Liberalna demokracja, by właściwie funkcjonować, potrzebuje zarówno realizacji głosu ludu, jak i moderującej roli elit wsłuchujących się w ów głos. Niestety w Polsce przez pierwsze ćwierćwiecze po upadku komunizmu rządziły elity nieliczące się z wolą demosu, a w ciągu ostatniej dekady rządzi lud w pogardzie mający zdanie elit. W efekcie mieliśmy po 1989 r. i mamy obecnie wypaczony model systemu demokratycznego.
Ów system, według powszechnej opinii, liczy sobie ok. 2,5 tys. lat, czyli sięga Grecji okresu klasycznego. W rzeczywistości elementy demokratycznej polityki możemy, w rudymentarnej formie, obserwować także w świecie zwierząt (np. wśród szympansów, co fantastycznie opisywał nieżyjący już niestety prymatolog Frans de Waal) oraz we wczesnych grupach Homo sapiens sapiens.
Wówczas to, czyli kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy lat temu (nasz gatunek liczy sobie ok. 300 tys. lat i w swej wczesnej fazie współistniał z innymi gatunkami ludzi), plemiona rządziły się stosunkowo demokratycznie i wyłaniany na przywódcę osobnik musiał liczyć się z głosem (na początku – z odgłosami) pobratymców. Inaczej bardzo szybko mógł stracić swą uprzywilejowaną pozycję.
Uwaga na marginesie – dopiero rewolucja agrarna (neolityczna) zmieniła ten stan rzeczy i pogłębiła różnice między rządzonymi i rządzącymi (trzeba było powstania pierwszych miast i państw, by nowi władcy mogli porzucić demokratyczno-równościowe metody przywództwa, charakterystyczne dla społeczności zbieracko-łowieckich).
Demokracja liberalna straciła równowagę, rola elit rosła z każdą dekadą
Ramy i charakter tego artykułu nie pozwalają na rozwinięcie tych fascynujących wątków. Skracając zatem perspektywę patrzenia na demokrację, musimy wrócić do czasów bardziej współczesnych i zauważyć, że przez ostatnie 3 tys. lat demokracja miała różne modele i oblicza, by finalnie ulec w drugiej połowie XX w. petryfikacji w kształcie określanym niezbyt szczęśliwie jako „demokracja liberalna”, w której głos ludu jest wysłuchiwany, ale jego realizacją zajmują się przygotowane do tego i wyspecjalizowane elity. Jednak przez zdecydowaną większość czasu oddzielającego nas od przemówień Peryklesa na ateńskim Pnyksie demokracja była albo bardziej ludowa, albo bardziej elitarystyczna.
W skrócie – albo metoda demokratyczna faworyzowała demos, oddając mu ostateczny głos w sprawach polityki (jak właśnie w starożytnych greckich państwach, gdzie nawet najwybitniejsi przywódcy mogli być – kaprysem obywateli – wygnani z miasta lub skazani na śmierć w ciągu jednego posiedzenia sądu skorupkowego), albo – jak w zachodniej Europie XVII, XVIII i XIX wieku – gros władzy oddawała w ręce wyselekcjonowanej grupy białych, bogatych mężczyzn, którzy de facto rozstrzygali nie tylko o polityce państwa, ale także o tym, kto może, a kto nie może określać się jako lud.
Czytaj więcej
– To algorytm decyduje o tym, że ktoś zobaczy jedną informację, a innej nie. Paradoksalnie można powiedzieć, że to nie jest wolność słowa użytkowni...
Jako się rzekło, kilkadziesiąt lat temu, po obu stronach Atlantyku ukonstytuowała się demokracja liberalna, która – przynajmniej w teorii – łączyła spełnianie woli demosu (wyrażaną w wyborach i referendach, ale także w szeroko wówczas po raz pierwszy rozpowszechnionych badaniach opinii publicznej) z rolą elit, które miały – w sposób zgodny z ustawą zasadniczą, dobrymi obyczajami i w oparciu o cały zestaw wartości – ową wolę realizować i wdrażać w życie. Z każdą jednak dekadą moc sprawcza elit rosła, a siła mas (ukontentowanych konsumpcją oraz poprawą warunków życiowych) słabła. I właśnie taki model demokracji zastaliśmy i przyjęliśmy zaraz po tym, gdy upadł w naszym kraju komunizm.
Pierwszym, który dopuścił do rządzenia demos, był... Donald Tusk!
Polską przez prawie ćwierć wieku po 1989 r. władały elity, w pogardzie mające masy, będące z definicji głupie, nieoświecone i postkomunistyczne. Kto śmiał krytykować plan Balcerowicza, był określany jako bolszewik, a kto chciał dekomunizacji i lustracji życia społecznego, niechybnie stawał się faszystą. Strajki i protesty rolnicze mogły być organizowane tylko przez warchołów, a za każdym rogiem krył się wrogi modernizacji kraju antysemicki chłoporobotnik, który jedynie czekał, by móc oddawać się swym ulubionym hobby, czyli pogromom i rabacjom.
Porządku moralnego i politycznego strzegły elitarne media, które określały ramy debaty politycznej i udzielały pozwolenia poszczególnym grupom i jednostkom na funkcjonowanie w życiu społecznym. Lub skazywały na publiczny niebyt. Agendę polityczną narzucał rano w „Gazecie Wyborczej” Adam Michnik, a kropkę nad „i” stawiała w wieczornym pasmie publicystycznym Monika Olejnik. Lud mógł się temu jedynie przypatrywać z szeroko rozdziawioną „gębą”. I ewentualnie podziwiać.
Czytaj więcej
Jeśli dominujący nurt na prawicy, który nie szanuje dokonań lat 90., chce forsować zmiany w „ideowej” warstwie konstytucji, to musi brać pod uwagę,...
Co ciekawe, pierwszym, który złamał władzę elit w naszym kraju po 1989 r., nie był wcale Jarosław Kaczyński. Wystarczy przypomnieć sobie skład rządu PiS po wygranych przez tę formację wyborach parlamentarnych w 2005 r. Ministrami w tamtym gabinecie byli np. Zbigniew Religa czy ultraliberalna (i elitarystyczna zarazem) Zyta Gilowska. Kto zatem był tym, który dopuścił do rządzenia (przynajmniej w pewnej mierze) demos, a skazał na poślednią rolę elity? Donald Tusk! To on – udając obrońcę salonu – skazał go na rolę obserwatora i kibica, a nie kreatora społecznej rzeczywistości.
Lud kocha tych, którzy go nie zawstydzają
To on zmusił elity, by oddawały mu cześć, krzyczały „Tusku, musisz!”, tworzyły komitety poparcia i wiernie głosowały na jego partię, w zamian dostając jedynie obietnice, że do władzy nie wróci Kaczyński, który chce zjeść ich dzieci i porozbijać domowe biblioteczki, odziedziczone po stryjence Jance. Tusk mógł zapowiadać, że wprowadzi podatki „3 razy 15”, że nie wpuści do Polski żadnego imigranta, że pisowską dziurę budżetową poszerzy i pogłębi, a świadczenia socjalne przekazywane „ludożerce” zwiększy, a nie zmniejszy – a i tak miał elity po swojej stronie. I to w roli klakierów, a nie jurorów.
Nie trzeba być profesorem politologii, by zauważyć, że prawdziwy przełom w upokorzeniu elit i wyniesieniu na piedestał demosu nastąpił wraz z rozwojem internetu, a szczególnie z pojawieniem się mediów społecznościowych. Ta zmiana definitywnie chyba rozstrzygnęła, kto będzie bardziej słuchany i czyj głos będzie rozstrzygający w procesach alternacji władzy. I właśnie to widzimy od co najmniej dekady.
Czytaj więcej
W latach 20. XXI w. trwa rozdrażnione wyżywanie się na abstrakcyjnym pojęciu „elita”. Jakby ktoś deptał stare słowniki, by nie zrozumieć definicji....
Rozmiary tego artykułu nie pozwalają na szczegółową analizę tego zjawiska, ale na szczęście było ono szeroko opisywane. Każdy z nas zresztą mógł je samodzielnie dostrzec – w czasie pandemii, w okresie wojny na Ukrainie, przy okazji każdej kampanii wyborczej. Głos profesora medycyny jest obecnie mniej słyszalny niż wrzask samozwańczych guru od leczenia covidu spryskiwaczem do szyb; analiza sytuacji na froncie autorstwa poważnego eksperta przegra w liczbie „lajków” z ignoranckim poszukiwaczem spisków lub zwykłym trollem; pogłębiona refleksja na temat społecznej rzeczywistości zostanie zagłuszona przez rechot dwóch wesołków popisujących się swym intelektualnym prostactwem. Lud kocha tych, którzy go nie zawstydzają – wykształceniem, wiedzą, kulturą osobistą, wreszcie… faktami. Woli schlebiających jego gustom i niewywyższających się ponad niego.
Jak powinny ze sobą współgrać masy i elity
Jak to się ma do demokracji? Jak napisałem, jej prawidłowe funkcjonowanie zależy zarówno od realizacji woli obywateli, jak i od moderującej roli elit. Jeśli mamy do czynienia z przechyłem w tej relacji na rzecz jednej ze stron, wówczas zaczynają się kłopoty.
Najlepiej zobrazować to na konkretnym przykładzie. Dwa lata temu uczestniczyłem w kongresie politologów. W czasie jednego z paneli dyskusja zeszła na problem imigracji. Wszyscy zgromadzeni w sali byli zgodni, że jest ona drogą do ubogacenia naszego życia społecznego, zwiększenia jego różnorodności oraz szansą na rozwiązanie problemów demograficznych. Paneliści i politologiczna publiczność ubolewali jednak nad tym, że nie dostrzegają tego młodzi mężczyźni o prawicowych poglądach.
Wstałem wówczas i powiedziałem, że pozytywny stosunek zgromadzonych do imigracji może wynikać z tego, że na pontonach zmierzających z Afryki przez Morze Śródziemne do Europy jest stosunkowo mało profesorów politologii. Zapadła głucha cisza. Kontynuowałem zatem – dla nas imigracja może oznaczać somalijską knajpkę na naszej ulicy, afgańskie studio tatuażu lub nowy klub na naszym osiedlu, w którym będziemy pobierać lekcje tańca brzucha, natomiast młodym polskim mężczyznom kojarzy się ona raczej z konkurencją w walce o pracę w maku lub problemami z bezpieczeństwem „na dzielni”.
Trzymając się przykładu migracji – jeśli lud jej nie chce, to po prostu tak ma być. Demokracja nie może oznaczać, że wyborcy będą wyrażać jakieś pragnienia i potrzeby, a elity będą ich młotkować po głowach i przekonywać, że są głupi i że trzeba zrobić inaczej. Ale – i to ważne „ale” – elity są po to, by ową wolę demosu realizować w taki sposób, by uszanować zwyczaje demokratyczne i wartości liberalne.
Zatem ich reakcją na sprzeciw ludu wobec analizowanego tu zjawiska nie powinno być wybieranie jak najbardziej skutecznej broni do zabijania imigrantów lub podsuwanie najbardziej skutecznych metod zatapiania statków i pontonów, na których ludzie z Afryki i Azji zmierzają do Europy, lecz szukanie takich rozwiązań prawnych, politycznych i ekonomicznych, które powstrzymałyby fale imigrantów w miejscu ich zamieszkania, stworzyłyby mechanizmy przyjmowania tych, którzy łatwo się u nas zadomowią, tworzenia międzynarodowych koalicji do walki z tym zjawiskiem itp.
Czytaj więcej
Polityka pozostała duchem i ciałem w XIX wieku. Gdy Kowalski i Smith żyją w erze globalnej sieci, demokracja nadal działa według zasad ze świata go...
To tylko jeden z przykładów tego, jak powinny ze sobą współgrać masy i elity. System oddający pełnię władzy w ręce tych pierwszych (i z pogardą traktujący te drugie) będzie zmierzał do ochlokracji, a na końcu do dyktatury. Ustrój zaś lekceważący lud i zarządzany wyłącznie przez elity wcześniej czy później załamie się i doprowadzi do rewolucji, lub – odwrotnie – ulegnie petryfikacji i także ewoluować będzie do mniej czy bardziej ukrytej autokracji.
Demokracja liberalna, by przetrwać, musi uwzględniać zarówno zachcianki demosu, jak i korzystać z wiedzy i doświadczenia elit w materializacji owych zachcianek. We współczesnej Polsce widać jednak przede wszystkim aktywność pogardzającego elitami tłumu (zachęcanego do rechotu i wulgarności przez jego – inteligenckich skądinąd – heroldów) oraz działalność słabnących elit, które pogardzają ludem (jednocześnie bojąc się go). Dlatego właśnie demokracja liberalna w Polsce ma się gorzej, niż zwykliśmy to przyznawać.