Po pierwsze, znaków jest za dużo. Rozprasza to uwagę. I to jest fakt potwierdzony badaniami mózgu i jego zdolności do postrzegania otoczenia. Nie chodzi mi o obronę znienawidzonych przez różnych aktywistów piratów drogowych. W przypadku kierowców komunikacji miejskiej jest dokładnie tak samo. Mają przecież takie same mózgi. Po drugie, znaki B-33 (ograniczenie prędkości) ograniczają prędkość czasem (choć nie zawsze) w sposób absurdalny. Na zakręcie, przed którym na górskich drogach w Austrii stałby znak ograniczający prędkość do 60-70 km/h, u nas stoją znaki 30-40 km/h. To powoduje, że kierowcy zaczynają je ignorować. Niestety staje się to przyzwyczajeniem i rozciąga się także na miejsca i sytuacje, w których takie ograniczenia mają jak najbardziej sens.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Ministerstwo Podatków dba o tradycję

Sześć znaków drogowych na odcinku 1,6 km 

Często jeżdżę drogą wojewódzką, przy której na odcinku o długości 1,6 km stoi sześć znaków dotyczących prędkości  (D-42 i D-43 oraz B-33 i B-34). I można tam jechać albo 50 km/h, albo 70 km/h, albo nawet 90 km/h. A gęstość zabudowy wzdłuż tej drogi jest wszędzie taka sama. Jakby postawili jeden znak (niech to nawet będzie te 50 km/h), trudniej byłoby narzekać na absurdalność oznakowania. Najbardziej zdumiewa, po co stoi tam znak B-34 kończący ograniczenie prędkości do 70 km/h (można więc jechać 90 km/h), skoro za 300 m stoi znak B-33 ograniczający prędkość do 50 km/h. A wcześniej, 100 m za znakiem D-42 (obszar zabudowany, czyli ograniczenie prędkości do 50 km/h) stoi znak B-33 podwyższający to ograniczenie z 50 km/h na obszarze zabudowanym do 70 km/h. Ale też na odcinku 250 m.

Czytaj więcej

Robert Gwiazdowski: Co wolno ministrowi, to nie tobie przedsiębiorco

Jeszcze śmieszniej jest po zjeździe z trasy S8, po której można pomykać 120 km/h w kierunku wschodnim. Tam jest ograniczenie prędkości do 70 km/h. Całkowicie zrozumiałe. Co prawda stoi tam też znak D-42 (obszar zabudowany), ale za metalową barierką oddzielającą drogę krajową od drogi lokalnej, więc nie ma pewności, której drogi on dotyczy. Stoi tam też fotoradar. W miejscu, w którym ograniczenie prędkości wynosi 70 km/h. Za radarem jest skrzyżowanie. A za skrzyżowaniem jest – a jakże – misiek z suszarką. No bo za skrzyżowaniem prędkość dopuszczalna to już przecież tylko 50 km/h. Bo w rowie przed radarem i ograniczeniem prędkości do 70 km/h stoi znak D-42. Charakterystyka zabudowy jest dokładnie taka sama.

Nakaz jazdy prosto zamiast zakazu skrętu 

A u mnie na wsi jest sklep. Był do niego skręt ze wspomnianej drogi wojewódzkiej. I wszyscy sobie tam skręcaliśmy. Przez 20 lat. To znaczy, ja przez 20 lat – inni autochtoni dłużej. Teraz znaku B-21 (zakaz skrętu) nie postawili. Za to postawili znak C-5 (nakaz jazdy prosto). Postawili go 10 m za znakiem C-9 (nakaz jazdy z prawej strony znaku), który stał tam przy wysepce na przejściu dla pieszych od zawsze. Znak zakazu (czerwona obwódka wyraźne przekreślenie czarnej strzałki na białym tle na czerwono) rzucałby się w oczy. Znak C-5 umieszczony 10 m za znakiem C-9 już się w oczy tak nie rzuca. Podobnie jak misie, które się tam pojawiły razem ze znakiem. Ale już bez suszarek. Stawali na parkingu pod sklepem, do którego zakazano ludziom skręcać.

A teraz informacja dla aktywistów, którzy na pewno uznają, że to dla zwiększenia bezpieczeństwa… 100 m dalej można zawrócić. Dokonując tego manewru na jednojezdniowej, dwukierunkowej drodze wojewódzkiej.

Wszystko dla bezpieczeństwa.

Autor jest adwokatem i doradcą podatkowym, profesorem Uczelni Łazarskiego.