Trwa kryzys wokół kandydatury Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego. Nawet najzajadlej antypisowski poseł Nowej Lewicy Tomasz Trela stwierdził w Radiu Zet, że wprawdzie on nic przeciwko Berkowi jako takiemu nie ma, ale skoro mowa o byłym ministrze, to „ja bym doradzał na tym etapie, żebyśmy swojego zdania w Lewicy nie zmieniali i byli w tym zakresie konsekwentni, żeby głosować przeciw”. To wbrew pozorom niebłaha deklaracja, bo jeśli koalicjanci sprzeciwią się eksministrowi w fotelu sędziego TK, kandydatura może upaść. A wtedy nici z „planu”.

Czytaj więcej

Michał Płociński: Po co Donaldowi Tuskowi zabawa w Berka? Może wszystko stracić

– Minister Berek jest mistrzem, jeśli chodzi o koordynację działań różnych osób i egzekwowanie tego, do czego się zobowiązujemy – powiedział Donald Tusk podczas konferencji prasowej, na której potwierdził, że jego dotychczasowa prawa ręka będzie ubiegać się o stanowisko w instytucji mieszczącej się przy Alei Szucha.

Propozycja Donalda Tuska krytykowana nawet przez autorytety prawnicze obozu liberalnego

Medialni i polityczni kibice tego pomysłu przekonują, że szef rządu ma plan i nawet jeśli go nie zdradza, to należy ufać, że taki plan istnieje i jest przemyślany. Gwoli sprawiedliwości, owi kibice stanowią mniejszość, a większość autorytetów prawniczych obozu liberalnego – z takimi twardogłowymi jak prof. Marek Safjan na czele – pomysł Tuska skrytykowała. Jak bowiem celnie wskazuje dr Marcin Szwed, „nie da się uporządkować sytuacji w sądach za pomocą jakichś planów B”, co – uzasadnia prawnik – udowodniła już wymiana bliższego umiarowi Adama Bodnara na „jastrzębiego” Waldemara Żurka.

Tyle tylko, że nie o uporządkowanie w tym wszystkim chodzi, a o zaspokojenie rozliczeniowego zapału najtwardszego elektoratu, który – mimo obietnic – dalej nie widzi pisowców za kratami, a instytucje, jakie Koalicja 15 Października miała uzdrowić, nadal dryfują w bezładzie. Donald Tusk twierdzący, że teraz koniec z byciem „ciotuleńką”, z cackaniem się, mrugał zatem jednocześnie okiem do ludzi o mentalności twitterowych Silnych Razem z komunikatem: „Tak, pamiętam o was”.

Czytaj więcej

Tusk wchodzi w buty Kaczyńskiego. Bunt w koalicji przeciwko Berkowi

KO już nie ma taryfy ulgowej w mainstreamowych mediach. Wszyscy patrzą jej na ręce

Dbanie o dobrostan „betonu” zbiega się w czasie z rzadko wypowiadanym wprost, ale w istocie fatalnym czasem dla rządzącej koalicji, z partią premiera na czele. Dalej słychać późne echa ciągnącej się tygodniami afery w Warszawskim Szpitalu Południowym, a ostatnio do kompletu doszły dwie nowe historie.

Pierwsza pochodzi z Dolnego Śląska, gdzie – wedle ustaleń Wirtualnej Polski – działaczka Koalicji Obywatelskiej zatrudniona w kontrolowanej przez samorząd agencji, przydzieliła popowodziowe pożyczki firmom męża, sąsiada i właściciela współpracującej z samorządem telewizji. Jak pisze Szymon Jadczak, podmioty te nie ucierpiały w wyniku powodzi. 20 sierpnia polityczka KO została wykluczona z partii, a sprawę bada CBA. Druga sprawa – według Filipa Folczaka z TVN24, minister finansów Andrzej Domański przekazał miliard złotych dotacji śmieciowej korporacji, która zamieszana jest w poważne fałszerstwa dokumentów związanych z odpadami.

Z tak zarysowanego krajobrazu wyłania się kilka ważnych wniosków. Po pierwsze, Koalicja Obywatelska – wbrew zapewne swoim cichym oczekiwaniom – nie ma taryfy ulgowej w mediach uznawanych za mainstreamowe. Diagnoza, w myśl której na rynku medialnym panuje jakiś lewicowo-liberalny przechył, jest przeterminowana o dekadę z okładem. Partii Donalda Tuska na ręce patrzą nie tylko przedstawiciele mediów nowego typu (jak Kanał Zero), ale i dawnego mainstreamu. To z pewnością dla polityków KO nowa sytuacja, która niekiedy skutkuje niezbyt skrywaną frustracją, co dobrze pokazuje aktywność Bartosza Arłukowicza.

KO po niespełna trzech latach rządzenia jest w miejscu, w którym PiS był po ośmiu latach rządów

Ważniejsze są jednak refleksje partyjno-kadrowe. Liczba afer związanych z działaczami KO, którzy w sposób co najmniej nieetyczny wykorzystują szeroko rozumiane apanaże władzy, przypomina raczej końcówkę rządów Prawa i Sprawiedliwości niż stan ugrupowania, które rządzi ledwie dwa i pół roku. Co więcej, każda taka sprawa komentowana jest słowami: „nie tak miało być”. W końcu bite osiem lat krytykowania PiS-u za zawłaszczanie państwa sprawiło, że KO ocenia się według wyższych standardów, nawet jeśli wiadomo było, że partia Donalda Tuska bynajmniej nie jest zbiorem ludzi czystych jak łza.

Jednak takie osoby jak Dawid Kacprzyk nie wzięły się znikąd. Są raczej efektem końcowym nie tylko tego, jak funkcjonują kanały awansu w polskiej polityce, ale także modelu działania samej Koalicji Obywatelskiej. Ugrupowanie Donalda Tuska – mimo tego, że od kilku lat organizuje dla młodych ludzi Campus Polska Przyszłości – jest miejscem, w którym działa bardzo niewielu młodych, energicznych, ale także merytorycznych i sprawczych ludzi. To o tyle paradoksalne, że niegdyś to liberałowie kojarzeni byli z długą ławką kadrową i możliwością przyciągania ekspertów – w kontrze do przaśnej, kościółkowej prawicy.

W teorii KO próbuje takich ludzi lansować. W kwietniu premier przedstawił „dziesiątkę na wybory”, czyli skład ludzi, którzy mają odpowiadać za przyszłoroczną kampanię. Wśród nich znaleźli się m.in. Arkadiusz Marchewka, Paweł Bliźniuk czy Monika Rosa. Czy ktokolwiek odnotował jakąś ofensywę medialną tych osób? Czy cokolwiek poszło za deklaracją o powołaniu tego grona do jakiegoś ciała? Skądinąd ten przypadek obrazuje inny problem KO, a w szczególności premiera Tuska – rażącą wręcz doraźność rozmaitych aktywności. Szef rządu ogłasza, że powołuje jakiś zespół albo ogłasza jakąś doktrynę, zyskuje uwagę coraz krótszych cykli medialnych, po czym wszyscy zapominają o sprawie.

Koalicji Obywatelskiej brakuje charyzmatycznych liderów

Partia Donalda Tuska pozbawiona jest jednak nie tylko średniego szczebla działaczy (których – przykładowo – potrafił zorganizować wokół siebie Mateusz Morawiecki), ale i charyzmatycznych osobowości, liderów z prawdziwego znaczenia. Oprócz premiera, który w swoim obozie ma pozycję dużo silniejszą niż uchodzący za dyktatora Jarosław Kaczyński, jedynie dwie osoby potencjalnie mogłyby nadawać się do tej roli. Pierwszą jest Rafał Trzaskowski, który jednak wyraźnie liderem być nie chce, skoro w przeszłości nie skorzystał z oczywistych okazji, jakie miał. Drugą zaś – Radosław Sikorski, który, mimo wielokrotnie demonstrowanej lojalności wobec partii, dalej jest w niej może nie ciałem obcym, ale kimś pozbawionym poważnego stronnictwa. Zresztą frakcje w KO dziś praktycznie nie istnieją – nawet o koteriach interesu słyszy się mało – a ostatnia z nich rozpierzchła się wraz z porażką Rafała Trzaskowskiego.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Taki stan rzeczy przynajmniej po części jest konsekwencją braku dyskusji ideowej wewnątrz obozu liberalnego. W Prawie i Sprawiedliwości nie tylko wielu jest ludzi pretendujących do roli liderów, ale także intelektualnego fermentu. Niezależnie od poziomu infantylizmu niektórych pyskówek ludzi Przemysława Czarnka i stronników Morawieckiego, kłótnie te podszyte są pytaniem: „o jaką prawicę walczymy?”

Czy w KO ktoś rozważa takie dylematy? Ludzie z orbity Donalda Tuska, którzy byliby zdolni do animowania ideowego sporu – tacy jak Michał Boni czy Bartłomiej Sienkiewicz – są dziś albo na marginesie, albo całkiem poza bieżącą polityką. W efekcie, KO jest dziś „lepszym PiS-em” – lepiej uszczelniającym granice, lepiej modernizującym armię. Nawet kandydatura Macieja Berka jest w jakimś sensie zwycięstwem Zbigniewa Ziobry, skoro premier argumentował, że chodzi o to, by przestać być „ciotuleńką” i umieć oddać. Doszło nawet do tego, że wyraziście antyprawicowa, liberalna „światopoglądówka” jest dziś polityczną sierotą, którą demonstracyjnie opiekuje się dziś właściwie tylko Nowa Lewica.

Kto spróbuje zagospodarować liberalny elektorat 

Jednocześnie równie dojmujący, co brak pomysłu KO na siebie, jest brak alternatywy dla liberalnego elektoratu. W teorii kilka partii zgłasza chęci do bycia lepszą KO, przynajmniej punktowo. Przede wszystkim chodzi o Polskę 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która chce być „rzeczniczką klasy średniej”, ale swój wolnorynkowy projekt szykuje także wieczny solista Ryszard Petru czy – półgębkiem – prof. Marcin Matczak. Trudno jednak na poważnie wierzyć, że którykolwiek z tych bytów mógł poważnie zagrozić partii Donalda Tuska, której notowania stabilnie utrzymują się na poziomie ok. 30 proc.

Czytaj więcej

Nowy sondaż partyjny. KO prowadzi, ale co czwarty Polak nie ma swojej partii

Niewidzialny kryzys przyjdzie jednak wraz z wyborami. Do kogo i o czym Koalicja Obywatelska chce wówczas mówić? Pewne zalążki narracji ujawnili ostatnio premier i minister finansów, gdy przedstawiali propozycję zmian podatkowych. „Chcemy zrównoważyć ten wysiłek finansowy wszystkich obywateli i obciążyć trochę, nie radykalnie, najbogatszych i najbogatsze firmy, tak aby ci, którzy ciężko pracują na tę swoją średnią płacę, odczuli wyraźnie tę ulgę” – mówił Tusk. Czy to wystarczy, by przekonać klasę średnią do mobilizacji w 2027 r.?

Głównym motorem napędowym KO będzie zapewne straszenie prawicą – tym razem nie w wydaniu PiS-owskim, a Grzegorza Brauna, z którym liberałowie będą chcieli skleić wszystkich na prawo od centrum. Z Morawieckim pójdzie zapewne najtrudniej, ale już PiS Przemysława Czarnka nadaje się do tego lepiej. A szczególnie, gdyby powstała jakąś prawicowa wersja paktu senackiego z Konfederacją Korony Polskiej na pokładzie. Używania po stronie KO byłoby co niemiara, ale kluczową emocją zdaje się pozostawać jakieś wychylenie w kierunku centrum – dawnych wyborców Trzeciej Drogi. Jeśli zgarnie ich Rozwój Plus, to droga do reelekcji będzie dla Tuska niebywale trudna.