Zrobiła się afera. I słusznie. Płocka prokuratura w 2011 r. postawiła Ziobrze i Miłoszewskiemu zarzuty przekroczenia uprawnień i ujawnienia tajemnicy służbowej. Umorzyła jednak postępowanie „z powodu braku danych dostatecznie uzasadniających popełnienie przestępstwa, a w przypadku Miłoszowskiego ze względu na immunitet”. W 2018 r. Sąd Okręgowy w Warszawie w sprawie o ochronę dóbr osobistych Zbigniewa Ziobro orzekł, że miał on prawo zrobić, co zrobił na podstawie obowiązującego wówczas art. 156 kodeksu postępowania karnego, który umożliwiał udostępnienie akt osobom trzecim „w wyjątkowych wypadkach”. Wypadek musiał być niewątpliwie wyjątkowy. Bo przecież inaczej niezawisły i niezależny sąd (a w czerwcu 2018 r. to były jeszcze tylko takie) takiego wyroku by nie wydał. Nieprawdaż?
Czytaj więcej
Premier cytował w Sejmie informacje ze śledztwa. Powołał się na kontrowersyjne przepisy, przygotowane za czasów Zbigniewa Ziobry. Te jednak pozwala...
Narzędzie do legalnego nacisku
Jak pan Ziobro został ministrem po raz drugi, a pan Kaczyński dysponował większością głosów w Sejmie i Senacie, to przyjęto nową ustawę – Prawo o prokuraturze (z 28 stycznia 2016 r.). Jej art. 12 stanowił, że „prokurator generalny, prokurator krajowy lub inni upoważnieni przez nich prokuratorzy mogą przedstawić organom władzy publicznej, a w szczególnie uzasadnionych przypadkach także innym osobom, informacje dotyczące działalności prokuratury, w tym także informacje dotyczące konkretnych spraw, jeżeli informacje takie mogą być istotne dla bezpieczeństwa państwa i jego prawidłowego funkcjonowania”.
Politycy Platformy Obywatelskiej twierdzili wówczas, że jest to „narzędzie do legalnego przecieku”. Ostrzegali, że przepis ten „umożliwia wynoszenie materiałów z postępowań przygotowawczych i używanie ich jako haków lub elementów kampanii politycznej”. Słusznie. Co właśnie udowodnili minister Żurek i premier Tusk przeciekiem z postępowania w sprawie Zondacrypto.
Tusk nie miał podstawy prawnej do przekazania informacji z postępowania w sprawie Zondacrypto
To, że Tusk mógł dzięki Ziobrze i Kaczyńskiemu „na legalu” dowiedzieć się od Żurka (lub upoważnionego prokuratora), co w tych aktach jest, nie ulega wątpliwości. I ponoć mógł o tym, czego się dowiedział, rozpowiedzieć publicznie. Bo nie ma zakazu. Zakazu rzeczywiście nie ma. Ale – zgodnie z art. 7 konstytucji – organy władzy publicznej działają „na podstawie i w granicach prawa”. Podstawę prawną miał prokurator informując Tuska. Tusk jej nie miał, informując opinię publiczną o tym, czego się dowiedział od prokuratora. Przekroczył ewidentnie granice prawa. Więc nie było to „legalny przeciek”. To był przeciek nielegalny.
Czytaj więcej
Jak jedziecie samochodem przez las po prostej drodze i stoi przy niej znak D-42 (obszar zabudowany), to możecie być prawie pewni, że kawałek dalej...
Z odpowiedzi prokuratora generalnego dla Niezależnego Stowarzyszenia Prokuratorów „Ad Vocem” upublicznionej na platformie X (dawniej Twitter) wynika, że Żurkowi wydawało się, iż jego upoważnienie dla Tuska obejmowało również zgodę na upublicznienie przez niego tego, czego się dowiedział od Żurka. „W ocenie prokuratora generalnego treść wydanej przez niego decyzji uprawniała prezesa Rady Ministrów do upublicznienia udostępnionego mu materiału dowodowego”. To się może przydać przy ocenie innych ocen prokuratora generalnego.
Nie wiadomo też, co przeciekło. Zeznania świadka pod przysięgą, czy wyjaśnienia podejrzanego – który całkiem legalnie może kłamać. Zresztą świadek też może kłamać. Nawet pod przysięgą. Co prawda nielegalne i co prawda teoretycznie grozi mu odpowiedzialność karna, ale jak przebywa za granicą, to co mu można zrobić? Zwłaszcza jak ma tak dobrych adwokatów, jak ma!
Czytaj więcej
Ministerstwo Podatków zapowiedziało podwyżki podatków, które – jak za rządów PiS – nazwano obniżką. Owszem, niektórym wyborcom PO podatki obniży, c...
Ale czy znajdzie się jakaś podstawa prawna, by w przyszłości stwierdzić, że Tusk mógł zrobić to, co zrobił? Jak wcześniej w przypadku Ziobry? Pewnie się jakaś znajdzie. Kruk krukowi... A to wszystko, co się dzieje, to teatrum dla gawiedzi.
Autor jest adwokatem i doradcą podatkowym, profesorem Uczelni Łazarskiego