Rozmowa z kultowego skecza „Sęk” Kabaretu Dudek, w wykonaniu Edwarda Dziewońskiego i Wiesława Michnikowskiego, po latach zaskakująco dobrze pasuje do obecnej debaty o podatkach. Jeden z bohaterów pyta: „Ile można stracić?”, na co słyszy oburzoną odpowiedź: „Co się mnie pytasz, ile można stracić! Się mnie natychmiast zapytujesz, ile można zarobić!”.

To zdanie dobrze pasuje do dzisiejszej debaty o podatkach. Bo kiedy słyszymy, że miliony podatników zyskają na zmianach w PIT, warto zadać drugie pytanie: ile na tych samych zmianach stracą inni? A jeszcze ważniejsze: ile ostatecznie zyska albo straci państwo? Właśnie dlatego przy reformie PIT, CIT i ryczałtu warto na chwilę odłożyć komunikaty prasowe i spojrzeć na liczby z Oceny Skutków Regulacji, bo resort finansów ma najlepszy aparat badawczy do tego, by szacować, co się stanie gdy zostaną wprowadzone zapowiadane zmiany.

Rząd proponuje od 2027 r. podniesienie pierwszego progu PIT z 120 tys. do 130 tys. zł, wprowadzenie 24-proc. stawki dla dochodów między 130 tys. a 150 tys. zł, podwyższenie CIT dla największych przedsiębiorstw z 19 do 22 proc., zwiększenie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. oraz znaczące ograniczenie możliwości korzystania z ryczałtu. Na pierwszy rzut oka mamy więc klasyczną mieszankę obniżek i podwyżek podatków. Ale gdy zsumujemy wszystkie elementy, obraz staje się znacznie bardziej jednoznaczny.

Czytaj więcej

Nowe stawki PIT i CIT od 2027 roku

Zmiany w PIT

Podniesienie pierwszego progu do 130 tys. zł i wprowadzenie stawki 24 proc. w przedziale 130-150 tys. zł będzie kosztować sektor finansów publicznych około 10,2 mld zł w 2027 r. i 11,8 mld zł w 2028 r. Ta zmiana ma jednak ekonomiczne uzasadnienie. Bez niej udział podatników objętych 32-proc. stawką wzrósłby z 9,5 proc. w 2025 r. do około 14 proc. w 2027 r. Po reformie ma wynieść około 7,2 proc.

To efekt pełzającego wzrostu obciążeń. Jeżeli wynagrodzenia rosną, a progi podatkowe pozostają zamrożone, coraz więcej osób zaczyna wpadać w wyższą stawkę, nawet jeżeli ich realna sytuacja materialna nie poprawia się proporcjonalnie. Na zmianie ma skorzystać około 3,5 mln podatników, średnio o około 2,9 tys. zł rocznie.

Jest jednak ważne „ale”. Około 7,7 mld zł z całego kosztu obniżki PIT, czyli mniej więcej trzy czwarte, trafi do podatników z najwyższego decyla dochodowego. Nie jest to więc ulga skierowana przede wszystkim do przeciętnego podatnika. Najwięcej zyskają osoby relatywnie dobrze zarabiające.

Czytaj więcej

Ekonomiści ostrzegają: planowane zmiany w stawkach CIT ograniczą rozwój firm

Największe firmy zapłacą więcej

Najpierw były banki, do tego mają być firmy w sektorze energochłonnym, ale w tym pakiecie podatek CIT dla największych podatników ma wzrosnąć z 19 do 22 proc. Zmiana obejmie przedsiębiorstwa o przychodach powyżej 50 mln euro oraz podatkowe grupy kapitałowe.

To stosunkowo niewielka grupa: około 3,7 tys. podatników indywidualnych i 78 podatkowych grup kapitałowych. Dla budżetu to jednak największa pojedyncza pozycja po stronie dodatkowych dochodów. W 2027 r. ma przynieść około 6,24 mld zł, a w 2028 r. około 8 mld zł.

Czy 22-proc. CIT oznacza utratę konkurencyjności Polski? Trochę tak, trochę nie. Obecna stawka 19 proc. jest niższa od średniej unijnej wynoszącej około 21,6 proc. Po podwyżce Polska znajdzie się nieco powyżej średniej UE, ale nadal będzie poniżej stawek obowiązujących m.in. w Niemczech czy Francji.

Nie oznacza to, że wyższy CIT jest obojętny gospodarczo. Każdy wzrost podatku od zysku może wpływać na inwestycje, strukturę finansowania przedsiębiorstw czy decyzje dotyczące lokalizacji działalności i rezydencji podatkowej.

Czytaj więcej:

CIT Po podwyżkach CIT będą próby ucieczki od podatku. Eksperci: to ryzykowne

Pro

Największa zmiana może dotyczyć ryczałtu

To właśnie tutaj państwo próbuje częściowo odwrócić zmiany, które samo wprowadziło kilka lat temu. W 2021 r. limit przychodów uprawniający do korzystania z ryczałtu został podniesiony z 250 tys. euro do 2 mln euro. Dziś rząd chce go obniżyć z powrotem. Jednocześnie przychody powyżej 300 tys. euro mają zostać objęte wyższą, 17-proc. stawką.

Powodem jest eksplozja popularności ryczałtu. Przestał być on wyłącznie prostym sposobem rozliczania małych przedsiębiorców. Liczba ryczałtowców z przychodami powyżej 250 tys. euro wzrosła z 8,7 tys. w 2021 r. do 42,9 tys. w 2024 r. To niemal pięciokrotny wzrost w ciągu trzech lat.

Co więcej, 81 proc. tej grupy znajduje się w najwyższym decylu dochodowym. W efekcie powstała bardzo duża różnica między opodatkowaniem podobnej ekonomicznie pracy w zależności od jej formy. Przy dochodzie około 500 tys. zł klin podatkowo-składkowy na ryczałcie wynosi około 13–17 proc., wobec około 27 proc. na podatku liniowym i około 48 proc. na umowie o pracę.

Reforma ryczałtu jest próbą ograniczenia problemu arbitrażu podatkowego, w którym podatnicy wybierają inną formę prawną przede wszystkim ze względu na niższe obciążenia. Pytanie jednak, czy podobnego efektu nie udałoby się osiągnąć przez zmianę matrycy stawek ryczałtu i ich podniesienie, zamiast ograniczania samego limitu przychodów uprawniającego do tej formy opodatkowania.

Czytaj więcej

To nie koniec zmian w podatkach. Rząd przedstawi nowe pomysły dotyczące CIT

Danina solidarnościowa

Kolejnym elementem jest podniesienie daniny solidarnościowej z 4 do 5 proc. To zmiana dotycząca osób osiągających ponad 1 mln zł dochodu.

Wpływy z niej będą jednak niewielkie w porównaniu z CIT czy ryczałtem. W 2027 r. efekt ma być zerowy, a w 2028 r. około 860 mln zł. Warto jednak pamiętać, że wpływy z daniny od 2022 r. są systematycznie niższe niż w 2021 r. Jedną z przyczyn była zmiana form opodatkowania przedsiębiorców i rozwój ryczałtu.

Bilans fiskalny reformy

Według oceny skutków regulacji koszt zmiany PIT wyniesie około 10,2 mld zł w 2027 r. Jednocześnie CIT ma przynieść 6,24 mld zł, zmiany w ryczałcie około 5,5 mld zł, a pozostałe elementy dołożą kolejne dochody. W efekcie saldo całego pakietu dla sektora finansów publicznych wyniesie około 2,64 mld zł na plusie w 2027 r. i 4,92 mld zł w 2028 r.

Czyli odpowiadając na pytanie z Kabaretu Dudek: zyskamy 10 mld zł w kieszeni wydających, a mniej oszczędzających, ale stracimy 12,6 mld z kieszeni raczej oszczędzających. Sama reforma może wpływać na konsumpcję, ale kosztem oszczędności/inwestycji.

Weto prezydenta

Polski system podatkowy od lat zmieniamy kawałkami. Najpierw podnosimy albo obniżamy stawkę. Potem zmieniamy próg. Następnie wprowadzamy wyjątek. Później tworzymy ulgę. Następnie poprawiamy wyjątek. Dlatego każdą zmianę trzeba oceniać nie tylko przez to, ile przyniesie budżetowi w pierwszym roku. Trzeba pytać, jak zmieni zachowania podatników i czy takie korekty to jest kierunek reform, który nie powinien zostać potraktowany bardziej systemowo. I tego mi trochę brakuje w tych zmianach. Ale widać, że jest jakiś wycinek, który dobrze wygląda dla agencji ratingowych.

Na tych zmianach zyskuje państwo. I właśnie dlatego trudno mówić o tej reformie jako o obniżce podatków. Z punktu widzenia ścieżki deficytu to dobra wiadomość i sama korekta systemu ma sens. Wolałbym jednak, żeby poprzedziła ją debata o tym, jak powinien wyglądać cały system podatkowy, zamiast legislacyjnego maratonu, który w ciągu kilku miesięcy, do listopada, ma doprowadzić do wejścia zmian w życie (w międzyczasie procedowane są podwyżki podatku dla sektora energochłonnego na CIT 30 proc.).

Szybkie tempo prac, brak przestrzeni na szerszą dyskusję oraz pierwsze sygnały płynące z Pałacu Prezydenckiego sprawiają, że reforma prawdopodobnie nie wejdzie w życie w proponowanym kształcie. Obciążenia dla niektórych grup podatników rosną bowiem zbyt mocno, by łatwo było uzyskać dla nich polityczną akceptację.

O autorze

Piotr Arak

Główny ekonomista VeloBanku, adiunkt w Katedrze Ekonomii Politycznej WNE UW