To jakiś powiew, ale nie wiatru ani burzy, to prześwit jakiejś innej rzeczywistości, kreatywnej, udanej, skazanej na sukces. We Wrocławiu nie słyszy się słów „porażka" ani „klęska". Na dobre wyrzucono ze słownika wszystko, co kojarzy się z narzekaniem. Wytępiono malkontenctwo i defetyzm. Wrocław ma być sukcesem i jest, na przekór wszystkiemu i wszystkim.
A przecież nie zawsze tak było. Ostatnie dni obrony twierdzy Breslau starły niemal miasto z mapy świata. Wrocław miał być broniony do ostatniego żołnierza. Wcześniej wygoniono do Rzeszy 700 tysięcy mieszkańców i repatriantów. Budowano bunkry i okopy. Burzono kamienice. Rujnowano całe kwartały. Dowódca obrony Hermann Niehoff kazał nawet wyburzyć dzielnicę uniwersytecką, by zbudować lotnisko. Niemcy zatracili się w destrukcji; z barbarzyńską furią niszczyli dorobek setek lat własnej kultury. Wszystko na nic. Z frontowego lotniska Niehoffa odleciał tylko jeden samolot. Rosjanie wkroczyli w morze ruin, gwałcąc, kradnąc i niszcząc wszystko, co było bądź być mogło kojarzone z Niemcami.