1 maja 1948 roku rozpoczął się pierwszy kolarski Wyścig Pokoju na trasie Warszawa-Praga. W rocznicę tego wydarzenia przypominamy tekst, który ukazał się w "Plusie Minusie" w 2015 roku.

Kwiecień 1974 roku. W Portugalii dochodzi do wojskowego zamachu stanu. Tymczasem u nas kraj rośnie w siłę, a nam żyje się dostatniej. Tak przynajmniej twierdzą partyjni propagandziści. W połowie miesiąca już wiem, że jadę na swój pierwszy Wyścig Pokoju. Zakomunikował mi o tym mój szef w „Życiu Warszawy" Stefan Sieniarski. W charakterystyczny dla siebie sposób. „No i co, panie Andrzeju? – zapytał, sapiąc i świszcząc. Tu nastąpiła pauza trwająca mniej więcej dwie minuty. – Pojedzie pan na wyścig?".

Jasne, że pojadę. Wyścig Pokoju w połowie lat 70. był wciąż imprezą niezwykłą, powodującą powszechne szaleństwo. Małysz w szczytowym okresie czy siatkarze zmierzający po mistrzostwo świata rozpalali maleńkie płomyki w porównaniu z żarem kolarskiej rywalizacji trwającej nieprzerwanie od 1948 roku.

Tę imprezę wymyślili redaktorzy naczelni dwóch komunistycznych redakcji: polskiego „Głosu Ludu" (od grudnia 1948 roku „Trybuny Ludu") i czechosłowackiego „Rudego Prava". Obie gazety wzięły też na siebie organizację wyścigu. W 1952 roku dołączyło do nich enerdowskie „Neues Deutschland".

Swój debiutancki wyścig pamiętam w każdym szczególe. Wszystko wydawało mi się wyjątkowe: kolarze, organizacja, hotele, wyżywienie. Miałem porównanie z Tour de Pologne, który obsługiwałem rok wcześniej. To tak, jakby najnowszy model mercedesa zestawić z poczciwą warszawą. Niebo i ziemia. Wyścig Pokoju organizowany był z ogromnym rozmachem. Na bogato, jak mawia dziś młodzież. Gdy należało zamknąć główną arterię Berlina, aleję Karola Marksa, to się zamykało, nie było problemu. Na wyścigowej trasie już na kilka godzin przed przejazdem kolarzy obowiązywał zakaz ruchu. Tysiące milicjantów obstawiały wszystkie boczne dróżki i ścieżynki, pilnując też porządku w każdej mijanej przez kolarzy miejscowości. Uczestnicy o nic się nie musieli martwić. Nie tylko zawodnicy, ale i dziennikarze, sędziowie oraz działacze, których przy wyścigu kręciło się zawsze mnóstwo.

Pompka jako broń

Pamiętam, jak duże wrażenie zrobił na mnie prosty pomysł zastosowany przy transporcie bagaży. Każdy uczestnik dostawał na starcie olbrzymi brezentowy worek, do którego mógł włożyć walizkę, torbę, zakupy poczynione po drodze itp. Do worka należało przyczepić kartkę z nazwami kolejnych hoteli i numerami pokoi. Ludzie zajmujący się transportem każdego ranka zabierali worki z korytarzy hotelowych i przewozili je do kolejnego miejsca przeznaczenia, gdzie już czekały na właścicieli. Jeden z dziennikarzy po kilku dniach odkrył w swoim bagażu sporej wielkości wazon ozdabiający wcześniej hol szacownego praskiego hotelu International. Sprawcy dowcipu chodzili dumni co najmniej przez tydzień.

Ten mój debiutancki wyścig zdominował Stanisław Szozda, który zwyciężył w klasyfikacji końcowej, wygrywając po drodze sześć etapów. Nie było na niego sposobu. Na finiszu szóstego odcinka, który kończył się na stadionie w Szczecinie, Rosjanin Walery Lichaczew próbował rozwiązań siłowych. To wtedy właśnie Szozda wypalił do mikrofonu o sportowcach, którzy jeżdżą jak bandyci, czym wprawił w przerażenie reportera Telewizji Polskiej. Lichaczew jako pierwszy przejechał linię mety, ale sędziowie – o dziwo – przyznali zwycięstwo Szoździe.

To był akurat rok, w którym kolarski idol, Ryszard Szurkowski, postanowił wziąć sobie w maju wolne. W poprzednich latach trzykrotnie zwyciężał (1970, 1971, 1973), a raz, debiutując (1969), zajął drugie miejsce. Na dodatek we wrześniu 1973 roku został w Barcelonie mistrzem świata. Szozda był tam drugi. Teraz zaś czempion dał szansę młodszemu koledze. Stosunki między dwoma najwybitniejszymi polskimi kolarzami wtedy jeszcze były całkiem poprawne. Konflikt rozgorzał kilka miesięcy później, podczas Tour de Pologne. Ale to już całkiem inna historia...

Apogeum popularności Wyścigu Pokoju przypadło na lata 50. i 60. Królowało wtedy radio, telewizja była jeszcze w powijakach. Pierwszą transmisję przeprowadziła w 1957 roku. Dziewięć kamer pokazało końcowe fragmenty ostatniego etapu. Ustawiono je w trzech punktach Warszawy: przy Pałacu Kultury, Banku Gospodarstwa Krajowego i na Stadionie Dziesięciolecia. W krótkiej historii polskiej telewizji jeszcze nie było przedsięwzięcia na taką skalę. Wśród realizatorów obrazu można znaleźć nazwisko znanego później reżysera Jerzego Gruzy (serial „Czterdziestolatek"), a na liście sprawozdawców między innymi Stefana Rzeszota, Eugeniusza Pacha i Zbigniewa Smarzewskiego.

Atmosferę wokół wyścigu w Polsce podkręciło znacznie zwycięstwo Stanisława Królaka w 1956 roku. W pierwszej fazie rywalizacji w ogóle się na to nie zanosiło. Po sześciu etapach Królak był czwarty, mając ponad 3 minuty straty do prowadzącego Nikołaja Kolumbieta ze Związku Radzieckiego. Dwa dni później Polak był już liderem po wygraniu etapu z Lipska do Karl-Marx-Stadt. Trzeba było jeszcze to prowadzenie utrzymać do mety w Pradze. Koledzy z drużyny nie byli w stanie Królakowi pomóc. Wszyscy byli już potwornie zmęczeni.

Nagrodą za zwycięstwo był najnowszy motocykl marki Jawa. Został błyskawicznie sprzedany, a pieniądze podzielone między wszystkich reprezentantów. Krążyła też inna wersja: że Królak zaprosił wszystkich do dobrej restauracji. Jak było, tak było.

Zwycięzca Wyścigu Pokoju nabrał od razu cech boskich. Spotkania z władzami, wizyty w zakładach pracy, wywiady i zdjęcia w gazetach. Królak postanowił zdyskontować tę sławę. Obrotny człowiek nazwiskiem Kozłowski zorganizował cykl wyścigów na stadionach z udziałem mistrza i kilku innych cyklistów. Królak dostawał do ręki gotówkę, a nie, jak w oficjalnych imprezach, teczkę albo ozdobny przycisk na biurko. Został zdyskwalifikowany,

Podczas spotkań Królaka z kibicami zawsze pojawiał się temat pompki jako broni używanej w kolarskiej wojnie polsko-ruskiej (w innych wersjach była to wojna polsko-czechosłowacka i polsko-enerdowska). „Jak zaprzeczam, to mi nie wierzą – powiedział mi kiedyś z uśmiechem. – No to przestałem zaprzeczać".

Stare dzieje. Zbity tłum słuchał komunikatów radiowych, nadawanych co pół godziny, stojąc pod głośnikami ustawionymi na ulicach wszystkich polskich miast. Gdy zbliżali się kolarze, ludzie oblepiali drzewa, dachy, balkony. Zdjęcia z tamtego okresu znakomicie obrazują szaleństwo, jakie ogarniało cały kraj podczas Wyścigu Pokoju. Nic takiego wcześniej ani później w polskim sporcie się nie wydarzyło. W latach 70. euforia była już odrobinę mniejsza. Sporo osób wolało oglądać rywalizację wygodnie, w kapciach przed telewizorem. Ale stadiony wciąż były pełne, a ulice miast zatłoczone.

Pułkownik Kapitonow

Transmisje telewizyjne były na początku prymitywne. Pokazywały tylko fragmenty walki, zwykle te końcowe, na etapowych finiszach. To, co się działo na trasie, było poza zasięgiem kamer. Jakże to olbrzymia różnica w porównaniu ze współczesnymi cudami techniki telewizyjnej, gdy operator jadący na motocyklu jest w stanie pokazać każdą kroplę potu na czole cyklisty. Ta dawna sytuacja stwarzała pole do popisu dla takich jak ja – dziennikarzy prasowych. Przebieg etapu trzeba było w pośpiechu odtworzyć na podstawie rozmów z kolarzami, trenerami i mechanikami. Kto atakował i kiedy, kto osłabł i dlaczego. Kto pracował, a kto oszczędzał siły na finisz. Każdy reporter prowadził na stadionie swoje prywatne śledztwo. Stąd się chyba wzięła moja wielka fascynacja wyścigami rowerowymi. Nie mam wątpliwości, że tamto kolarstwo było dużo bardziej interesujące niż to dzisiejsze. Zawodnicy sami musieli podejmować decyzje, nie mieli w uszach słuchawek i nie przypominali robotów kierowanych joystickiem trzymanym przez trenera.

Wspomniałem, że obraz wyścigu pokazywany przez telewizję był w latach 60. i 70. bardzo ubogi. Możliwości obsługujących imprezę dziennikarzy trudno uznać za dużo większe. Jechaliśmy samochodami osobowymi za peletonem. Trzech dziennikarzy w jednym wozie plus kierowca. Widzieliśmy z odległości stu metrów plecy pedałujących cyklistów. „Jak długo można patrzyć na d... kolarzy?" – zastanawiał się jeden z kolegów. Mogliśmy za zgodą sędziów raz czy dwa przebić się przez peleton i obejrzeć pracujących kolarzy od frontu. Niewielka różnica. Gdy szła jakaś akcja i tworzyła się grupka uciekinierów, sędziowie natychmiast wyganiali wozy prasowe do przodu. 20 kilometrów przed metą musieliśmy zgodnie z regulaminem gnać na stadion. A zwykle wtedy działy się na trasie najciekawsze rzeczy.

Na stadionie staraliśmy się zająć strategiczną pozycję w pobliżu stanowisk telewizyjnych, by móc na maleńkich monitorkach śledzić przebieg rywalizacji na ostatnich kilometrach. Można było przy okazji podziwiać niepowtarzalny styl narracji komentatora radzieckiego, który od rana zdążył się już wprowadzić w stan baśniowy. „Gonszcziki prijechali. Naszewo nie było". Tu następowała krótka przerwa. Ktoś w pośpiechu przynosił sprawozdawcy karteczkę. „Izwinitie, pażałujsta. Nasz był, on pabiedił".

Sowieci dodawali wyścigowi pieprzu. Od kiedy pamiętam, zawsze mieli znakomitych kolarzy. Debiutowali, co ciekawe, dopiero w 1954 roku. Bohaterami lat 50. i 60. byli Anatolij Czerepowicz, Jurij Melichow, Gajnan Sajdhużin, Aleksiej Pietrow. No i Wiktor Kapitonow, mistrz olimpijski z 1960 roku, o którym będzie później. Z Sowietami każdy chciał wygrać. Reprezentant Polski z 1956 i 1957 roku Stanisław Bugalski powtarzał niemal codziennie: „Ruski ma być przede mną? Nigdy w życiu". Ale mówił to tylko w obecności swojego szwagra Mariana Więckowskiego, do którego miał zaufanie.

Wygrana z Ruskimi dawała bez wątpienia polskim kolarzom większą satysfakcję niż zwycięstwa nad Czechosłowakami czy enerdowcami. Między tymi czterema ekipami toczyła się przeważnie walka o prymat w wyścigu. Tworzyły się często doraźne koalicje, których skład zależał od tego, kto akurat prowadził w klasyfikacji generalnej. Nierzadko Polacy, Czesi i Niemcy występowali wspólnie przeciw Sowietom. W kategoriach politycznych brzmiało to niedorzecznie, w Wyścigu Pokoju było możliwe.

Rosjanie zawsze wyżej stawiali sukces w klasyfikacji drużynowej niż indywidualnej. „Prieżdie wsiewo kamanda" – usłyszałem któregoś roku od trenera Kapitonowa, gdy udało mi się namówić go na rozmowę. To był ten sam Kapitonow, który kilkanaście lat wcześniej wygrywał etapy na trasie między trzema stolicami. Mocno przytył, awansował na pułkownika, Był dla radzieckich cyklistów bogiem. Trzymał ich twardą ręką, wypełniali dokładnie każde jego polecenie. Rozmawiając z dziennikarzami, mówił same komunały. Wszystko w porządku, będziemy się starali, rywale są mocni. Był na to sposób, który pewnego dnia próbował zastosować jeden z moich kolegów po fachu. Traf chciał, że mieszkaliśmy razem w pokoju hotelowym. Kolega wrócił ze spotkania z Wiktorem Arsenjewiczem w stanie ogólnej niesprawności. Zapytany, co się stało, wydukał z trudem: Ka-pi-to-now. Niestety, następnego dnia nie mógł sobie nijak przypomnieć rewelacji, które zdradził mu radziecki trener.

Wyścig Pokoju był oczywiście imprezą polityczną. Tak samo jak polityczny był cały sport w tej części Europy. Sportowcy brali udział w pochodach pierwszomajowych, zachęcali lud roboczy do wytężonej pracy na rzecz socjalistycznej ojczyzny. Przywódcy partyjni chętnie pojawiali się na trybunach honorowych na zakończenie każdego wyścigu. W Berlinie można było zajrzeć w błękitne oczy oczekującego na przyjazd kolarzy Ericha Honeckera. Tradycja nakazująca kolarzom składanie wizyt w zakładach pracy budziła uśmiech.

Jednocześnie Wyścig Pokoju był imprezą sportową na najwyższym poziomie. Nie miał konkurencji w amatorskim kolarstwie, dopóki Francuzi nie zorganizowali swojego Tour de l'Avenir (w 1961 roku). Zachodni cykliści, którzy rywalizowali na trasie między trzema stolicami, odnosili potem sukcesy w Tour de France i innych ważnych zawodowych imprezach. W Wyścigu Pokoju praktykował w 1984 roku wielki Miguel Indurain, który pięć razy z rzędu był najlepszy na Wielkiej Pętli (1991–1995). W przypadku zawodników krajów socjalistycznych sprawa była jeszcze bardziej oczywista. Wyścig Pokoju stworzył potęgę kolarstwa w Czechosłowacji, NRD, Polsce i ZSRR.

A propos polityki. Nie sposób tu pominąć jednego przypadku, kiedy zdecydowanie wzięła ona górę nad sportem. Chodzi o 1986 rok i wyścig, który miał się rozpocząć w Kijowie. 26 kwietnia doszło do katastrofy w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Stolicę Ukrainy dzieliło od miejsca wybuchu 150 kilometrów. Do startu brakowało zaledwie dziesięciu dni. W gazetach, które o tej porze zawsze trąbiły na okrągło o Wyścigu Pokoju, panowała cisza. Zamilkła nawet „Trybuna Ludu", choć była współorganizatorem imprezy. W „Przeglądzie Sportowym" 30 kwietnia ukazała się krótka informacja: „Już w komplecie trenują polscy kolarze przebywający w hotelu Orbisu w Pilczycach pod Wrocławiem". I nic więcej.

Ci trenujący kolarze byli w lepszej sytuacji niż całe polskie społeczeństwo. Oni przynajmniej wiedzieli, co się wydarzyło na Ukrainie. Informacje uzyskali od Amerykanów, którzy trenowali i startowali na Dolnym Śląsku. Oni też mieli wziąć udział w Wyścigu Pokoju. Błyskawicznie się jednak spakowali i czmychnęli do domu. Nasi też za żadne skarby świata nie chcieli jechać do Kijowa. Ważni ludzie, między innymi szef Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Sportu Bolesław Kapitan, namawiali cyklistów do startu. W końcu namówili. „Postawiliśmy warunek: własne jedzenie i picie. I ortaliony z kapturami" – wspomina Ryszard Szurkowski, który był wówczas trenerem kadry.

Sztandar wyprowadzony

Poszczególne kraje wycofywały się jeden za drugim. Na liście pozostało w końcu osiem. Z Zachodu tylko Francuzi, i to w dobrym składzie. Za kilka miesięcy miał nastąpić wybór organizatora igrzysk olimpijskich w 1992 roku. Paryż walczył wtedy o ten zaszczyt z Barceloną i Francji bardzo zależało na głosach krajów socjalistycznych. Kolarzami, jak widać, nikt się specjalnie nie przejmował. Ich ofiara nic jednak Francuzom nie dała, gdyż przegrali rywalizację z Hiszpanami.

6 maja odbył się prolog skażonego wyścigu. Wygrał reprezentant NRD Uwe Ampler. Pamiętam opowieść szefa Polskiego Związku Kolarskiego Zbigniewa Rusina: „Krzyknąłem do Zenka Jaskuły, dlaczego tak wolno jedzie. »Żeby mniej oddychać«, panie prezesie – usłyszałem w odpowiedzi".

To był bez wątpienia krytyczny moment dla wielkiej imprezy, ale już w następnym roku wszystko wróciło do normy. Na starcie stanęło 26 ekip, także Amerykanie. Trasa wróciła na dawne tory: z Berlina przez Pragę do Warszawy. Nie mieliśmy już wtedy tak wybitnych kolarzy jak w poprzednich latach. Andrzej Mierzejewski był trzeci w klasyfikacji końcowej. Przegrał z Amplerem i Bułgarem Petarem Petrowem.

W krajach organizujących wyścig zbliżał się czas wielkich przemian. Niby wszystko było po staremu: trybuny honorowe, patetyczne przemówienia i napisy w Czechosłowacji „Z Sovetskym Svazem na vecznost". Nikt jednak już w tę wieczność nie wierzył. W czerwcu 1989 roku odbyły się w Polsce częściowo wolne wybory, w sierpniu premierem został Tadeusz Mazowiecki. Kilka miesięcy później runął mur berliński.

W nowej rzeczywistości Polski, Niemiec i Czechosłowacji Wyścig Pokoju został potraktowany jak pomnik Lenina. Przeważało hasło: zburzyć i zaorać. Imprezę próbowali ratować Czesi, ale kolejnym organizatorom z roku na rok brakowało pieniędzy. Płomyczek tlił się do 2006 roku, kiedy to Wyścig Pokoju odbył się po raz ostatni. Galerię zwycięzców zamknął Włoch Giampaolo Cheula. Sztandar został ostatecznie wyprowadzony.

Pomniki Lenina szły przynajmniej na złom. Może należało spróbować sprzedać Wyścig Pokoju na Allegro?

Bohaterowie wyścigu

Wyścig Pokoju odbył się 58 razy w latach 1948–2006. Najwięcej zwycięstw (pięć) odniósł Steffen Wesemann (Niemcy). Po cztery razy wygrywali Ryszard Szurkowski (Polska) i Uwe Ampler (NRD/Niemcy), po dwa Gustav-Adolf Schur (NRD), Siergiej Suchoruczenkow (ZSRR) i Olaf Ludwig (NRD). Najwięcej zwycięstw drużynowych: ZSRR (20). Najwięcej zwycięstw etapowych: Ludwig – 38, Wesemann – 18, Jan Vesely (Czechosłowacja) – 16, Stanisław Szozda – 14, Szurkowski – 13. Najwięcej etapów w żółtej koszulce: Szurkowski (49).