Z beniaminka Unii Europejskiej, wzorcowego przykładu sukcesu, jaki daje uczestnictwo w niej, Zielona Wyspa stała się gwałtownie europejskim szwarccharakterem. Być może nie jest to szczególnym problemem dla jej szeregowych mieszkańców; dla politycznych przywódców na pewno. Także dla politycznych przywódców innych krajów.

Jak pokazuje przykład naszego prezydenta, ale także Vaclava Klausa, prezentowanie właściwego stosunku do Irlandii stało się błyskawicznie probierzem europejskiej poprawności. Można nawet dość dokładnie wskazać moment, w którym wypowiedzi polityków zaczęły być badane pod tym kątem. Tuż po referendum eurodeputowany Bronisław Geremek powiedział w wywiadzie dla PAP, że wynik irlandzkiego referendum „w zasadzie przekreśla” traktat lizboński, a także, iż wynik ów musi być w imię zasad uszanowany: „założenie, że referendum zostanie ponowione, mnie się wydaje sprzeczne i z kulturą demokratyczną, i z analizą nastrojów społeczeństwa irlandzkiego”.

Stwierdzenie, że traktat jest „w zasadzie martwy”, wybiła w tytule nawet „Gazeta Wyborcza” i nikt nie wystąpił wobec Geremka z jakimikolwiek deprecjonującymi go uwagami. Zresztą i tak był łagodniejszy niż Jacques Attali z jego: „Irlandzkie »nie« dla traktatu oznacza jego śmierć”. Opinie obu panów nie różniły się od tej, której wyrażenie przez prezydenta Polski ściągnęło na niego gromy zarówno na krajowej, jak i na europejskiej scenie politycznej.

[srodtytul]Połowa z połowy procenta[/srodtytul]

Oczywiście, Bronisław Geremek nie jest prezydentem i jego opinia o martwym traktacie nie ma takiej mocy sprawczej, jak opinia Lecha Kaczyńskiego. Przywołuję jednak ten przykład, by zwrócić uwagę, że sformułowanie kryteriów poprawności wobec tego, co ośmielili się zrobić Irlandczycy, zajęło kilka dni.

Z początku mieliśmy wyraźną różnicę pomiędzy tonem wypowiedzi unijnych harcowników w rodzaju Martina Schulza, rutynowo wyrzucającego z Unii kolejne państwa mniej więcej co dwa tygodnie, a ostrożnymi komentarzami liderów, łączącymi stwierdzenia o szacunku dla demokracji i irlandzkich wyborców z ogólnikowymi wezwaniami do znalezienia wyjścia z trudnej sytuacji. Jose Manuel Barroso, chcąc wyrazić przekonanie, że zajmowanie się Lizboną nadal ma sens, użył w tym momencie bezpiecznego sformułowania „wierzę, że traktat jest żywy”.

Ton harcowników zaczął jednak dominować. Do komentarzy weszły na stałe dwa wątki. Po pierwsze: nie może być tak, żeby „decyzja nieco ponad połowy wyborców jednego kraju, który reprezentuje mniej niż jeden procent ludności Unii”, wstrzymała cały proces „niezbędnych reform”.

Wygłoszona przez prezydenta Włoch opinia okazała się trafiać w sposób myślenia zwolenników traktatu (np. premier Belgii Yves Leterme: „Unia nie może być zakładnikiem Irlandii”), łącząc się z drugim argumentem, podrzuconym przez harcowników: skoro Irlandia odrzuca traktat, to tym samym stawia się poza Unią, która – poza tą połową z połowy jednego procentu – jednogłośnie go przecież przyjmuje. „Żałujemy wyników irlandzkiego referendum, ale proces ratyfikacji w Europie musi iść naprzód”, oświadczyli wspólnie Nicolas Sarkozy i Angela Merkel.

Obie te tezy są fałszywe i obie demaskują charakterystyczne kompleksy unijnej elity politycznej. W pierwszym wypadku jest to dość łatwy do zauważenia, choć na co dzień skrywany kompleks wyższości głównych unijnych graczy, których mniejsze kraje, pętające się pod nogami i niekorzystające z okazji, żeby siedzieć cicho, po prostu irytują. Deklaracje unijnej solidarności i wzniosłe hasła, że demokracja polega na szanowaniu przez większość praw mniejszości swoją drogą, ale słabi powinni słuchać silnych, bo tak przecież było zawsze i to jest oczywiste.

Drugie zdanie, będące oczywistym fałszem – przyjęcie traktatu z Lizbony nie jest dla żadnego z państw decyzją o pozostaniu w Unii bądź jej opuszczeniu, ale decyzją co do tego, czy i w jaki sposób Unia ma pogłębiać swą integrację – ujawnia natomiast dominujące w euroelicie przekonanie, że poza traktatem lizbońskim nie ma po prostu dla Unii żadnej alternatywy. „Nie ma planu B, to właśnie Lizbona była planem B po odrzuceniu przez Francuzów i Holendrów traktatu konstytucyjnego”, mówią otwarcie unijni analitycy. A skoro tak, traktat musi być przyjęty w ten czy inny sposób.

[srodtytul]Odrzucili, bo mogli[/srodtytul]

Jest jeszcze jeden przewijający się w wypowiedziach wątek – czarnej niewdzięczności Irlandczyków, którzy najwięcej na członkostwie w Unii skorzystali, a teraz tak oto się odpłacają. Popularność tej z kolei opinii wydaje się bazować na przekonaniu, że Unia nie jest, jak w teorii, przedsięwzięciem korzystnym dla wszystkich, ale dzieli się na grupę bogatych, łaskawych wujków oraz na ubogich krewnych, którzy winni są tym pierwszym dozgonną wdzięczność wyrażającą się między innymi w posłuszeństwie. Niedopełnienie tego nieokreślonego nigdzie oficjalnie, ale obecnego w myśleniu polityków starej Unii obowiązku jest jednym z czynników potęgujących ich irytację na hołubioną do niedawna Irlandię.Teza, że poza nieco ponad połową z nieco ponad połowy wyborców jednego małego kraju zamieszkiwanego przez niecały 1 procent obywateli Unii Europejskiej wszyscy inni traktat lizboński i wyznaczone w nim kierunki dalszej integracji akceptują, jest jednak piramidalnym fałszem, z czego wszyscy unijny sternicy doskonale sobie zdają sprawę. Prawda jest dokładnie odwrotna, taka, jak sformułował ją Vaclav Klaus. Irlandczycy odrzucili traktat nie dlatego, że oni akurat mieli jakieś szczególne powody go odrzucić, nie dlatego, że wobec nich popełniono jakieś błędy.

Stawianie pytania – jak je sformułował na naszych łamach europoseł PO Janusz Lewandowski – „kto zawinił, że Irlandczycy zagłosowali tak, a nie inaczej”, nie ma w ogóle sensu. Irlandczycy odrzucili traktat dlatego, że tylko oni mogli to zrobić. Konstytucja nakazywała bowiem Irlandii jednoznacznie umożliwienie wypowiedzenia się w tej kwestii obywatelom. Nigdzie indziej w Europie politycy takiego obowiązku nie mieli, i na tym właśnie, jak również na solennej obietnicy wszystkich zebranych w Brukseli szefów państw, że nie powtórzą błędu Chiraca i nie pozwolą w swoich krajach na użycie narzędzi demokracji bezpośredniej, zasadzała się wiara unijnych sterników, że tym razem obaloną kilka lat temu eurokonstytucję uda się przeforsować.

Werdykt wydany przez Irlandczyków sam w sobie nie jest dla eurokracji niczym przerażającym. Irlandia, mimo swego dynamicznego rozwoju w ostatnich latach, pozostaje rzeczywiście krajem, którego ewentualna nieobecność w Unii niewiele by zmieniła. Trudno sobie przy obecnym stanie prawa wyobrazić postulowane przez harcowników „wyrzucenie” Irlandii – jak zresztą kogokolwiek – z Unii, ale zarysowana przez ministra spraw zagranicznych Francji wizja ustanowienia z nią „specjalnych stosunków” jest realna.

Przerażać musi eurokrację co innego. Świadomość, że gdziekolwiek, w którymkolwiek kraju unijnym dopuszczono by obywateli do głosu, tak jak się to stało w Irlandii – wynik byłby ten sam. Motywacje głosujących „nie” byłyby zapewne krańcowo odmienne: w krajach bogatych wyborcy podpisaliby się pod tezą, że nowi członkowie Unii zbyt wiele dostali od starych, a zbyt mało wnieśli do wspólnego skarbca, w uboższych sukces przyniosłaby eurosceptykom teza dokładnie przeciwna. Ale że opcja „nie” wygrałaby, nie ma wątpliwości.

[srodtytul]Eurokraci wolą mocarstwa[/srodtytul]

Ta świadomość potęguje złość eurokratów i polityków najbogatszych państw Europy na Irlandczyków. Zdając sobie doskonale sprawę, jak niepopularna jest w tej chwili integracja w ich własnych krajach, pójście pod prąd opinii publicznej, niedopuszczenie jej do głosu, zmanipulowanie uważają za swą szczególną historyczną misję. Postrzegają swe starania jako coś w rodzaju szlachetnego spisku ludzi wtajemniczonych, mądrzejszych i bardziej odpowiedzialnych, którzy po prostu muszą przeprowadzić niemądre masy do właściwego punktu, niczym Mojżesz przez Morze Czerwone.

Co trudne do przebolenia, wydawało się im, że po wieloletnich staraniach są już na wymarzonym brzegu, omalże dotykają go stopą. W tym poczuciu zupełnie zwolnili się z myślenia o tym, że europejskie społeczeństwa, którym od pewnego czasu nikt już nawet nie próbuje tłumaczyć, co takiego dobrego niesie dla nich dalsza integracja oraz kolejne rozszerzenia, stają się w swych nastrojach coraz bardziej eurosceptyczne. A tymczasem znowu trzeba stawić czoło temu problemowi.

Nie widać w unijnych elitach nikogo, kto byłby gotów wykonać krok w tył, cofnąć się mniej więcej do punktu, w którym narodziła się idea europejskiej konstytucji, i ocenić, czy nie należałoby od tego miejsca pójść inną drogą – albo raczej wrócić na drogę, którą europejska integracja posuwała się od jej zarania.

To znaczy, łączyć europejskie narody nie poprzez uporczywe narzucanie im biurokratycznej czapy ani przez urzędnicze przepompowywanie pieniędzy od jednych do drugich, ale w taki sposób, w jaki połączyły się w jedno państwa Ameryki Północnej czy szwajcarskie kantony: poprzez likwidację barier dla swobodnej działalności obywateli. Unia miała to robić, ale z czasem do tego stopnia ugrzęzła w systemach kwot, dopłat i limitów, że po prostu o tym zapomniała.

Integracja – co oczywiste i nieuniknione – wyprodukowała swoistą europejską „nową klasę” polityczną, ludzi, których los i powodzenie jest całkowicie związane z unijnym projektem. Mimo że jest to grupa zasadniczo niepodlegająca jakiejkolwiek demokratycznej kontroli i rządzona przez gerontokrację polityków, którzy dawno już stracili akceptację własnych wyborców, mogłaby ona, właśnie poprzez swe uzależnienie od projektu unijnego, odgrywać rolę pozytywną.

Ale eurokraci, podejrzliwie podchodząc do demokracji i jej instytucji, których zastosowanie na taką skalę wydało im się niemożliwe, wybrali sojusz z przywódcami unijnych potęg, którzy w Unii Europejskiej widzą, siłą rzeczy, przede wszystkim narzędzie do realizowania interesów swoich państw. A czasem nie tylko interesów, ale wręcz mocarstwowych ambicji.

[srodtytul]Warto się stawiać[/srodtytul]

Można do woli wyrzekać na eurokratów, ale nie widać, kto miałby ich zastąpić. Wieloletnie funkcjonowanie opisanego wyżej sojuszu sprawiło, że bodaj żaden liczący się w Unii polityk nie kieruje się dziś uważanym za abstrakcyjny „interesem europejskim”. Nim zdążyła się naprawdę zintegrować, jest dzisiejsza Europa rozrywanym przez wszystkich „czerwonym suknem”. Symbolem tego może być sam traktat lizboński, w którym ceną za przyjęcie podstawowych zasad organizacji Unii było włączenie do tekstu bezliku załączników kodyfikujących do najdrobniejszych szczegółów to, co sobie który kraj ekstra w Unii załatwił.

Nie widać więc w Europie żadnego przywódcy, który byłby zainteresowany szukaniem innych, lepszych form integracji. Tym bardziej nie jest do tego zdolna eurokracja. A ponieważ jedyną odpowiedzią na niepowodzenie, do jakiej obecna elita europejska jest zdolna, pozostaje dalsze „spiskowanie” i cały wysiłek idzie tylko w to, jak uczynić irlandzki sprzeciw nieważnym i mimo wszystko uszczęśliwić Europejczyków tym, co wymyślili dla nich mądrzejsi, jest oczywiste, że niechęć społeczeństw do integracji będzie rosła. Jest to błędne koło produkujące coraz większą frustrację zaangażowanych w unijny projekt.

Ta frustracja, za sprawą dość oczywistego stwierdzenia Lecha Kaczyńskiego, przeniosła się na chwilę z Irlandii na Polskę. Jest zrozumiałe, dlaczego unijnym elitom szczególnie zależy teraz na wytwarzaniu wrażenia, że wszyscy, poza małą, niewdzięczną Irlandią, są za. Trudno natomiast nie martwić się, dlaczego głosy europejskiej frustracji znalazły tylu klakierów w naszej rodzimej elicie.

Tym bardziej że używany przez nich argument: „musimy zademonstrować, że jesteśmy za, to na tym zyskamy”, jest kolejnym w całej awanturze fałszem. Sytuacja przypomina raczej tę z „Ballady o dwóch koniach” mistrza Młynarskiego. Irlandia, tak jak przy poprzednim, powtarzanym referendum w sprawie traktatu nicejskiego, zapewne wywalczy dla siebie jakieś dodatkowe zyski. Nagrodą zaś za demonstrowanie niezłomnego poparcia będzie w najlepszym wypadku pogłaskanie najgorliwszych klakierów po głowach przez europejskie salony.