Powód tych wszystkich relacji, tej całej satysfakcji, jest bardzo prosty – to antysystemowy, ale w swej istocie też bardzo antyzachodni odruch warunkowy. Nasza coraz bardziej radykalizująca się i dziczejąca prawica utwierdza się takimi przekazami w przekonaniu, że Polska jest oazą spokoju, wszelkich wolności, krajem sarmackiego liberum veto, zaś zachodnia Europa, która śmie pouczać nas o demokracji czy praworządności, jest zdegenerowana i zepsuta. Nie, nie dotyczy to wyłącznie spraw pandemii, bo lubość, z jaką nasz rodzimy prawy sektor relacjonował protesty żółtych kamizelek, też pełna była tego samego resentymentu.
Czytaj więcej
Minęły już trzy lata od czasu, gdy po jednym z felietonów w „Plusie Minusie" na temat Ordo Iuris, w którym stwierdziłem, że ta organizacja proponuj...
Analogiczny obraz świata jako pełnego napięć, społecznych konfliktów, nieustannych protestów, zamieszek i brutalności państwa to właśnie wizja Zachodu, którą serwują widzom rosyjskie media propagandowe w stylu Sputnika czy Russia Today. Co ciekawe, nawet taka sama jest tam intencja – pokazać dekadencję Zachodu, mającą podkreślać harmonię, którą zapewni Słowiańszczyźnie Russkij Mir.
Ale rosyjską propagandę zostawmy na razie na boku. Bo istotne jest tu co innego: sentyment intelektualnego zaplecza partii rządzącej w Polsce do wszelkich przejawów antysystemowości na Zachodzie. Zapewne, gdyby nie polityczny konflikt rządu PiS z Brukselą, to zjawisko byłoby znacznie słabsze, dotyczyłoby pewnie radykalnych obrzeży, a tak weszło to do politycznego mainstreamu nad Wisłą. Stąd też biorą się wszystkie zachwyty postaciami, które mają szansę rozbić zachodnioeuropejski establishment. Choćby zachwyty nad alt-prawicą w Hiszpanii, Włoszech, Francji czy Austrii ostro występującą zarówno przeciwko swoim rządom (czasami nawet wchodząc do rządzących koalicji), jak i przeciw Brukseli.
istotne jest tu co innego: sentyment intelektualnego zaplecza partii rządzącej w Polsce do wszelkich przejawów antysystemowości na Zachodzie. Zapewne, gdyby nie polityczny konflikt rządu PiS z Brukselą, to zjawisko byłoby znacznie słabsze, dotyczyłoby pewnie radykalnych obrzeży, a tak weszło to do politycznego mainstreamu nad Wisłą.
Przypadek Francji jest tu o tyle szczególny, że rzeczywiście w czasie tamtejszej kampanii prezydenckiej Polska stała się jednym z tematów. Większość kandydatów pozytywnie odnosiła się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który uznał, że TSUE nie może orzekać o kwestii organizacji polskiego sądownictwa. To samo dotyczyły napływu migrantów przez polsko-białoruską granicę. Ale słuchając miło brzmiących dla ucha polskiej prawicy słów Erica Zemmoura czy Marine Le Pen, warto pamiętać, że te peany nie wynikają z tego, że ci politycy dobrze życzą naszemu krajowi, troszczą się o naszą suwerenność i wolność nad Wisłą. Nie, to zupełnie inna gra. I dobrze ją było widać, gdy zarówno Le Pen, jak i Zemmour opowiedzieli się za wyjściem Francji z NATO i przeciw rozszerzaniu sojuszu o Ukrainę.
Czytaj więcej
Wobec decyzji Mety w sprawie Messengera nawet rząd brytyjski poczuł się bezradny i postanowił wykupić kampanię społeczną, by obniżyć zaufanie obywa...
W połączeniu z ich niechęcią wobec USA te geopolityczne stanowiska stanowią dla Polski egzystencjalne niebezpieczeństwo. Zemmour i Le Pen trzymają kciuki za Polskę w sporze o praworządność nie dlatego, że dobrze życzą Polsce, ale dlatego, że ten spór rozbija Unię od środka. A rozbijając Unię od środka, dezintegruje Zachód. W tym sensie antysystemowa prawica z państw Unii Europejskiej – która w dużej mierze ma poglądy podobne do Zemmoura i Le Pen – jest fatalnym sojusznikiem Polski. Ponieważ w sprawach fundamentalnych zagrożenie płynie dziś dla nas ze Wschodu. Wszystkie sojusze zaś zawiązujemy, jakby największym zagrożeniem dla nas był zaś Zachód i to przeciw niemu trzeba by się dziś zbroić. W sytuacji rosnącego napięcia na granicy ukraińsko-rosyjskiej strzeżmy się fałszywych przyjaciół.