Eufemizmem byłoby powiedzieć, że transformacja energetyczna jest Polsce potrzebna. Dziś stała się ona nie tylko odpowiedzią na zmiany klimatyczne czy rosnący popyt na prąd, ale też częścią bezpieczeństwa państwa. W ostatnich latach w dyskusjach na temat zmian wskazywano na ich olbrzymie koszty – i, o dziwo, to te liczby przebijają się w dyskursie bardziej niż szacunki kosztów pozostania przy obecnym modelu.

Abstrahując jednak od wciąż nieco abstrakcyjnej dyskusji o konkretnych liczbach, warto wskazać te działania, które Polska mogłaby podjąć już dzisiaj, a które nie wiązałyby się z bezpośrednimi wydatkami obciążającymi budżet państwa, jednocześnie gwarantując w przyszłości niższe wydatki. Potrzeba dokonania takich wyborów wydaje się tym bardziej paląca, że alternatywnych dostaw ropy na polski rynek, póki co, próżno wypatrywać; dostawy gazu z Norwegii oraz uzupełniające je dostawy LNG nie są odpowiedzią na rosnącą konsumpcję tego paliwa w kolejnych latach, a i węgiel nie jest żadnym gwarantem bezpieczeństwa. – W Polsce, w perspektywie połowy lat 30., skończy się węgiel brunatny. To będzie gigantyczny szok – zapowiadał w niedawnej debacie w „Rzeczpospolitej” Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. Zasoby węgla kamiennego również są skromne, nie wspominając o tym, że nasz rodzimy surowiec charakteryzuje stosunkowo słaba jakość.

Otwarci na inwestycje

Lada chwila na biurkach rządzących powinien wylądować projekt liberalizacji ustawy wiatrowej. Zgodnie z ustaleniami „Rzeczpospolitej” zakłada on pewne złagodzenie rygorów obowiązujących dziś przy budowie lądowych farm wiatrowych, przenosi też decyzje w tej sprawie w pewnej mierze na samorządy i ustalane przez nie miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Liberalizacja powinna przynieść odblokowanie rynku takich inwestycji.

Potencjalne korzyści? Instytut Jagielloński i Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej liczą, że już w perspektywie 2030 r. branża powinna stworzyć od 51 do 97 tys. nowych miejsc pracy, w łańcuchu dostaw na potrzeby nowych inwestycji złożone zostaną zamówienia o łącznej wysokości ok. 80 mld zł, do samorządowych kas wpłynie od 490 do 935 mln zł, a PKB zyska na tym w sumie od 70 do 133 mld zł. Przy czym pewnie można z tymi wyliczeniami dyskutować, jak z każdą prognozą – niezaprzeczalnym faktem (do potwierdzenia codziennie na rynku) jest jednak to, że energia z farm wiatrowych jest dziś najtańsza na rynku, co dla naszych portfeli i konkurencyjności firm jest argumentem ostatecznym.

Praktycznie z dnia na dzień moglibyśmy zdecydować o takiej modernizacji sieci dystrybucyjnych i przesyłowych, która ułatwiłaby podłączanie do nich rozproszonych źródeł energii. Koncerny energetyczne wydają na ten cel dobrych kilka miliardów złotych co roku, jednak proces ten postępuje zbyt wolno.

Analizy i edukacja

Jest wreszcie olbrzymia praca analityczna do wykonania: jak alarmują eksperci, „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.” (PEP2040) to dokument, który z jednej strony jest podstawą działań państwa w energetyce, z drugiej – jej kamieniem u szyi, bowiem niezbyt przystaje do nowych realiów, z jakimi mamy do czynienia. Są też dokumenty np. dotyczące polityki w zakresie źródeł energii opartych na wodorze, które poza deklaracjami zainteresowania tymi technologiami nie przynoszą żadnych konkretów. „Nasycenie” ich treścią, ustaleniami, jak i kiedy chcemy angażować się w rozbudowę alternatywnych źródeł i technologii, powinno być dziś priorytetem państwa.

Podobnie poważnie powinniśmy potraktować oszczędzanie energii. Wśród postulatów środowisk eksperckich jest kampania edukacyjna, która pokazywałaby dostępne dla wszystkich metody ograniczania zużycia. Ale też należałoby promować w środowisku biznesu usługi Demand Side Response (czyli odpłatnego wyłączania lub obniżania poboru przez firmy w sytuacjach potencjalnego niedoboru w sieci) lub EPC/ESCO, czyli inwestycje w efektywność energetyczną firm. Konieczne wydaje się też formułowanie nowych norm np. dla budownictwa, które pozwoliłyby lepiej gospodarować energią w mieszkaniach i biurach.