Z żywym zainteresowaniem przyjąłem informację o pomyśle prezydenta USA Donalda Trumpa o wypłacie obywatelskiej „dywidendy” po ewentualnie wygranych wyborach połówkowych przez Republikanów. Równie interesującej, co ryzykownej na poziomie ustrojowym.

W środę, 9 września, na scenie konwencji Partii Republikańskiej w Dallas padła obietnica, która automatycznie i intuicyjnie kieruje myśli prawnika-dogmatyka w stronę określenia „populizm” i jego przymiotnikowych odmian. Propozycja może niepokoić. Zapowiedź jest klarowna: jeśli Republikanie utrzymają większość w obu izbach Kongresu, każdy dorosły obywatel Stanów Zjednoczonych otrzyma 5 tys. dol. (z tym wszak istotnym zastrzeżeniem, że pieniądze te będzie trzeba wydać w USA, choć nie wiadomo, jak miałby działać system weryfikacji takich ogromnych przepływów kapitałowych).

Czytaj więcej

Donald Trump obiecuje 5 tys. dolarów dla każdego. Jeśli jego partia wygra wybory

Koncepcję tę określono mianem „dywidendy” (dividend), a więc słowem zapożyczonym wprost ze słownika prawnohandlowego (prawnospółkowego), gdzie oznacza część zysku wypłacaną akcjonariuszom proporcjonalnie do posiadanych akcji. Prezydent USA, mówiąc o „dywidendzie dla każdego obywatela”, posłużył się tożsamym sformułowaniem, przy czym nie zrobił tego po raz pierwszy. Określenie to pojawiało się już co najmniej dwukrotnie. I tak miało to miejsce przy okazji planowanej „dywidendy DOGE” z oszczędności budżetowych oraz przy okazji ceł, co ostatecznie spaliło na panewce, jako że Supreme Court uznał ten arsenał przepisów celnych za sprzeczny z porządkiem normatywnym. Niemniej koncepcja traktowania obywatela niby „akcjonariusza spółki” jest ilustratywna, a nawet plakatywna (by użyć przymiotnika bardziej zbliżonego do realiów kampanii wyborczej). Koncepcja jest na tyle interesująca, że warto poświęcić jej kilka słów z punktu widzenia teorii i dogmatyki prawa, czy też nawet teorii i historii („teoria e storia”, jak rymotwórczo mawiają włoscy prawnicy).

Kompania, która kręci krajem

Idea, podług której podmiot prawa publicznego, konstytucyjnego może funkcjonować na wzór spółki handlowej, nie jest wynalazkiem naszych czasów. Ma rozbudowaną genealogię sięgającą co najmniej XVII w., kiedy to Kompania Wschodnioindyjska, założona w Londynie w 1600 r. na mocy królewskiego statutu oraz jej niderlandzka odpowiedniczka VOC, zarejestrowana dwa lata później, przestały być zwykłymi przedsiębiorstwami handlowymi i zaczęły – jak to ujął mój imiennik – historyk Philip Stern w swojej książce „The Company-State” – wykonywać funkcje, które dziś jednoznacznie jako teoretycy prawa przypisalibyśmy państwu: pobierały podatki, budowały forty, prowadziły wojny, zawierały traktaty, sprawowały wymiar sprawiedliwości nad ludnością zamieszkującą ich faktorie, itp. Ph. Stern zdatnie uwypukla, że w epoce wczesnonowożytnej granica między „kompanią” a „państwem” była płynna do tego stopnia, iż samo pojęcie suwerenności bywało rozproszone między wieloma nakładającymi się na siebie ośrodkami władzy (policentryzm), a owa wieloośrodkowość ustrojowa była rozpięta między królem, parlamentem i właśnie zarządem spółki handlowej, która przecież wypłacała swoim udziałowcom dywidendy z zysków osiąganych między innymi dzięki podbojom (notabene brutalnym i krwawym).

Były to zatem pewnego rodzaju „company-states”, nawet w dość dosłownym tych słów znaczeniu, a więc podmioty (organizacje), które nie naśladowały państwa, lecz nim po prostu, na mocy przywileju, się stawały. Same obrastały w państwa. Z kolei konstrukcja prawna spółki (jej, byśmy powiedzieli, „stelaż korporacyjny”), w której udział jest zbywalny, oderwany od osoby wspólnika i inkorporuje ułamek wspólnego majątku, ma jeszcze starszą genezę, sięgającą rzymskich societates publicanorum, spółek poborców podatkowych i dzierżawców kopalń, których udziały były już wówczas zbywalne, a odpowiedzialność wspólników ograniczona. Średniowieczni młynarze z Tuluzy poszli jeszcze dalej, tworząc w dwunastym wieku spółki eksploatujące młyny na Garonnie, w których udział zwany uchau stawał się przedmiotem obrotu niezależnym od osoby posiadacza, dziedzicznym, zbywalnym, wycenianym (istnieje ciekawy artykuł J. Dąbrowskiej w tym zakresie). To właśnie z tej drugiego rzutu rozwojowego spółki akcyjnej: od rzymskiego corpus habere, przez francuskie pariage, po angielskie i holenderskie kompanie handlowe – wyłoniła się nowożytna spółka akcyjna, a wraz z nią (linearnie) pokusa, by na tę samą matrycę nałożyć również państwo.

Głosowanie nogami

Skoro zaś spółka mogła współrządzić, to i państwo bez trudu dawało się pomyśleć jako spółka (w swoim modelu partycypacyjnym, modelu sharingu), tyle że wielcy myśliciele polityczni, którzy tę ideę podejmowali, czynili to z racjonalną ostrożnością (mutatis mutandis). I tak przykładowo już T. Hobbes w „Lewiatanie” zarysował suwerena jako sztuczną osobę powołaną umową, w której każdy zrzeka się swojego prawa naturalnego na rzecz jednego organizmu, choć – powiedzmy – konceptowi temu było raczej bliżej do dzisiejszej polisy ubezpieczeniowej, aniżeli akcji spółki publicznej, jako że społeczeństwo nie tyle oczekiwało dywidendy, co raczej ochrony przed „wojną wszystkich przeciw wszystkim”.

Czytaj więcej

Trump zapowiada koniec wojny z Iranem i spadek cen ropy. „Natychmiast po wyborach”

J. Locke poszedł dalej w stronę relacji powierniczej: rząd jako powiernik zarządzający majątkiem publicznym w interesie ludu, odwoływalny, gdy sprzeniewierzy się zaufaniu (swoiste wotum nieufności, czyli brak udzielenia absolutorium), co już szybciej przypomina obowiązki fiducjarne zarządu wobec akcjonariuszy, choć wciąż nie jest z nimi tożsame (lecz ma swój urok metaforyki i porównania). Dopiero XX-wieczna szkoła wyboru publicznego J. Buchanana i G. Tullocka okrzesała tę koncepcję na poziomie dogmatycznym i nadała jej silniejszych, ekonomicznych ram, opisując podatki jako cenę płaconą za dobra publiczne, a polityków jako dostawców podlegających ocenie „konsumentów-wyborców”. Natomiast R. Nozick w „Anarchii, państwie i utopii” poszedł o krok dalej, wyprowadzając teorię państwa minimalnego z rynku prywatnych agencji ochrony, które konsolidują się w monopolistyczną firmę ochroniarską (ile to już było o metaforyce USA jako agencji ochroniarskiej dla Europy…).

Czytaj więcej

„Decyzje nie będą zapadały w Waszyngtonie”. Kanada ostro odpowiada USA

Ch. Tiebout zaproponował z kolei model, w którym obywatele „głosują nogami”, przenosząc się między jurysdykcjami tak, jak inwestorzy przenoszą kapitał w celach optymalizacji podatkowej, czy konsumenci między produktami w poszukiwaniu najlepszego stosunku ceny do usługi. A.O. Hirschman, w swojej klasycznej pracy „Exit, Voice, and Loyalty”, nazwał to wprost „napięciem” między głosem a wyjściem i zauważył, że o ile akcjonariusz niezadowolony z zarządu może po prostu sprzedać akcje, o tyle obywatel niezadowolony z rządu musi wybrać między głosowaniem a emigracją, gdzie alternatywa jest zazwyczaj kosztowna, bolesna i zarezerwowana dla tych, którzy mają kapitał: finansowy, zawodowy, edukacyjny, tak, aby sobie na nią pozwolić (zwłaszcza, gdy chce się nabyć „złoty paszport”). To właśnie dlatego dzisiejsza migracja talentów (zwłaszcza z branży informatycznej) i relokacje przedsiębiorstw do jurysdykcji przyjaźniejszych podatkowo (czy konkurencyjnych, np. tańszą pracą) bywają opisywane jako współczesna wersja głosowania nogami.

Alaska Permanent Fund

Trudno też nie doszukiwać się analogii. Istnieje bowiem w samych USA prawnie ustrukturyzowany przykład tego, co prezydent D. Trump nazwał w Dallas „dywidendą” (obywatelską). Mam na myśli „Alaska Permanent Fund”, fundusz utworzony poprawką konstytucyjną z 1976 r., do którego trafiają wpływy kapitałowe ze złóż ropy naftowej, a z którego od 1982 r. każdy mieszkaniec Alaski, bez względu na to, jak głosował (i czy w ogóle głosował), otrzymuje coroczną, zmienną w wysokości dywidendę, sięgającą w rekordowym 2015 r. ponad 2 tys. dol..

Metaforyczna figura, że obywatel miałby być „udziałowicem wspólnego majątku” przestaje być tylko figurą retoryczną, a staje się opisem realnie działającej instytucji prawnej, opartej na trwałym funduszu kapitałowym, zasilanym z konkretnego źródła, wypłacanym według ustalonego wzoru. Co więcej, sam Sąd Najwyższy USA już raz zajmował się prawną stroną takiej „dywidendy”. W sprawie Zobel przeciwko Williams z 1982 r. [Zobel v. Williams, 457 U.S. 55 (1982)] unieważnił pierwotną formułę, w której wysokość wypłaty rosła wraz z liczbą lat zamieszkiwania na Alasce, uznając, że różnicowanie obywateli tego samego stanu według stażu rezydencji narusza klauzulę równej ochrony prawnej oraz konstytucyjne prawo do swobodnego przemieszczania się. Innymi słowy, nawet tam, gdzie idea „dywidendy obywatelskiej” już zafunkcjonowała, judykatura musiała zaakcentować, że obywatel nie jest do końca „akcjonariuszem”, jako że o ile spółka może różnicować wypłaty według liczby posiadanych udziałów, o tyle państwo demokratyczne nie może różnicować obywateli według tego, jak długo są obywatelami czy jak głosowali.

Propozycja z Dallas różni się jednak wyraźnie od tego modelu. Wypłata 5 tys. dolarów nie jest bowiem uzależniona od żadnego trwałego funduszu, ani pracującego kapitału (pomijając, jeśli da się pominąć, rekordowe deficyty ostatnich lat); wypłata jest wprost warunkowana wynikiem konkretnych wyborów. „Modelowo” taka dywidenda korporacyjna przysługiwać powinna wszystkim akcjonariuszom, niezależnie od tego, jak głosowali na walnym zgromadzeniu. Ponadto federalne prawo wyborcze USA w swoim paragrafie 52 U.S.C. 10307(c) penalizuje właśnie płacenie za głosowanie w określony sposób (lub za samo głosowanie). Precedens sprzed dwóch lat, gdy E. Musk oferował milion dol. losowo wybranym zarejestrowanym wyborcom w stanach swingowych, pokazał, że specjaliści prawa wyborczego oceniają tego rodzaju konstrukcje, jako (mówiąc potocznie) „korupcję wyborczą”. Propozycja z Dallas różni się formalnie: nie jest zapłatą za sposób głosowania konkretnej osoby, lecz obietnicą uzależnioną od zbiorowego wyniku (umową losową). Nie powinna być jednak oceniana łagodniej, jako że logika pozostaje tożsama.

Na marginesie pojawia się pytanie, czy wypłata takich środków nie wymaga aby ustawy uchwalonej przez Kongres, któremu to powierza się władzę nad wydatkowaniem środków publicznych.

Imperia w lustrze

Propozycja z Dallas wydaje się wychodzić poza kategorie ciekawostki medialnej. Jest tyle interesująca, co jednocześnie ryzykowna na poziomie ustrojowym i konstytucyjnym. Nie jest precedensem, ale wydaje się, że w obecnej kondycji świata może trafiać na inne podatne grunty. Bez wątpienia Europa stoi dzisiaj na kruchej równowadze centrowych rządów u progu wyborczego cyklu 2027 r., stając się taką właśnie glebą, coraz bardziej podatną na proste recepty. Problem ten staje się tym bardziej wyrazisty, że MAGA – ruch niegdyś wyłącznie amerykański – znajduje swoich „franczyzobiorców”, czego najdobitniejszym, choć nie jedynym, dowodem jest niemiecka AfD, ucząca się kampanijnego rzemiosła wprost od otoczenia D. Trumpa i powtarzająca (po zniemczeniu) to samo hasło o uczynieniu kraju „znowu wielkim”.

W tym kontekście zajęła mnie ostatnio przejmująca lektura dzieła włoskiego publicysty F. Fubiniego „Imperi allo specchio” („Imperia w lustrze”), której podtytuł oddać można jako „mieliśmy zmienić Rosję, a to Rosja zmieniła nas”, przypominając, że kontakt z inną logiką władzotwórczą bywa drogą dwukierunkową, i skłania do pytania, czy D. Trump nie odgrywa dziś wobec Europy roli podobnej do tej, jaką wobec świata odegrał niegdyś M. Gorbaczow (by powiedzieć najkrócej).

Państwa stają się dla siebie lustrzanymi odbiciami. Już Stendhal w „Czerwone i czarne” zdefiniował powieść realistyczną jako zwierciadło przechadzające się po gościńcu. W tym sensie korporacyjna wizja demokracji z Dallas niczego nowego nie tworzy, tylko odbija to, co w naszej kulturze politycznej już było, i to właśnie każe pytać z niepokojem, co ujawni się w tym zwierciadle. Wciąż należy mieć nadzieję, że uda się jeszcze zbudować w ramach UE wiarygodną opowieść, która uwzględni problem konkurencyjności (czy zanikającej konkurencyjności) Unii wobec innych rynków i systemów prawo-ustrojowych. W końcu, jak twierdzi noblista O. Pamuk – nie sposób zrozumieć siebie bez wielkiej opowieści.

Autor jest radcą prawnym i doktorem prawa, autorem rozprawy nt. protekcjonizmu. Specjalizuje się w międzynarodowym prawie gospodarczym