Wysoka temperatura na zewnątrz i trwające wakacje rozleniwiły nieco inwestorów giełdowych na warszawskim parkiecie. W środę na naszym rynku przez bardzo długi czas brakowało ruchów, które zasługiwałyby na jakąś szczególną uwagę. Dopiero pod koniec dnia zaczęło się dziać nieco więcej. Przy czym słowo „nieco” dobrze oddaje to, z czym mieliśmy do czynienia.
Aby dopełnić kronikarskiego obowiązku napiszmy jednak, że w pierwszej części dnia na GPW przeważał kolor czerwony. Świecił on jednak bardzo umiarkowanie, a i poranne straty szybko zostały odrobione. Później rynek zafundował sobie sjestę, bo jak inaczej nazwać fakt, że przez wiele godzin indeksy notowały symboliczne ruchy i były przyklejone do poziomów zamknięcia z wtorku. Aby jednak nie było, że narzekamy na GPW, to dodajmy, że letnie rozleniwienie widzieliśmy także na innych europejskich parkietach.
Dopiero pod koniec dnia mieliśmy nieco odważniejszy ruch. Do ataku ruszyły byki, a WIG20 znów znalazł się powyżej 3600 pkt. Oczywiście ciężko też mówić o jakiejś szarży popytu, ale patrząc na przebieg sesji i tak ten zryw jest godny odnotowania.
Warsh daje oddech rynkom
Impuls do wzrostów pojawił się w momencie, kiedy dolar na szerokim rynku nieco osłabł po danych dotyczących PMI w Stanach Zjednoczonych, a także po wystąpieniu nowego szefa Fed Kevina Warsha w portugalskiej Sintrze. Rynek ucieszył się z faktu, że nie doszło do kolejnego jastrzębiego przekazu. To daje nadzieję na to, że oczekiwania na podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych zostaną trochę zahamowane, a to mogłoby sprowokować przecenę dolara, co z kolei byłoby pozytywną informacją dla inwestorów na GPW. Na środowe wydarzenia najmocniej zareagował rynek metali szlachetnych. Złoto w drugiej części dnia zyskiwało na wartości ponad 2 proc.., a srebro rosło ponad 3 proc.. Czyżby więc strach zaczął ustępować?