Michał Moskal jest politykiem młodym, ale jego politycznym doświadczeniem można by obdzielić kilku sporo starszych. Był szefem gabinetu politycznego Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten był wicepremierem, kierował także gabinetem politycznym ministra obrony Mariusza Błaszczaka, jest członkiem Komitetu Wykonawczego PiS. Zdecydowanie nie jest więc biednym misiem, który o niczym nie wiedział, niczego nie rozumiał, niczym się nie interesował.
„Mocno myślałem od dłuższego czasu, żeby tematykę kryptowalut przyjąć jako pewną niszę, w której będę się poruszał w polityce, stąd też pojawiła się chęć, żeby spotkać się z człowiekiem, który jest praktykiem i się na tym zna” – mówi dzisiaj sam Moskal, po tym, jak jeszcze kilka dni wcześniej przekonywał, że jego pielgrzymka do Przemysława Krala nie miała żadnego związku z polityką, bo jechał tam w imieniu fundacji, z którą jest związany, aby namówić Krala na sfinansowanie organizowanej przez nią konferencji. Skoro sam się przyznał, że na Ibizę pojechał jako polityk szukający swojej politycznej niszy w tematyce kryptowalut, jak bardzo wiarygodne jest twierdzenie, że jadąc do Krala nie miał pojęcia do kogo jedzie, bo nie został o tym poinformowany przez rząd? Już w połowie lipca można było o wszystkich wątpliwościach wokół Krala i Zondacrypto przeczytać chociażby w „Gazecie Wyborczej”, która napisała o wszystkich wątpliwościach wokół Zondacrypto i jej szefa. O mafijnych pieniądzach, za które została założona, o tajemniczym zniknięciu człowieka, którego Kral zastąpił na stanowisku szefa, o wszystkich ostrzeżeniach KNF i działaniach prokuratury, a także o braku możliwości ustalenia faktycznych właścicieli giełdy. Jak bardzo prawdopodobne jest to, że interesujący się od dawna kryptowalutami polityk nie przeczytał artykułu na temat człowieka, który właśnie sfinansował polityczną imprezę jego partii przed przyjęciem zaproszenia od niego? Być może Rafał Bochenek w te zapewnienia uwierzył, ale nikt rozsądny nie powinien.