Weźmy choćby na warsztat problem: który naród jest bogatszy, a który biedniejszy? Ostatnio zdumiewają nas informacje, że staliśmy się bogatsi od Japończyków, że niemal zrównaliśmy się z Hiszpanami, a jeśli dobrze pójdzie, to za kilka lat dogonimy także Brytyjczyków.
No tak, ale potem jedziemy na wakacje i wcale nam się nie wydaje, by Hiszpania była krajem biedniejszym od Polski. O Japonii już nie wspomnę. Podobnie Węgrom trudno uwierzyć, że są ubożsi od Rumunów, a Brytyjczykom – że są znacznie ubożsi od Irlandczyków. Czy to my mamy problemy ze wzrokiem, czy kłamią statystyki? Spokojnie. Ani wzrok nas nie myli, ani urzędy statystyczne nie kłamią, choć nie wszystko są w stanie dokładnie zmierzyć. Dane statystyczne mają jednak to do siebie, że aby je komentować, trzeba dobrze rozumieć, co się za nimi kryje.
O co chodzi z tym „bogactwem narodów” i dlaczego dane nie zawsze zgadzają się z naszymi odczuciami? Problem w tym, że podstawą większości ocen są dane o produkcie krajowym brutto, czyli PKB na głowę mieszkańca. PKB jest z jednej strony miarą produkcji wytworzonej w kraju, z drugiej zaś sumą dochodów uzyskanych dzięki sprzedaży tej produkcji na rynku. A więc PKB na głowę mieszkańca to po prostu przeciętny dochód.
Od razu pojawia się tu jednak kilka pułapek. PKB mierzy tylko to, co da się sprzedać. Nie obejmuje wszystkiego, czego nie da się zmierzyć pieniądzem: kultury, stylu życia, bogactwa obyczajów. Nie mierzy też sprawności działania instytucji, które decydują o jakości życia. Nie pokazuje stanu zdrowia społeczeństwa, nastrojów ani zadowolenia z sytuacji w kraju. PKB na głowę mieszkańca Brazylii jest od czterech do dziesięciu razy niższy niż na Islandii, zależnie od tego, czy bierzemy pod uwagę różnice w sile nabywczej waluty. Ale który kraj wydaje się radośniejszy?
Po drugie, PKB na głowę mieszkańca to średnia arytmetyczna, czyli łączna wartość PKB podzielona przez liczbę mieszkańców. A każda średnia może być myląca. Człowiek i koń mają średnio po trzy nogi i pół ogona.
Ten sam średni wskaźnik w kraju o wielkich dysproporcjach dochodowych znaczy coś innego niż w kraju, w którym nierówności są mniejsze. Nawet jeśli rosyjski średni dochód jest wyższy od węgierskiego, typowy Węgier cieszy się lepszym życiem niż przeciętny Rosjanin, który swój dochód musi dzielić ze złodziejskimi oligarchami. Zróżnicowanie ma też wymiar przestrzenny. Regiony północnych Włoch mają PKB na głowę mieszkańca nawet trzy razy wyższy niż najbiedniejsza Kalabria.
Najważniejsze jest jednak coś innego. Kiedy mówimy, że ktoś jest bogatszy od kogoś innego, mamy na myśli przede wszystkim to, że dysponuje większym majątkiem. Tymczasem PKB na głowę mieszkańca nie jest miarą przeciętnego majątku, lecz dochodu. A majątek gromadzi się przez dziesięciolecia. Nawet jeśli dochód Polaka jest dziś wyższy od dochodu Japończyka, to oszczędności finansowe netto przeciętnego mieszkańca Japonii, będące niezłą miarą zgromadzonego majątku, są niemal sześciokrotnie wyższe niż Polaka. Podobnie oszczędności finansowe Węgra są ponad dwa razy wyższe niż Rumuna.
To wspaniale, że tyle krajów dogoniliśmy już pod względem przeciętnego dochodu. Ale potrzeba wielu dekad wyższych dochodów, abyśmy dogonili je także pod względem majątku.