[b]W naszym rankingu kancelaria DZP wygrała ósmy raz z rzędu. Bał się pan trochę, że po tym kryzysowym roku przestaniecie być najwięksi?[/b]
[b] Krzysztof Zakrzewski:[/b] Z pewnością nie liczyłem, że będziemy pierwsi. Rok 2009 był dla nas trudny i nie był specjalnie wzrostowy czy rozwojowy. Poza tym różnice w liczbie prawników pierwszej trójki stają się minimalne.
[b]Tak więc, z jednej strony, czujecie na plecach oddech konkurencji, z drugiej – sytuacja na rynku się nie polepsza. Jak zamierzacie sobie radzić?[/b]
Warto odpowiadać na coraz bardziej specyficzne zapotrzebowania klientów, m.in. większą rolę zaczynają odgrywać specjalizacje branżowe. Nie wystarczy już np. być dobrym prawnikiem antymonopolowym – trzeba być dobrym prawnikiem antymonopolowym w branży farmaceutycznej. Wiele zależy też od tego, na jakich klientów nastawia się kancelaria – trzeba mieć solidną bazę lokalnych klientów, a nie tylko celować w światowe rekiny biznesu. Siła leży bowiem w dywersyfikacji.
[b]W tej chwili zatrudniacie ponad 140 prawników. Jak jeszcze może się rozwinąć tak duża firma? [/b]
Takie pytanie zadajemy sobie i ja, i nasi partnerzy. Pamiętam, że gdy byliśmy kancelarią działającą w strukturach nieistniejącego już Arthura Andersena, musieliśmy stworzyć dziesięcioletni plan naszego rozwoju. To było strasznie trudne. A teraz, po latach, widzę, że mamy kilkukrotne „nadwykonanie” tego planu.
[b]Kiedyś uciekł pan z korporacji na swoje, a teraz sam pan sobie stworzył korporację. [/b]
Myślę, że korporacją jeszcze nie jesteśmy, ale niektóre zasady, choćby organizacji pracy, musiały się zmienić. Kiedyś nie wyobrażałem sobie firmy z ponad setką ludzi, a teraz nie wystarczy już, niestety, krzyknąć na korytarzu, żeby poinformować o czymś pracowników. Przeglądałem niedawno raport o duńskich kancelariach, największa ma ponad 400 prawników, w tym ponad 100 partnerów!
[b]Krótko mówiąc, wszystko przed wami. A jak, pana zdaniem, będzie rozwijał się nasz rynek usług prawniczych?[/b]
Takie prognozowanie jest trudne, bo nasz rynek jest nietypowy w skali światowej. Tylko u nas od wielu lat ceny usług spadały, podczas gdy np. w Londynie rosły o 6 – 7 proc. rocznie.
[b]Z czego wynikają te różnice?[/b]
Zaczęliśmy od zbyt wysokiego poziomu. Ceny dyktowały wtedy wchodzące na nasz rynek zagraniczne kancelarie. Stawka partnera 20 lat temu wynosiła na polskim rynku 550 – 600 dol. za godzinę. Klient pokazał mi wtedy fakturę wystawioną przez jedną z kancelarii. Wśród wyszczególnionych na niej czynności było osiem godzin dziennie poświęconych na… lekturę kodeksu cywilnego. Po 600 dol. za godzinę. Niektórzy działali bez zahamowań.
[b]Ale czasy się zmieniły i mamy rynek klienta.[/b]
To prawda, nikt już nie zapłaci za proste informacje, tak jak było kiedyś np. z doradztwem w sprawach podatkowych. Zmienili się i sami klienci. W większości wypadków nie ma co liczyć na ich lojalność, zanika tradycja wieloletniej współpracy. Standardem staje się też przesyłanie nam przez firmy ogólnych warunków umów, które stosują w kontaktach ze swoimi kontrahentami.
[b]Czyli po prostu traktują państwa jako jednego z wielu dostawców usług, a pana to boli.[/b]
Nie boli. Tak to teraz wygląda, a ja się na rzeczywistość nie obrażam. Bywa, że kontaktują się z nami ludzie z działu… zakupów, bo np. specjalista z tego działu ma zorganizować wybór doradcy prawnego. Nie traktuje naszej pracy jak jakiejś wiedzy tajemnej, po prostu kupuje usługę.
[b]Bardzo długo, bo od 12 lat, pełni pan funkcję partnera zarządzającego. Czy to aby jeszcze zdrowe? W DZP nie ma żadnej kadencyjności?[/b]
Sam się często zastanawiam, czy to zdrowe. Pewnie nie do końca. Niedawno wprowadziliśmy czteroletnią kadencję partnera zarządzającego, którego wybierają wszyscy wspólnicy kancelarii.
[b]To od kiedy ma pan „nową” kadencję?[/b]
Od półtora roku.
[b]Czyli wcześniej, przez ponad dziesięć lat, był pan partnerem zarządzającym „z marszu”. Chciałby pan ponownie pełnić tę funkcję?[/b]
Mam powiedzieć z dwuletnim wyprzedzeniem?
[b]No pewnie. Tym bardziej że coś mi się wydaje, że chybaby pan chciał.[/b]
A potem koledzy się na mnie obrażą, że najpierw mówię pani. A tak zupełnie poważnie, to naprawdę muszę się zastanowić.
[b]Zrezygnowałby pan dla świętego spokoju i po to, aby mieć więcej wolnego czasu?[/b]
Nie. Wielu z nas mówi: wolałbym zarabiać o połowę mniej i pracować o połowę mniej. Tyle że na pewnym etapie rozwoju firmy staje się to niewykonalne. Naszym czasem rządzą klienci.
[b]Pewnie przez lata przyzwyczaił się pan do rządzenia. Miałby pan trudności z podporządkowaniem się decyzjom innej osoby?[/b]
Myślę, że nie.
[b]Jest jeszcze kwestia czasu, który trzeba poświęcić na rozmaite czynności, powiedzmy, administracyjne. Ma pan jeszcze czas na wykonywanie zawodu?[/b]
Staram się to łączyć – cały czas kieruję praktyką fuzji i przejęć, negocjuję z klientami i w imieniu klientów, jestem arbitrem.
[b]Ma pan jakiś „dodatek funkcyjny” za bycie partnerem zarządzającym?[/b]
Nie. Mamy modyfikowane co roku udziały w zyskach – są one wynikiem oceny każdego ze wspólników, wyrażonej odpowiednią liczbą punktów. Tak wypracowaliśmy wzajemne relacje, że u nas nie ma tematu pieniędzy, sporów wokół tego. Jakoś tak się przyjęło, że nie wypada o tym mówić.
[b]Nie wierzę.[/b]
Naprawdę. Rozmowa o pieniądzach odbywa się raz do roku.
[b]I to wystarczy. A wracając do tych punktów, to ma pan maksimum?[/b]
Nie, nikt nie ma.
[b]Jeden z prawników kancelarii powiedział mi, że jest pan szefem od wszelakich problemów i gdyby pana zabrakło, to kancelaria mogłaby się rozpaść. A inny – że zajmuje się pan wieloma sprawami, bo lubi pan mieć wszystko pod kontrolą. Gdzie leży prawda?[/b]
Te poglądy nie są przecież przeciwstawne. Nie sądzę, żeby kancelaria rozpadła się beze mnie – nie ma ludzi niezastąpionych. Nie chcę mieć wszystkiego pod kontrolą, ale wiele rzeczy staram się mieć. Tak też postrzegam swoją rolę – jeśli nie ja, to kto?
[b]Ktoś, na kogo pan deleguje uprawnienia.[/b]
Szkopuł w tym, że nie wszyscy ludzie chcą brać na siebie odpowiedzialność – i sprawy wracają do mnie. Ze skuteczną delegacją wszędzie bywa problem. W sprawach, które mogą być załatwione bez mojego udziału, pracownicy czasem wolą coś skonsultować, podesłać…
[b]… i pan to wszystko bierze.[/b]
Tak, i to pewnie błąd. Nie mam wykształcenia menedżerskiego, więc przez lata uczę się metodą prób i błędów. Nie jestem jednak zwolennikiem arbitralności w decyzjach. Staram się tak kierować kancelarią, aby decyzje partnerów były podejmowane na zasadzie konsensusu.
[b]Jak to się stało, że akurat prawo spółek i praktyka M&A to główne specjalizacje kancelarii?[/b]
To wypadkowa doświadczeń zawodowych zarówno moich, jak i Grzegorza Domańskiego oraz Józefa Palinki. Ponad 20 lat temu wszyscy przewinęliśmy się przez ministerstwa Finansów oraz Przekształceń Własnościowych.
[b]Zaczynał pan od bycia urzędnikiem, ale też, zdaje się, był pan najmłodszym dyrektorem departamentu prawnego w administracji?[/b]
Rzeczywiście od 1989 r. pracowałem dla rządu Mazowieckiego. Najpierw w Ministerstwie Finansów w biurze pełnomocnika rządu ds. przekształceń własnościowych, a potem w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych i w Ministerstwie Skarbu. W wieku 26 lat zostałem wicedyrektorem w Ministerstwie Przekształceń Własnościowych i odpowiadałem za całą prawną stronę prywatyzacji kapitałowej w Polsce. Z tamtych czasów mam jeszcze glejt, który niezmiennie wywołuje uśmiech na mojej twarzy – „pełnomocnika ministra skarbu ds. przemysłu cementowego w Polsce”.
[b]Porzucił pan jednak cement i trafił do kancelarii, w której trzeba było pracować ze wspólnikami dużo bardziej doświadczonymi. Nie miał pan kompleksów?[/b]
Przez lata byłem najmłodszym ze wspólników. Współzakładałem kancelarię jako aplikant.
[b]To było możliwe?[/b]
Wtedy tak, bo można było być spółką z o.o. Kompleksów chyba nie miałem, ale pamiętam, że kiedy już byłem na aplikacji, to często zbierałem cięgi od moich wspólników, którzy na niej wykładali. „Znowu nie byłeś na zajęciach” – słyszałem. Odpowiadałem zwykle, zgodnie z prawdą, że ktoś musiał pracować.
[b]Pozostali czołowi partnerzy dołączyli chyba w różnym czasie?[/b]
Tak. Grzegorz Domański w 1997 r., a Józek Palinka – w 1999. Obaj dołączyli 1 kwietnia!
[b]Wygląda na to, że ten prima aprilis wyszedł wam jednak na dobre, skoro tyle lat pracujecie razem. A kto z kim przestaje… Podobno prof. Domański namawiał pana na robienie doktoratu?[/b]
To prawda, wiele razy suszył mi głowę. Ja jednak nie mam żadnych ciągot akademicko-naukowych. Najbardziej lubię czystą praktykę. Praca dla dużych polskich przedsiębiorców oznacza często trudne transakcje, ale i spotykanie niezwykle ciekawych – choć bywa, że niełatwych – ludzi. I ja ten czynnik ludzki bardzo lubię.
[b]Czy klienci żądają czasem rzeczy niemożliwych?[/b]
Rzadko. Zwykle potrzebują, jak to się off the record mówi w naszym środowisku, tzw. dupochronów. Czyli np. opinii, która usprawiedliwi jakąś decyzję podjętą przez firmę.
[b]No ładnie. A jak się mają te „dupochrony” do „pryncypialnego stanowiska w zakresie stosowania prawa i wartości etycznych”, o którym można przeczytać na stronie kancelarii? Zdarzyło się panu naginać prawo lub zasady dla klienta?[/b]
Prawa nagiąć się nie da. Czym innym jest jednak kreatywne podejście do problemu. Czasem wymyślamy niestandardowe rozwiązanie prawne, którego słuszności jesteśmy w stanie bronić do ostatniej kropli krwi… przed Sądem Najwyższym czy prokuratorem. Wykluczone jest natomiast sporządzanie opinii pod tezę klienta.
[b]A co z etyką?[/b]
Niestety, jest sporo zasad etyki naszego zawodu, które kompletnie nie przystają do życia i sposobu wykonywania zawodu przez adwokatów czy radców, zwłaszcza w dużych kancelariach.
[b]Jakie to zasady?[/b]
Chociażby te dotyczące tajemnicy zawodowej. Może z niej zwolnić tylko sąd, ale klient, którego tajemnica dotyczy – nie. W efekcie dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Tak np. organy ścigania prowadzą postępowanie dotyczące jakiejś transakcji, a ja, będąc prawnikiem ją prowadzącym, nie mogę zostać przesłuchany! Jeśli klient mimo to prosi mnie np. o złożenie wyjaśnień w prokuraturze, ja w jego interesie zawsze to robię. Tak więc wielokrotnie i świadomie łamałem obowiązek zachowania tajemnicy, jeśli służyło to klientowi.