Najem krótkoterminowy stał się w ostatnich miesiącach jednym z najbardziej gorących tematów w rządzie. Był projekt rządowy, był projekt poselski, były spory między koalicjantami, zarzuty o uleganie lobbystom i kolejne zmiany koncepcji. Można tylko żałować, że podobnej determinacji nie obserwujemy przy wielu sprawach dotyczących znacznie większej części społeczeństwa, choćby przy próbach reformy ochrony zdrowia.

Czytaj więcej

Rząd: mieszkańcy zdecydują czy w ich budynku można wynajmować mieszkania na doby

Rozporządzenie unijne i polski projekt 

Gdyby nie unijne rozporządzenie 2024/1028, które wymusza stworzenie systemu gromadzenia danych o najmie krótkoterminowym, temat zapewne jeszcze długo pozostawałby na etapie kolejnych koncepcji. Uruchomienie Centralnego Wykazu Turystycznych Obiektów Noclegowych stało się jednak okazją do uregulowania znacznie więcej niż tylko samego rejestru.

Problem w tym, że trudno dostrzec w tych działaniach jedną, konsekwentną filozofię. Najlepiej pokazuje to nagły zwrot dotyczący wspólnot i spółdzielni. Jeszcze niedawno wskazywano, że możliwość zakazywania najmu krótkoterminowego może budzić wątpliwości konstytucyjne, bo ingeruje w prawo własności i swobodę działalności gospodarczej. 2 września nastąpił legislacyjny cud. To, co jeszcze przed chwilą było konstytucyjnie wątpliwe, nagle stało się elementem rządowego projektu.

Oczywiście, można zmienić zdanie. Dobrze byłoby jednak wyjaśnić, co się zmieniło. Konstytucja przecież nie zmienia się w zależności od dnia tygodnia.

Czytaj więcej

Donald Tusk: Samorządy i wspólnoty mieszkańców będą mogły zakazać najmu krótkoterminowego

Miliony rezerwacji i nierozpoznany problem 

W całej dyskusji warto też pamiętać o skali zjawiska. W 2025 r. za pośrednictwem platform takich jak Airbnb czy Booking zarezerwowano w Polsce 44,4 mln noclegów, przede wszystkim dla krajowych turystów. Argumentem za ograniczeniami były natomiast przede wszystkim przypadki zakłócania spokoju przez gości. Dobrze byłoby wiedzieć, jaką część całego rynku stanowią takie sytuacje. Prawo powinno być odpowiedzią na rzeczywistą skalę problemu, a nie na najbardziej spektakularne przykłady.

Konsekwencje nowych przepisów 

Nowe przepisy mogą ograniczyć liczbę mieszkań dostępnych na doby, a część z nich może trafić na rynek najmu długoterminowego, co może przełożyć się na spadek cen na tym rynku. To tylko przypuszczenia. Mogą też poprawić komfort mieszkańców budynków, w których krótkoterminowy najem rzeczywiście powoduje uciążliwości. Jednocześnie przy ograniczeniu podaży i utrzymującym się popycie ceny noclegów zapewne wzrosną. Np. dla rodzin wyjeżdżających na wakacje mieszkanie lub apartament często jest przecież tańszą alternatywą dla kilku pokoi hotelowych. 

W centrach najbardziej turystycznych miejscowości zniknie część walizek ciągniętych po schodach, nocnych imprez i gości, którzy pomylili budynek mieszkalny z miejscem do hucznej zabawy. Tyle że do rozwiązania tego problemu można było podejść znacznie bardziej precyzyjnie. Można było skuteczniej egzekwować odpowiedzialność za zakłócanie porządku, identyfikować osoby korzystające z lokali i przenieść część odpowiedzialności na tych, którzy rzeczywiście powodują szkody.

Czytaj więcej

Jednak będą strefy wolne od Airbnb. Zdecyduje lokalny samorząd i sąsiedzi

Niejasne podstawy kompromisu 

Najbardziej osobliwy pozostaje jednak sposób powstawania tych regulacji. Koncepcja zmieniała się kilka razy, a kolejne rozwiązania pojawiały się i znikały w toku politycznych negocjacji. Ostatecznie koalicja pokazała, że jeśli jej na czymś zależy, potrafi się ostro spierać, a następnie dojść do porozumienia.

Pozostaje tylko pytanie, czy równie jasno wiadomo, po co dokładnie ten kompromis został zawarty. Bo po całej tej legislacyjnej burzy możemy dostać mniej ofert najmu na doby, droższe noclegi i spokój na kilku klatkach schodowych.

A największym sukcesem może okazać się przekonanie samych rządzących, że właśnie dokonali czegoś przełomowego.

Czytaj więcej

Paweł Rochowicz: Gazda z Białki hotelowym przedsiębiorcą. Czy zawsze?