o ludziach tylko dobrze.

Nie staram się, jakoś mi to naturalnie przychodzi. Widocznie jest we mnie niedobita wiara w lepszą stronę ludzkiej natury. Jako młody chłopak zapamiętałem sobie zdanie francuskiego pisarza Henry'ego de Montherlanta: „A jednak wierzę, że ludzie nie wyrządzają sobie całego zła, jakie mogliby".