Świat rzeczywiście zmienia się tak bardzo, jak nam się wydaje? A może jest po prostu tak, jak mawiał Marek Aureliusz – że zmienia się nieustannie. Czy teza o wielkim przemodelowaniu nie jest po prostu przejaskrawiona?
Świat nigdy nie stoi w miejscu – wszystko płynie – głosił już Heraklit z Efezu, zwracając uwagę, że nie można przecież wejść dwa razy do tej samej wody. Ale zastanówmy się, na czym te zmiany polegają. Przede wszystkim, warto mieć świadomość, że choć Polska w ostatnich trzech dekadach doświadcza okresu swojej największej prosperity w historii – prof. Marcin Piotrowski nazwał epokę, w której żyjemy, polskim „złotym wiekiem” – to w tym samym czasie wkład Europy do globalnego PKB maleje. Europa wcale nie jest biedniejsza niż 30 lat temu. Ale w międzyczasie, korzystając z postzimnowojennego entuzjazmu, amerykańskiego parasola bezpieczeństwa i amerykańskiego wkładu w utrzymywanie pokoju na świecie, wiele państw – nie tylko Polska – z szansy skorzystało, zbudowało silniejsze gospodarki i zwiększyło swój udział w globalnym PKB. W ten sposób globalny PKB stał się bardziej zróżnicowany – bardziej rozłożony na wiele innych podmiotów, przede wszystkim w Azji. Chiny, Korea Południowa czy Azja Południowo-Wschodnia to dziś obszary, które wnoszą znacznie większy wkład do gospodarki światowej niż trzy dekady temu. Siłą rzeczy rosną ich aspiracje – także polityczne. Chiny – największy na świecie beneficjent Pax Americana – nie chcą już jedynie być „konsumentem” norm ukształtowanych w obszarze transatlantyckim, ale również chcą stać się ich „producentem”, a może nawet w przyszłości chciałyby podyktować własne normy całemu światu, ze Stanami Zjednoczonymi włącznie. Zaczyna narastać napięcie między rosnącymi aspiracjami Chin i USA oraz resztą beneficjentów stworzonego przez Amerykanów ładu. Stany Zjednoczone są ofiarą własnego sukcesu. Odniosły ogromny sukces, zwyciężając w zimnej wojnie. Ich model rozwoju, oparty na wartościach demokratycznych, wolnym handlu, konkurencji i rozwoju technologicznym, okazał się znacznie bardziej efektywny od modelu totalitarnego, opartego na ograniczeniu wolności jednostki w imię postępu ludzkości. Tryumf „wolnego świata” sprawił, że stał się on modelem niezwykle atrakcyjnym. W najnowszym numerze magazynu „Foreign Affairs” prof. Stephen Kotkin, wybitny sowietolog i analityk problemów globalnych, zwłaszcza reżimów autorytarnych, postawił tezę, że ze względu na skalę sukcesu Ameryki po zimnej wojnie liberalny porządek – uchwycony trzy dekady temu przez Francisa Fukuyamę w eseju o „końcu historii” – bardzo się rozszerzył.