Genewa, lipiec 1954 roku. Nad Jeziorem Genewskim Éliane Devries, grana przez Catherine Deneuve, opowiada przybranemu wnukowi historię, która właśnie dobiegła końca: dzieje plantacji kauczuku, utraconej córki i francuskich Indochin. Nieopodal trwa konferencja mająca przypieczętować kres francuskiego panowania i podział Wietnamu wzdłuż siedemnastego równoleżnika. Wśród delegatów jest Camille, matka chłopca, która dawno temu wybrała rewolucję zamiast plantacji i historię zamiast rodzinnego pojednania.

Reklama
Reklama

Tą scenę Régis Wargnier zamyka film „Indochiny” z 1992 r. Opowieść o kolonialnym Wietnamie kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się jego nowoczesna historia: przy stole, na którym mocarstwa rozporządzają losem mniejszego narodu. Cała późniejsza droga tego kraju jest próbą odwrócenia tamtego układu – przejścia od miejsca przydzielonego na cudzej mapie do miejsca zajętego przy własnym stole.

Logika kolonialnej „misji cywilizacyjnej”

„Indochiny” są filmem olśniewająco pięknym, a przez to wymagającym ostrożności: kolonialny świat rozpada się w nim z godnością, której w rzeczywistości nie posiadał. Jest to przeszłość zapamiętana przez tych, którzy utracili imperium, nie przez tych, którzy odzyskiwali kraj. Nie przypadkiem Éliane gra aktorka, która pozowała niegdyś do popiersia Marianny: bohaterka Deneuve jest personifikacją Republiki, nie tylko postacią melodramatu. Punkt zwrotny całej opowieści rozgrywa się na Wyspie Smoka w Zatoce Tonkińskiej, gdzie francuska placówka wojskowa służy zarazem za punkt zbiorczy dla kulisów – tak nazywano kontraktowych robotników werbowanych na plantacje południa, formalnie dobrowolnie, w praktyce na warunkach niewiele różniących się od handlu ludźmi.

Camille, która przeszła pół kraju w poszukiwaniu ukochanego, zostaje tam zamknięta razem z wietnamską rodziną napotkaną po drodze. Kiedy żołnierze mordują jej towarzyszy podróży, dziewczyna rzuca się na dowodzącego oficera i strzela. Kapitana Hébrarda gra Andrzej Seweryn – i w kilku minutach buduje postać, która zostaje w pamięci: jego oficer przyjmuje kulę niemal z rezygnacją, jakby przez sekundę uznawał słuszność wyroku. Ten strzał, nie żadna deklaracja ideowa, zamienia przybraną córkę plantatorki w „czerwoną księżniczkę” wietnamskiej legendy.

Éliane kocha Camille, ale jej miłość jest zaborcza: chce chronić przybraną córkę, jeśli sama będzie mogła decydować o granicach jej wolności. W tej relacji skupia się logika kolonialnej „misji cywilizacyjnej” – dominacja przedstawiona jako opieka, wyzysk podany w eleganckim opakowaniu. Francja traci Indochiny najpierw w umyśle córki, dopiero potem na polu bitwy.

Cud gospodarczy i rola globalnego pośrednika

Najgłębsza przemiana dokonała się jednak nie na polu bitwy, lecz w gospodarce. Gdy w 1986 r. rozpoczęto reformy Đổi Mới, powojenny Wietnam był krajem biednym i izolowanym. Partia zachowała monopol polityczny, ale porzuciła ambicję zarządzania rynkiem, który uznała nie za zaprzeczenie socjalizmu, lecz za narzędzie jego przetrwania. Rezultat należy do najbardziej spektakularnych historii rozwojowych ostatnich dekad – dochód na mieszkańca wzrósł z niespełna 700 dol. w 1986 r. do prawie 4500 dol. w 2023 r., a skrajne ubóstwo niemal zniknęło. Wietnam nie odkrył jakiegoś nieznanego prawa ekonomii; o wyjątkowości zdecydowała cierpliwość, z jaką połączył dobrze rozpoznane składniki, oraz umiejętność uczenia się od innych bez przyznawania, że kogokolwiek się naśladuje.

Wietnam jest krajem wielkiego sukcesu, ale sukcesu nieukończonego

Na kolonialnych plantacjach wyrastają dziś parki przemysłowe, a kontenery z elektroniką zastąpiły bele kauczuku. Wietnam jest głównym beneficjentem strategii „China plus one”: globalne firmy niekoniecznie opuszczają Chiny, ale pilnują, by nie produkować wyłącznie tam. Najlepszym opisem tej gospodarki nie jest zresztą „fabryka świata”, lecz pośrednik między fabryką a światem: jedna trzecia eksportu trafia do USA, a przeszło 40 proc. importu pochodzi z Chin. Układ opłacalny, dopóki globalizacja działa jak sieć; niebezpieczny, gdy zaczyna przypominać linię frontu.

Ta linia frontu już się pojawiła. W kwietniu 2025 r. Waszyngton ogłosił wobec Wietnamu 46-proc. cła – cios w samo serce modelu. Odpowiedź Hanoi była pokazem dyplomatycznej zręczności: oferta zerowych ceł na towary amerykańskie, deklaracje zakupów samolotów i gazu, kontrola świadectw pochodzenia uderzająca w chiński reeksport, wreszcie cierpliwe negocjacje. Latem stawkę zbito do ok. 20 proc., jesienią podpisano ramowe porozumienie, a w lutym 2026 r. Sąd Najwyższy USA uchylił prawną podstawę ceł. Kapitał nie odpłynął, bo za bardzo nie miał dokąd, a paradoksalnym skutkiem burzy okazało się zbliżenie Wietnamu ze wszystkimi naraz: Pekin przysłał Xi Jinpinga z ofertą wspólnej obrony wolnego handlu, Bruksela i Tokio przyspieszyły rozmowy.

Czytaj więcej

Visit Vietnam – platforma danych i AI kształtują przyszłość turystyki w Wietnamie

Mimo celnej zawieruchy PKB wzrósł w 2025 r. o 8 proc., a prognozy na 2026 r. mówią o 6,8 do 7,1 proc. Za sukcesem kryje się jednak pułapka: kraj opanował sztukę przyciągania fabryk, ale dopiero uczy się budować własne firmy zdolne do tworzenia technologii i marek – przedsiębiorstwa zagraniczne odpowiadają za około 73 proc. wartości produkcji całkowitej kraju. Między napisem „wyprodukowano w Wietnamie” a stwierdzeniem „zaprojektowano, sfinansowano i skomercjalizowano w Wietnamie” rozciąga się niemal cała droga od gospodarki montażowej do gospodarki wiedzy.

Dyplomacja bambusa i strategia równowagi

Tu gospodarka spotyka się z geopolityką. Bliskość Chin, od których Wietnam przez stulecia zapożyczał administrację, pismo i konfucjańską kulturę państwową, broniąc zarazem odrębności, jest dla niego faktem geograficznym, gospodarczą koniecznością i strategicznym niepokojem naraz. Hanoi nie może odsunąć się od Pekinu, ale nie może też dopuścić, by asymetria gospodarcza przerodziła się w polityczne podporządkowanie. Stany Zjednoczone zajmują miejsce równie paradoksalne: dawny przeciwnik jest dziś jednym z najważniejszych rynków eksportowych, ale zależności od Pekinu Wietnam nie zamierza zamieniać na zależność od Waszyngtonu. Dlatego rozwija stosunki równocześnie z Waszyngtonem, Pekinem, Tokio, Delhi, Seulem, Moskwą i Brukselą.

Partia zachowała monopol polityczny, ale porzuciła ambicję zarządzania rynkiem, który uznała nie za zaprzeczenie socjalizmu, lecz za narzędzie jego przetrwania

Wietnamska dyplomacja nazywała ten styl „dyplomacją bambusa”: mocne korzenie, stabilny pień, elastyczne gałęzie. Bambus „nie wybiera” wiatru – ugina się pod każdym, aby nie zostać złamanym przez żaden. Nie jest to chwiejność, lecz strategia szerokiego pola manewru: Wietnam nie zmienia zasad, lecz kąty nachylenia. Nie wiąże bezpieczeństwa z jednym partnerem, bo historia nauczyła go, że opiekunowie potrafią wystawić rachunek, a sprzymierzeńcy poświęcić cudze zwycięstwo dla własnej ugody.

Era „wyprostowania się narodu”

Bambus nie wystarczy jednak do zbudowania nowoczesnej gospodarki. Kolejna faza wymaga przejścia od elastycznego przetrwania do technologicznej podmiotowości; służyć ma temu strategia rozwoju przemysłu półprzewodnikowego z 2024 r., zakładająca wykształcenie ponad 50 tys. inżynierów. Ambicja ma dziś twarz i nazwisko: po śmierci Nguyễn Phú Trọnga władzę objął Tô Lâm, były minister bezpieczeństwa publicznego, który po XIV Zjeździe na początku 2026 r. skupił w ręku również urząd prezydenta.

Czytaj więcej

Z Warszawy do Hanoi – LOT otwiera kolejną azjatycką trasę

Jego program, nazwany „erą wyprostowania się narodu”, obejmuje reformę administracyjną bez precedensu: liczbę prowincji zmniejszono niemal o połowę, ministerstw – z dwudziestu dwóch do czternastu. Równie znacząca jest zmiana języka: rezolucja nr 68 z maja 2025 r. uznała sektor prywatny za najważniejszą siłę napędową gospodarki. Kiedy partia komunistyczna zaczyna upatrywać przyszłości w prywatnym biznesie, nie znaczy to, że wyrzeka się władzy – raczej, że znów jest gotowa zmienić narzędzia, aby zachować kontrolę nad kierunkiem przemian.

Cel pozostaje imponujący: status kraju o wysokich dochodach do 2045 r., w setną rocznicę niepodległości. Na drodze stoją jednak przeszkody: niedostatek wykwalifikowanych kadr, słabe powiązania między zagranicznymi koncernami a miejscowymi dostawcami, uprzywilejowanie firm państwowych, starzenie się społeczeństwa i energetyka wciąż zależna od paliw kopalnych. Pierwszy przegląd gospodarczy OECD poświęcony Wietnamowi kładzie nacisk właśnie na wykorzystanie handlu i inwestycji do zwiększenia wydajności, a nie jedynie skali produkcji. Do tego dochodzi klimat: delta Mekongu jest szczególnie narażona na wzrost poziomu morza i zasolenie gleb. Państwo, które przez większość historii walczyło o panowanie nad deltami, może odkryć, że największym przeciwnikiem XXI wieku nie będzie obca armia, lecz zmieniona hydrologia.

Od kauczuku do krzemu przebył drogę, o której kolonialna plantacja nie mogła nawet śnić. Nie jest już adoptowanym dzieckiem cudzej cywilizacji, ale nie stał się jeszcze autorem technologicznej przyszłości

Wietnam jest zatem krajem wielkiego sukcesu, ale sukcesu nieukończonego. Ma zdolne do mobilizacji państwo i młode, ambitne społeczeństwo. Innowacyjność jednak wymaga czegoś więcej niż dyscyplina, zaufania i prawa do porażki.

Czy bambus może rzucać cień?

W finale Indochin Éliane przybywa do Genewy, lecz nie jest już bohaterką historii. Może jedynie patrzeć, jak świat, który uważała za swój, układa się bez niej; Camille nie wraca do rodzinnej opowieści, bo stała się częścią opowieści narodowej. Dzisiejszy Wietnam stoi po przeciwnej stronie tamtej sceny. Nie jest już przedmiotem konferencji mocarstw, lecz graczem, o którego względy się zabiega i który  nie schronił się ani pod amerykańskim parasolem, ani w chińskim cieniu.

Czytaj więcej

Wietnam jako kierunek eksportu? Oto bariery i perspektywy

Od kauczuku do krzemu przebył drogę, o której kolonialna plantacja nie mogła nawet śnić. Nie jest już adoptowanym dzieckiem cudzej cywilizacji, ale nie stał się jeszcze autorem technologicznej przyszłości. Pierwszą niepodległość wywalczył na polach bitew. Druga polega na uwolnieniu się od zależności od taniej pracy, importowanych technologii i cudzych centrów decyzyjnych – a zdobywa się ją inaczej: w laboratoriach, szkołach, portach i salach negocjacyjnych. Wymaga mniej patosu, ale być może większej cierpliwości.

Wietnam przetrwał dzięki temu, że nauczył się uginać. Teraz musi dowieść, że potrafi również rosnąć. Pytanie nie brzmi już zatem, czy bambus wytrzyma kolejną wichurę; raczej: czy zdoła urosnąć na tyle wysoko, aby pewnego dnia samemu rzucać cień.

biogram

prof. Waldemar Karpa

ekonomista, kierownik Katedry Ekonomii w Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie