Moja niepełnosprawna babcia była dumna, że dostałem się na studia wyższe. Pamiętam jej spojrzenie. Zrealizowało się to, czego oczekiwała dla rodziny. Po własnym dzieciństwie w czasie okupacji, na nędznej Pradze – tak oto następowało ciche domknięcie historii jej życia niemal bez wykształcenia. Może po prostu to było to, co kwitujemy słowami „spełniona nadzieja”.
Dlaczego w demokracji już wskazywanie palcem na polityków jako na elity mija się z celem?
Często przypomina mi się rozmowa ze wspomnień, gdy słyszę namiętne ataki na elitę. W 2026 r. wykształceni ludzie atakują innych wykształconych ludzi. Bez litości, zawzięcie. Zupełnie tak, jakby jakieś ich młodzieńcze marzenie się nie spełniło. Sugerują, że ktoś ich oszukał. Czegoś im nie dano.
Kto dokładnie ich wprowadził w błąd? Jak zwiódł? Zwykle intelektualna odwaga odpowiedzi kończy się na wskazaniu polityków lub prychnięciu: „elity”, opatrzonym mniej lub bardziej złośliwym przymiotnikiem. Tymczasem w demokracji już wskazywanie palcem na polityków jako na elity mija się z celem. Najstarsi pamiętają, jak w latach 90. XX w. rozpaczano nad upadkiem dawnych autorytetów i schyłkiem inteligencji. To były żale zrozumiałe.
Jakie hierarchie uznania ujawniły się po przemianach demokratycznych 1989 r.?
Istotnie, rok 1989 był tu przełomem. W demokracji ujawniły się inne hierarchie uznania niż w czasach niedemokratycznych. Wcześniej legitymację przywództwa dawała gotowość do znalezienia się w więzieniu za przekonania, a nie wybory przy urnach. Elitarność brała się nie z herbów, lecz z nonkonformizmu wspartego więziami małych grup opozycji antykomunistycznej. Odwaga tamtego sprzeciwu, nieuleganie presji większości pozostają na antypodach demokracji.
Czytaj więcej
Jesteśmy we wspaniałym historycznym momencie, w którym realizujemy polskość po odzyskaniu niepodległości. Osiem pokoleń Polaków marzyło o tym, żeby...
W latach 20. XXI w. trwa rozdrażnione wyżywanie się na abstrakcyjnym pojęciu „elita”. Jakby ktoś deptał stare słowniki, by nie zrozumieć definicji. Wykształconym krytykom nie przeszkadza, że ich sposób myślenia bywa równie uproszczony jak ten, który chcą wypierać. W 1989 r. wyższe wykształcenie miało kilka procent populacji. Dziś to podobno rekordowe 40 proc. Wkrótce połowa społeczeństwa będzie miała dyplomy. Ostrożnie zakładam zatem, że wszyscy jesteśmy elitą. Innych kryteriów w demokracji nie widzę.
Ochota na krytykowanie elit wydaje się nie na miejscu
Czasem, pod wpływem zmęczenia czy rozczarowań, pojawia się i u mnie pokusa intelektualnej łatwizny. Chęć napisania tekstu na lekkiej nucie hejtu na elity. Siadam przed ekranem i nie wiem, kogo oraz za co miałbym uczciwie skrytykować. Najpierw musiałbym uznać, że właśnie uwierzyłem w plucie na innych po trajektorii algorytmu. I w wielkie kwantyfikatory. Albo że kiedyś także dałem się zwieść obietnicom wyższej edukacji. A to nieprawda. Po upadku komunizmu masowe studia w biednym kraju sprawiły, że więcej przygotowania do życia dawało uważne obejrzenie filmu „Barwy ochronne” Krzysztofa Zanussiego niż najpiękniejsze wykłady. Jeśli kogoś oszukały jakieś „elity”, najwyraźniej żył pod kloszem. Sam darwinizm warunków studiowania pozbawiał złudzeń. Nie podważało to jednak zawodowego sensu zdobycia dyplomu.
Przypominam sobie dumę mojej niepełnosprawnej babci, urodzonej w 1926 r., której życie nie było łatwe i której nadzieja spełniała się w dokonaniach następnych pokoleń. Ochota na krytykowanie elit – po doświadczeniach z hitleryzmem i komunizmem – wydaje się nie na miejscu. Nie tylko wobec skali tamtych tragedii, lecz także wobec naszych rodzin.