Thrice zaczynał od nagrań postpunkowych, nieraz eksperymentalnych, opartych na skomplikowanych rytmach, pełnych niespodziewanych zmian tempa. Z czasem ich muzyka ucywilizowała się, wokalista Dustin Kensrue coraz częściej zamieniał hardcore'owy krzyk na spokojniejszy śpiew, obok klasycznego, gitarowego zestawu pojawiła się elektronika, a niektóre utwory stały się przebojami (choćby „Black Honey" – 25 milionów odsłuchań na Spotify).

Zespół niepostrzeżenie zaczął flirtować z postmetalowym nurtem, który w Stanach złośliwie nazywany jest „butt rockiem" (butt po angielsku oznacza tyłek). Do tego nurtu zaliczano Nickelback, Linkin Park czy Creed. Barytonowe, zachrypnięte wokale, hardrockowe melodie, chwytliwe refreny zahaczające o pop – wszystkie te elementy rzadko składają się na muzykę oryginalną czy interesującą. A jednak najnowsza płyta „Palms", wydana przez Epitaph Records (wydawców m.in. Bad Religion, The Offspring czy Weezera) z jakichś powodów porusza i zatrzymuje nawet słuchaczy trzymających się z dala od butt rocka. Do takiej grupy właśnie należę, więc zastanowiłem się, co sprawia, że od tygodnia słucham „Palms" niemal bez przerwy.

Thrice zaliczano przez dłuższy czas do rocka chrześcijańskiego, co często nie jest dobrym prognostykiem. Poza wybitnymi płytami, takimi jak „Warrior" zespołu Jerusalem, niezłymi albumami Theocracy, znakomitymi dokonaniami naszego 2 Tm 2,3 czy Armii z przełomu wieków („Triodante", „Duch"), już nie mówiąc o „Slow Train Coming" Boba Dylana, połączenie religijnej pasji z dźwiękami gitar elektrycznych rzadko prowadziło do ekscytujących efektów. Kalifornijczycy jednak nigdy nie byli w swoim przekazie zbyt dosłowni, a na wydanej po kilkuletniej przerwie „Palms" sfera liryczna jest doskonale zbalansowana. Kensrue w swoich tekstach odwołuje się do uniwersalnych zjawisk i doświadczeń. Pisze o niestabilnym, współczesnym świecie, o nieautorytarnej, ale silnej duchowości (wśród współczesnych bardziej znanych zagranicznych rockmanów podobną głębię umie osiągnąć chyba tylko Live i Ed Kowalczyk). Cytowane na początku „Only Us" opowiada o podziałach między ludźmi i jeszcze głębszych, wzajemnych powiązaniach. „Everything Belongs" – o sensie słabości i ciemności, a kończące album, spokojne „Beyond The Pines" subtelnie wyraża nadzieję, że spotkamy się wszyscy w miejscu, w którym będziemy mogli porzucić fałszywe schematy i to, co nas dzieli. Subtelnie, a więc bez ideologii i głoszenia na siłę, jednocześnie nadal mocno.

A muzyka? Początek „Only Us" faktycznie przywodzi na myśl „Breaking The Habit" Linkin Park z domieszką liryzmu i patosu w refrenie; „Blood on Blood" z gęstego początku przechodzi w minimalistyczną grę ciszą i akustycznymi brzmieniami, „My Soul" z sennymi, rozbrzmiewającymi echem wokalami budzi skojarzenie bliskie Polakom – z... Marillionem ery Hogartha. Chłopaki z Thrice potrafią jednak nadal przyłożyć – Kensrue krzyczy jak za dawnych czasów w „A Branch In The River", a „Hold Up A Light" wali między oczy ciężkim riffem. Więcej jest jednak melodii i spokoju. Warstwa instrumentalna przyciąga z każdym przesłuchaniem (dzieje się tu więcej niż u Linkin Park, nie mówiąc już o Nickelback), ale przede wszystkim przemawia zaangażowanie i żarliwość Kensruego i kolegów, czasem jakby wyjęte z epoki rockowych hymnów. Thrice nie przychodzi, by nas nawracać, ale w trudnych czasach dać nam trochę dobrej energii. „Hold up the light/ Hold up the light/ Hold up the light till the morning comes" – śpiewa Kensrue. I robi to tak, że chce się mu zaufać.

Thrice „Palms”, prod. Epitaph / dystr. Warner Music Poland, CD

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95