W ciągu 35 lat transformacji trudno znaleźć w UE bliższy przypadek: niski dług, szybki wzrost, a mimo to uporczywe deficyty i polityczna niemoc, by skorygować je na czas. Pod tym względem Rumunia sprzed kilku lat niepokojąco przypomina dzisiejszą Polskę.

Polska jest gospodarczo silniejsza niż ówczesna Rumunia. Nie chodzi o identyczność krajów ani o przepowiadanie kryzysu, lecz o podobieństwo mechanizmu: dobra koniunktura i relatywnie niski dług pozwalają długo lekceważyć strukturalną nierównowagę. Ale nie bez końca.

Rumunia pojawiła się w pierwszej edycji raportu „Zagrożenia nadmiernego długu publicznego”. W 2019 r. dług wynosił 35 proc. PKB, a deficyt strukturalny był już wysoki. Kolejny raport, by ostrzec przed skutkami spirali zadłużenia, nazwał to „scenariuszem rumuńskim”. Dziś widać, jak ryzyko się materializuje.

Jeśli luka między dochodami i wydatkami nie znika mimo wzrostu, przychodzi zderzenie z arytmetyką: nominalny dług rośnie szybciej niż gospodarka. Nie ma mowy o „wyrastaniu z długu”.

Projekt polskiego budżetu pokazuje kolejny wysoki deficyt. W 2025 r. wyniósł on 7,3 proc. PKB, a w 2026 i 2027 r. ma wynieść po 7,1 proc. To trzeci rok powyżej 7 proc. PKB, i to przy wzroście, a nie recesji.

Czytaj więcej:

Raporty ekonomiczne Ekonomiści biją na alarm w sprawie długu publicznego. „Sytuacja wygląda groźnie”

Pro

W najnowszych „Zagrożeniach” wspólnie z Ludwikiem Koteckim i Markiem Skawińskim pokazujemy, że stabilizacja długu wymaga dostosowania o ponad 4 pkt proc. PKB, czyli około 166 mld zł. Problemem jest nie poziom, lecz trajektoria długu. W latach 2025–2028 relacja długu do PKB ma rosnąć o ponad 4 pkt proc. rocznie. W Rumunii w latach 2023–2025 było to około 5 pkt proc. To niebezpiecznie podobne tempo.

Jest też problem politycznej zdolności do korekty. Ministerstwo Finansów, relacjonując ocenę Fitch, podało, że agencja ratingowa wskazała na „brak wiarygodnego planu konsolidacji fiskalnej, krajowe wyzwania polityczne i ryzyko przedwyborczego łagodzenia polityki fiskalnej”. Fitch mówi też o „nieskoordynowanych, a chwilami konfrontacyjnych” relacjach rządu z prezydentem. Weta prezydenta są częścią problemu, ale nie jego źródłem. Według rządu ich wpływ to 8 mld zł. Przy potrzebnym dostosowaniu rzędu 166 mld zł luka pozostaje ogromna. Także wysiłek rządu nie odpowiada skali problemu.

Analogia ma granice. Rumunia miała deficyt obrotów bieżących na poziomie około 8 proc. PKB, więcej długu walutowego i większą zależność od zagranicy. Polska ma bardziej elastyczny kurs, mniejszy deficyt zewnętrzny i większość długu w złotych. Jesteśmy mniej podatni na utratę finansowania.

Rumunia czekała. Deficyt doszedł w 2024 r. do 9,3 proc. PKB, kraj nie realizował ścieżki w procedurze nadmiernego deficytu, a presja UE i rynków rosła. Wtedy przestała sama wybierać tempo korekty. W 2025 r. deficyt spadł do 7,9 proc., a w 2026 r. ma wynieść 6,2 proc. To ponad 3 pkt proc. w dwa lata. Cenę widać w gospodarce: jej wzrost wyniósł 0,7 proc. w 2025 r., a w 2026 r. ma być bliski zera. Konsolidacja tłumi popyt, a gospodarka zmaga się z około 7-proc. inflacją napędzaną wysokimi cenami energii. Korekta pogarsza nastroje i destabilizuje politykę. Zyskuje skrajnie prawicowa i eurosceptyczna AUR.

Polsce nie musi grozić rumuńskie urwisko. Bardziej grozi erozja: rosnące koszty długu, wypychanie wydatków rozwojowych, pogarszanie ratingu i mniejsza przestrzeń na kolejny szok. Mniej spektakularny proces jest łatwiejszy do ignorowania.

Nie potrzebujemy greckiej terapii szokowej ani rumuńskiej gwałtownej korekty. Potrzebujemy stopniowego dostosowania rzędu około 0,5 pkt proc. PKB rocznie. Odkładanie konsolidacji ma cenę, która rośnie nieliniowo.

„Druga Rumunia” nie jest prognozą. To ostrzeżenie przed sekwencją błędów: uporczywym deficytem przy dobrej koniunkturze, szybkim narastaniem długu i odkładaniem korekty. Im dłużej zwlekamy, tym mniej mamy swobody: najpierw ograniczają ją reguły fiskalne i procedura nadmiernego deficytu, a na końcu rynki. Wtedy tempo dostosowania przestaniemy wybierać sami.

O autorze

Prof. Paweł Wojciechowski

Główny ekonomista Business Centre Club i były minister finansów.