Ten, kto założy z góry, że książka profesora Andrzeja Mencwela zatytułowana po prostu „Stanisław Brzozowski" to klasyczna biografia, jedna z wielu dostępnych właśnie na rynku wydawniczo-księgarskim, ten srodze się pomyli. Pozycja ta pod względem formalnym i poznawczym niewiele ma wspólnego z cieszącymi się dzisiaj czytelniczym wzięciem biografiami takich pisarzy, jak: Konstanty Ildefons Gałczyński, Władysław Broniewski, Julian Tuwim, Antoni Słonimski czy Czesław Miłosz. To nie jest biografia egzystencjalna, lecz intelektualna; w rodzaju tej, jaką blisko ćwierć wieku temu Egon Naganowski opublikował o wielkim austriackim pisarzu Robercie Musilu „Podróż bez końca".

Aby zrozumieć, czym książka Mencwela jest, a czym nie jest, trzeba zwrócić uwagę na podtytuł, a właściwie dwa podtytuły. Po pierwsze – „Postawa krytyczna", czyli twórczość pisarska: literacka, filozoficzna, a nawet polityczna, po drugie – „Wiek XX", a więc epoka, w której dzieło autora „Legendy Młodej Polski" powstaje. Koleje losu Stanisława Brzozowskiego oczywiście są ważne i zajmują uwagę badacza, ale o tyle, o ile to konieczne; istotne przede wszystkim jest to, co stworzył w ciągu krótkiego życia, co po sobie zostawił, mianowicie jego myśl. Biografia pisarza jest ściśle zestrojona z twórczością, jego twórczość zaś okazuje się – twierdzi nie bez powodu literaturoznawca – „kreacją osobowości". Tak czy owak, książka ta to bardziej monografia życia i twórczości niż biografia, mimo że tak właśnie – biografią nazywa ją mimochodem sam autor.

Myśl Stanisława Brzozowskiego jest nadal aktualna, wszak postawił on pytania, na które od dziesięcioleci próbujemy odpowiedzieć

Filozofia pracy

Napisana z niebywałym rozmachem, ogromna – licząca blisko 700 stron – praca to autentyczne opus magnum Andrzeja Mencwela, przez całe zawodowe życie związanego z Uniwersytetem Warszawskim i z dziełem Brzozowskiego. W roku 1976 wydał książkę „Stanisław Brzozowski. Kształtowanie myśli krytycznej", a w 2001 „«No! Io non sono morto...» Jak czytać »Legendę Młodej Polski«". Ponadto szkice i studia o tym myślicielu i pisarzu publikował w pracach zbiorowych pod redakcją Marii Janion „Literatura polska wobec rewolucji" (1971) i Barbary Skargi „Polska myśl filozoficzna i społeczna" (1977), a także na łamach czasopism: „Twórczości", „Przeglądu Politycznego", „Przeglądu Humanistycznego", „Krytyki Politycznej". Brzozowski jest obecny w niemal wszystkich jego książkach, z których wymienię tylko dwie nad wyraz doniosłe: „Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego" (1990) oraz „Przedwiośnie czy potop. Studium postaw polskich w XX wieku" (1997).

Brzozowski intryguje i fascynuje; z jednej strony jest bowiem postacią cokolwiek tajemniczą, z drugiej – jego twórczość ciągle czeka na odczytanie w pełni. Był samotnikiem. Żył w ubóstwie, między Warszawą, Krakowem i Zakopanem a Lwowem, szukając swojego miejsca, wreszcie na wygnaniu we Florencji, w poczuciu potęgującej się bezdomności. Samouk i autodydakta, choć warto przypomnieć, że dzięki ojcu jego korepetytorem w czasie nauki w gimnazjum w Lublinie był Bolesław Hryniewiecki, przyszły rektor UW.

Wykształcenie formalne Brzozowskiego nie było zbyt imponujące, ale biegle władał sześcioma językami, które służyły mu nie tyle do porozumiewania się z obcokrajowcami, ile do lektury zaawansowanych poznawczo pism filozoficznych, teologicznych, socjologicznych i literackich; czytał „nieomal wszystko, co się dało". Nikt w niczym mu nie pomógł, do wszystkiego doszedł sam, drogą wytężonej, wręcz tytanicznej pracy. Był wszak twórcą oryginalnej koncepcji filozofii pracy.

Tylko insynuacje

Monografista zastrzega się raz i drugi, że biografii autora „Płomieni" programowo nie wpisuje w polityczną historię Polski. Zresztą sam Brzozowski „był krytykiem i od polityki trzymał się z daleka, z powołania był akcjonistą i rewolucjonistą" – jak czytamy w jednym miejscu książki, a w innym: „sądził, że ulega ona" – polityka – „alienacji, czyli odrywa się od społecznego podmiotu i zamiast mu służyć, nim włada". Tyle tylko, że to polityka upomniała się od stroniącego od niej pisarza.

W roku 1896 podjął studia na UW. Jako student wdał się w działalność konspiracyjną w Stowarzyszeniu Bratnia Pomoc, został aresztowany przez władze carskie i osadzony w Cytadeli. Tu nabawił się gruźlicy. Do roku 1900 pozostawał pod nadzorem tajnej policji. W roku 1908 został posądzony o współpracę z ochraną, co zapoczątkowało tzw. sprawę Brzozowskiego. Zdaniem Mencwela żadnej sprawy nie było, było tylko oskarżenie, a „jedyną podstawą oskarżenia była lista agentów domniemanych sporządzona przez byłego agenta wątpliwego" Władimira Burcewa. Czytamy o tym na początku książki, a pod koniec: „Sam obwiniony swoją publicystyką polityczną dostatecznie się zasłużył, aby w każdej partii i gazecie mieć przynajmniej jednego wroga". Nic więc dziwnego, że padło na niego właśnie. W jego sprawie odbył się sąd obywatelski w Krakowie, ale nie została ona ostatecznie wyjaśniona, sąd niczego mu nie udowodnił, on zaś nie udowodnił swej niewinności, a zatem podejrzenia towarzyszyły mu do końca jego dramatycznego życia. W efekcie „umarł oskarżony, ale nie oczyszczony".

Pisząc o sprawie, której nie było, Mencwel bierze to słowo w cudzysłów. Znamienne, że stosowny rozdział książki Czesława Miłosza „Człowiek wśród skorpionów" z roku 1962 nosi tytuł również w cudzysłowie „»Sprawa Brzozowskiego«", jakby przyszły noblista chciał nam powiedzieć: nie było sprawy, lecz tylko insynuacje.

Po stronie Brzozowskiego stanęło niewiele osób, przede wszystkim przyjaciele: Rafał Buber, Witold Klinger i Edmund Szalit, a także krytycy Karol Irzykowski oraz Ostap Ortwin, którzy twierdzili: „Niewinność jest tu założeniem" – ale cóż z tego? Koniec końców Brzozowski musiał zrozumieć i zapewne „zrozumiał, że kapturowy wyrok jest losem, z którym się przegrywa". Pozostało mu więc pisanie oświadczeń i sprostowań, zajęcie beznadziejne.

Co ciekawe, na podstawie tej afery Władysław Lech Terlecki osnuł wydaną w pamiętnym roku 1980 powieść „Zwierzęta zostały opłacone", Edward Żebrowski zaś sfilmował ją pod tytułem „W biały dzień". W scenie w sądzie w Krakowie milczącą rolę jednego z sędziów zagrał sam Andrzej Mencwel, który zresztą nieprzypadkowo wspomina w książce raz i drugi sprawę Alfreda Dreyfusa, pod tym względem wzorcową, by nie powiedzieć archetypiczną.

Postać złożona i skomplikowana

Opowieść o Brzozowskim, jednym z największych intelektualistów polskich, to równocześnie opowieść o schyłku XIX i początku XX wieku. Mencwel pokazuje parantele i fascynacje filozofa, jego rozległe lektury (a były one, zaiste, imponujące), jego dokonania; przedstawia środowiska, w których się obracał. Wymienia tu czasopisma „Prawda", „Głos", „Ogniwo", „Krytyka", „Książka", pisarzy i naukowców – Aleksandra Świętochowskiego, Piotra Chmielowskiego, Ludwika Krzywickiego, Wacława Nałkowskiego, Jana Władysława Dawida, Stanisława Stempowskiego, Wilhelma Feldmana, Floriana Znanieckiego, Edwarda Abramowskiego, Wacława Sieroszewskiego, Adama Mahrburga, Kazimierza Kelles-Krauza (notabene jego biografię pod tytułem „Nacjonalizm, marksizm i nowoczesna Europa Środkowa" w roku 2010 opublikował Timothy Snyder), wreszcie – ale to już dotyczy pobytu Brzozowskiego we Włoszech – Maksyma Gorkiego i Anatola Łunaczarskiego (zresztą znajomość polskiego myśliciela z nimi była nie w smak Leninowi).

Badacz kreśli analogie, paralele, dychotomie, które współtworzył, bądź wobec których Brzozowski musiał się określić: romantyzm i pozytywizm, romantyzm i modernizm, narodowcy i „międzynarodowcy", lojaliści i postępowcy, „sztuka dla sztuki" i sztuka zaangażowana, ewolucjonizm i inwolucjonizm, tradycjonalizm i progresizm, obywatelstwo polityczne i kulturalne, światopogląd religijny i naukowy, proletariat i prekariat. Twierdzi Mencwel: „Na przełomie wieków XIX i XX nie tyle widmo, co ideologia czynu krąży po Europie", oczywiście czynu niepodległościowego. Wybucha rewolucja 1905 roku, toczy się wojna rosyjsko-japońska, Józef Piłsudski i Roman Dmowski spotykają się w Tokio, gdzie odbywają – sugeruje autor – jedną z najważniejszych długich nocnych Polaków rozmów. Brzozowski czyta uważnie Kanta, Nietzschego, Dostojewskiego, Darwina, oczywiście Marksa, ale także Josepha Conrada, księdza Henriego Bremonda i kardynała Johna Henry'ego Newmana.

Nie lubił prozy Henryka Sienkiewicza i Antoniego Sygietyńskiego, cenił za to twórczość Bolesława Prusa, Stanisława Wyspiańskiego (poza „Weselem", bo za czym, jak za czym, ale za symbolizmem wyjątkowo nie przepadał), Stefana Żeromskiego, Jana Kasprowicza, a nawet Stanisława Przybyszewskiego, chociaż tego ostatniego nie w całości. Nie był jednak niczyim uczniem, nie pozostawał pod niczyim wpływem, był talentem samorodnym, twórcą samoistnym.

Zapewne nie bez przyczyny jego uwagę tak intensywnie zajmowało zagadnienie osobowości. Posługując się pojęciami „inkulturacji" i „socjalizacji", Mencwel przekonująco pisze o wytwarzaniu się osobowości pisarza: „nikt dziedzicznie nie jest myślicielem", „bycie myślicielem jest bowiem funkcją kulturową, a nie naturalną". W innym miejscu badacz oznajmia wprost: „Czuł się powołany, ale nie jako polityczny przywódca, mesjański profeta lub eteryczne medium, lecz jako ten, który osobiście stawał na wezwanie czasu – dla przyszłości pokolenia, Polski i świata". Idąc tym tropem, kilka rozdziałów dalej dochodzi do konkluzji: „Najważniejsza dla niego była samorealizacja człowieka, osiągnięcie całkowitej wolności, a wraz z nią pełnej mocy twórczej".

Pozostawił po sobie biografię i legendę, ale przede wszystkim dzieło; chociaż tak rozmaite i różnorodne, to wewnętrznie spójne (pracował – jeszcze jeden cytat z Mencwela – „sukcesywnie i symultanicznie, czyli wieloliniowo"). Spośród najważniejszych książek wymieńmy tylko kilka tytułów: „Kultura i życie", „Współczesna powieść i krytyka", „Idee. Wstęp do filozofii dojrzałości dziejowej", „Widma moich współczesnych", „Pamiętnik", „Głosy wśród nocy", wspomnianą „Legendę Młodej Polski", wreszcie powieści „Pod ciężarem Boga", „Sam wśród ludzi", „Płomienie". Tak właśnie – Płomienie – nazywała się działająca w latach 1931–1933 grupa założona przez Oskara Langego i Juliana Hochfelda, tak właśnie zatytułowane było wydawane konspiracyjnie w latach 1942–1944 pismo Jana Strzeleckiego i Karola Lipińskiego. Dodać wypada jeszcze, że imieniem i nazwiskiem bohatera powieści Brzozowskiego – Michała Kaniowskiego podpisywał na emigracji swoje prace, m.in. przekłady Aleksandra Sołżenicyna, profesor Jerzy Pomianowski. W duchu Brzozowskiego, wiele na to wskazuje, napisane zostały książki Irzykowskiego „Plagiatowy charakter przełomów literackich w Polsce" oraz Żeromskiego „Snobizm i postęp" (obydwie z roku 1922). Pod wpływem jego myśli pozostawali twórcy „Sztuki i Narodu" Andrzej Trzebiński i Tadeusz Gajcy, a także odlegli im ideowo Tadeusz Borowski i Czesław Miłosz.

W ujęciu Andrzeja Mencwela Stanisław Brzozowski jest postacią złożoną i skomplikowaną. Jemu współcześni, ale także historycy literatury i kultury widzieli w nim m.in. narodnika, empiriokrytyka, nietzscheanistę, marksistę, pragmatyka, modernistę katolickiego, wreszcie nawróconego katolika, który umierając w wieku chrystusowym, zdążył się wyspowiadać.

Brzozowski jest kimś, kogo rola w dziejach naszego piśmiennictwa wydaje się być niepochwytna, a jednak ponad wszelką wątpliwość bezsporna. Zwłaszcza że myśl Brzozowskiego jest nadal aktualna, wszak pisarz postawił pytania, na które od dziesięcioleci próbujemy odpowiedzieć. W tym sensie jego dzieło pozostaje ciągle otwarte. Cóż: „Bóg Brzozowskiego, jeśli istniał, był jak Bóg Pascala ukryty, tym bardziej ukryty, że milczący".

Na jego grobie na cmentarzu Trespiano we Florencji – zgodnie z wolą zmarłego – widnieje napis: „poeta e filosofo". W świadomości czytelników Brzozowski nie zapisał się jako twórca poezji, chociaż jako posiadacz egzemplarza wydanego w 1906 roku we Lwowie poematu „Teodor Dostojewski. Z mroków duszy rosyjskiej" myślę o nim jako o poecie także. O powołaniu twórcy poezji, o byciu nim Brzozowski nie myślał w sposób słownikowy czy podręcznikowy. W jego pojmowaniu roli i funkcji poety nie był on tylko „artystą słowa uprawiającym liryczny rodzaj literacki, lecz pisarzem, który kreację wyobraźni przedkładał nad rezultaty wszelkiego poznania" – stawia tezę Mencwel i daję tej tezie wiarę; jak i całej jego pracy.

Myśl w ruchu

Dawno nie czytałem książki stawiającej przed czytelnikiem tak wysokie wymagania. Jestem pewien, że bardziej niż niżej podpisany jej wagę i znaczenie doceni, któryś z profesorów: Andrzej Walicki, Jerzy Jedlicki czy Zdzisław Krasnodębski. Polonistyczna i filozoficzna narracja Andrzeja Mencwela okazuje się – wzorem twórczości Brzozowskiego – „symultaniczna, czyli wieloliniowa", a zatem wielowątkowa.

Wątki te przeplatają się wielokrotnie, można powiedzieć, że nieustannie. Poszczególne zagadnienia badacz oświetla z różnych perspektyw poznawczych, z różnych pozycji badawczych, wraca do tych zagadnień, odczytuje je na nowo. Mamy tu do czynienia z czymś w rodzaju myśli w ruchu, myśli ciągle się kształtującej. Nie znaczy to, że wszystko, o czym w tej znakomitej pod względem kompozycyjnym, a jednocześnie naukowym i literackim, książce mowa, pojąłem, ogarnąłem swoim ułomnym umysłem.

W trakcie jej lektury – trwającej kilka tygodni – pracowałem nad sobą. Tego jestem pewien. Niewykluczone, że tego chciałby ode mnie Stanisław Brzozowski.

Autor jest poetą, krytykiem i wydawcą. Absolwent filologii polskiej UJ, zadebiutował jako poeta w roku 1979. W latach 1983–2005 był publicystą „Rzeczpospolitej", w latach 2005–2012 – redaktorem naczelnym Spółdzielni Wydawniczej Czytelnik. Od blisko 20 lat redaguje też dział poezji miesięcznika „Twórczość". Ostatnio opublikował tomik „Dwanaście dni" (Iskry, 2013)