„Stoi na stacji lokomotywa, ciężka, ogromna i pot z niej spływa”. Ten fragment wiersza Juliana Tuwima pasował do pierwszej części tygodnia na GPW. Na rynku działo się stosunkowo niewiele, ale też było wiadomo, że największe emocje mają przyjść w drugiej części dnia. Kiedy już nasza lokomotywa ruszyła, to nie tylko rozpędzała się z każdą godziną, ale niestety także ruszyła nie w tę stronę, w którą byśmy chcieli.
„Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale”. Jeszcze rano spadki bowiem nie wydawały się groźne. Można nawet było mieć nadzieję, że byki mogą zatrzymać ten pociąg. Nic bardziej mylnego. „I biegu przyspiesza, i gna coraz prędzej, i dudni, i stuka, łomoce i pędzi. A dokąd? A dokąd? A dokąd?... na południe. Z każdą godziną handlu skala spadków bowiem przyspieszała. W pewnym momencie notowań WIG20 był już prawie 2 proc.. pod kreską. Tym samym byliśmy najsłabszym rynkiem w Europie.
Złoty także tracił na wartości
W sumie sama słabość naszego rynku może nie byłaby niczym niepokojącym. Jeśli już szukać jakichś sygnałów ostrzegawczych, to trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w czwartek nie tylko warszawska giełda raziła słabością, ale także i złoty. Nasza waluta wyraźnie traciła wobec dolara, euro czy też franka szwajcarskiego, co by mogło sugerować odwrót kapitału zagranicznego z Polski. Mógłby to potwierdzać także fakt słabości banków na GPW, które są dla zagranicy naturalną ekspozycją na GPW.
Czym to mogło być spowodowane? Konkretnej informacji, która zmroziłaby inwestorów nie było. Raczej jest to kwestia domysłów. Te zaś kierują się w stronę niespodziewanej wizyty szefa CIA w Moskwie. Rynek najwyraźniej znów przypomniał sobie o nieobliczalności Rosji i uwzględnił to w cenach. Miejmy nadzieję, że strach ma jedynie wielkie oczy i to nie tylko ze względu na wyceny giełdowe.