W tych dniach mija cztery i pół roku od rozpętania wojny – i coraz trudniej zaprzeczyć, że Rosja była do niej od samego początku zupełnie nieprzygotowana. Dotyczy to zarówno jej wojsk – blisko 200-tys. armii, od razu napierającej od 24 lutego 2022 r. na kilku kierunkach frontu: kijowskim (od strony Białorusi, na stolicę), czernihowskim i sumskim (z północnego wschodu), charkowskim (ze wschodu, wspieranym m.in. z zaplecza w Woroneżu), donbaskim, zaporoskim i chersońskim (z południa Rosji i Krymu) oraz nadazowskim (na Mariupol i wybrzeże Morza Azowskiego) – jak i zabezpieczenia własnych tyłów. To drugie odbija się dziś tak „widowiskowo” płomieniami pożarów i kłębami dymu nad Rosją, wzdłuż i wszerz, za sprawą ukraińskich ataków dronowych – sięgających od Petersburga nad Morzem Bałtyckim, oddalonego od granicy z Ukrainą o blisko 900 km, aż po Omsk na Syberii Zachodniej, leżący już 2,5 tys. km od napadniętej Ukrainy. Te dwa rosyjskie miasta dzieli w linii prostej dystans rzędu 2700 km – porównywalny z odległością z Warszawy do Teheranu.

Reklama
Reklama

Mnie jednak – jako literaturoznawcy i historykowi z zamiłowania – takie ogromne geograficzne przestrzenie kojarzą się w pierwszym rzędzie, muszę to wyznać, z młodym Fiodorem Dostojewskim. To właśnie w Petersburgu, 22 grudnia 1849 r. (3 stycznia 1850 według kalendarza gregoriańskiego), na Placu Siemionowskim, po wyroku za udział w spisku pietraszewców, ustawiono go wraz z pozostałymi skazańcami przed plutonem egzekucyjnym – i dopiero w ostatniej chwili, gdy więźniowie czekali już na śmiertelne strzały, odczytano carskie ułaskawienie, zamieniające karę śmierci na cztery lata katorgi. Zakuty w kajdany 28-letni pisarz odbył wówczas mroźną, kilkutygodniową podróż w głąb Syberii – właśnie do Omska, gdzie w twierdzy więziennej miał spędzić kolejne cztery lata ciężkich robót, które później opisał we wstrząsających „Wspomnieniach z domu umarłych” (1860–1862).

Aleksander Sołżenicyn: „Syberia i rosyjska prowincja sprawiają wrażenie miejsc, w których zachowano duchowe zdrowie”

Tenże Omsk – miasto katorżnicze położone przy ujściu rzeki Om do Irtysza – był też dwukrotnie miejscem pobytu Aleksandra Sołżenicyna. Po raz pierwszy przymusowo – znamienne, że dokładnie sto lat po Dostojewskim, latem 1950 r. – a po raz drugi od 3 do 7 lipca 1994 r., już podczas dobrowolnego powrotu wraz z rodziną do Rosji po 20 latach wygnania na Zachodzie, głównie w Ameryce. Z tym pierwszym, przymusowym pobytem wiąże się krążąca po dziś dzień wśród wrogów Sołżenicyna legenda, jakoby pisarz miał wystąpić w amerykańskim Kongresie z wezwaniem, by niezwłocznie zrzucić na ZSRR bombę atomową. To oczywista nieprawda – nieprzyjaciele Sołżenicyna wykorzystują tu jednak jego autentyczną opowieść z „Archipelagu Gułag”, gdzie wspomina swój krótki pobyt w Omsku latem 1950 r., w drodze do łagru w Ekibastuzie w Kazachstanie. Opisuje tam pewną upalną noc, kiedy więźniów brutalnie wpychano do więziennej karetki, a oni w akcie desperackiego buntu zaczęli wykrzykiwać groźby, że znajdzie się na strażników „Truman” i spadnie na nich atomówka. Sołżenicyn przyznaje wprost, że w tamtej chwili głód sprawiedliwości był tak wielki, iż więźniom nie byłoby żal własnego życia, gdyby ta sama bomba miała spalić zarówno ich, jak i oprawców – bo doszli do punktu, w którym człowiek nie ma już nic do stracenia (w przekładzie Jerzego Pomianowskiego).

Czytaj więcej

Grabarza z poematu Czesława Miłosza dziś trudno nie kojarzyć z Putinem

44 lata później, latem 1994 r., Sołżenicyn powrócił do tego samego Omska w zupełnie innych – tak się wtedy wydawało – okolicznościach. Nie był już wpychanym do więziennej karetki zekiem, ale powracającym z amerykańskiego wygnania noblistą, którego na Syberii Wschodniej witały niezliczone tłumy. Spędził w Omsku cztery dni na początku lipca, przemawiając do słuchających go niemal jak proroka ludzi – mówił o winach, jakie zbiorowo ich przodkowie nagromadzili, podporządkowując się moralności każącej wyrzekać się ojca i matki, brata i siostry, odwracać wzrok od cierpienia sąsiada: „Ginie sąsiad? Nie pomagaj. Prosi o nocleg? Nie wpuszczaj”. Podczas tego pobytu w Omsku pisarz odwiedził Muzeum im. Fiodora Dostojewskiego, spotkał się z członkami stowarzyszenia „Memoriał”, przedstawicielami omskiego oddziału Rosyjskiej Fundacji Kultury oraz z miejscowymi historykami, krajoznawcami i dziennikarzami.

Omsk był jedynie jednym z przystanków w jego 8-tyg. podróży Koleją Transsyberyjską – od maja do lipca 1994 r., z Władywostoku do Moskwy – obok Chabarowska, Błagowieszczeńska nad Amurem, Ułan Ude (stolicy Buriacji, leżącej nad Bajkałem), Krasnojarska, Tomska, Nowosybirska, Tiumenia i Tobolska. Zatrzymując się w kolejnych miastach, rozmawiał – jak sam podkreślał, pełen jeszcze wówczas nadziei – z gubernatorami, hierarchami cerkiewnymi, studentami, przedsiębiorcami i zwykłymi kołchoźnikami. Wszystko po to, by po przybyciu do stolicy obwieścić: „Syberia i rosyjska prowincja sprawiają wrażenie miejsc, w których zachowano duchowe zdrowie. Mimo że przez całe dziesięciolecia próbowano zniszczyć i złamać nasz narodowy potencjał duchowy, on jednak przetrwał”.

Przeciętny rosyjski żołnierz ginie na Ukrainie po maksymalnie trzech tygodniach

Dziś zapytajmy, czy aby na pewno – skoro to właśnie z tej ogromnej Syberii i Dalekiego Wschodu rekrutuje się teraz, kusząc wysokimi zarobkami, biednych ludzi do wojny z Ukrainą. Dotyczy to zwłaszcza tak oddalonych, ubogich regionów jak Sachalin – gdzie dla samej tylko piechoty zmotoryzowanej poszukiwano 1,3 tys. chętnych, przy zaledwie 445 tys. mieszkańców całej wyspy – a także Buriacja, Tuwa i Kraj Krasnojarski. To właśnie wywodząca się z Chabarowska 64. Samodzielna Brygada Strzelców Zmotoryzowanych dokonała straszliwej masakry w Buczy, za co jej dowódca, Azatbek Omurbekow, doczekał się później od Putina wysokiego odznaczenia i awansu.

Z drugiej strony przeciętny rosyjski żołnierz – jak szacuje Peter Frankopan, historyk z Uniwersytetu Oksfordzkiego, powołując się na relacje rosyjskich blogerów wojskowych – od chwili podpisania kontraktu przez przybycie na poligon szkoleniowy aż po śmierć na froncie żyje zaledwie od dziesięciu dni do trzech tygodni, sama zaś walka trwa dla niego średnio jedynie od 20 do 35 minut – głównie za sprawą ukraińskich dronów. To szacunek, a nie twardo zweryfikowana statystyka wojskowa, warto jednak odnotować, że Frankopan jako pierwszy opisał tę „oś czasu” życia rosyjskiego rekruta: od formalności przez krótkie szkolenie aż po grób – jeśli w ogóle będzie go miał.

Co zaś do skali wydatków wojskowych Rosji, w pierwszym kwartale tego roku osiągnęły one nowy rekordowy poziom – 5,9 bln rubli, czyli ok. 70,4 mld euro. Wynika to z wyliczeń Janisa Kluge, ekonomisty z niemieckiego think tanku SWP (Stiftung Wissenschaft und Politik), opartych na jawnych danych rosyjskiego Ministerstwa Finansów. Skoro całkowite wydatki budżetowe Rosji w tym samym okresie wyniosły 12,8 bln rubli, czyli 152,7 mld euro, oznacza to, że na sektor wojskowy przeznaczono aż 46 proc. wszystkich wydatków – innymi słowy co drugi rubel rosyjskiego podatnika trafia na wojnę. Te same wydatki wojskowe stanowiły w pierwszym kwartale 2026 r. ponad 8 proc. PKB Rosji – ponad dwukrotnie więcej niż przed inwazją na Ukrainę w 2022 r., jak wynika z szacunków tego samego ośrodka.

Dla porównania: Donald Trump od dawna domaga się od państw NATO przeznaczania 5 proc. PKB na obronność i bezpieczeństwo do 2035 r., regularnie krytykując kraje, które tego celu nie realizują lub podchodzą do niego niechętnie – jak choćby Hiszpania, której premier Pedro Sánchez otwarcie mówił, że wystarczy im dotychczasowe 2 proc. PKB. Nawet polskie 4,8 proc. PKB na wojsko i zbrojenia w 2026 r. to wciąż mniej niż rosyjskie ponad 8 proc. przeznaczane obecnie na prowadzenie wojny. Pokazuje to, że nawet najbardziej zaangażowani członkowie NATO wydają na obronność proporcjonalnie mniej niż agresor na samo prowadzenie działań wojennych.

Cały roczny budżet Republiki Tuwy Rosja przepala na froncie w jeden dzień

Kwota wojenna Rosji w porównaniu z budżetami poszczególnych rosyjskich regionów naprawdę przyprawia o zawrót głowy. Według oficjalnych ustaw budżetowych uchwalonych przez lokalne parlamenty pod koniec 2025 r. roczny budżet Republiki Buriacji na 2026 r. wynosi ok. 138,8 mld rubli – Rosja „przepala” taką kwotę na froncie w niespełna dwa i pół dnia. Roczne wydatki całego obwodu sachalińskiego (ok. 217,6 mld rubli) pokrywają zaledwie niecałe trzy i pół dnia trwania wojny. Różnice najdobitniej widać jednak na przykładzie Republiki Tuwy, jednego z najbiedniejszych regionów Rosji, której cały roczny budżet na 2026 r. – zaledwie ok. 65,4 mld rubli – rosyjska machina wojenna pożera w ciągu jednego dnia wojny.

Czytaj więcej

Bułhakow może się jeszcze Ukraińcom przydać

Buddyjska Tuwa, położona przy granicy z Chinami, autonomiczna republika w obrębie Federacji Rosyjskiej, ma dzisiaj powierzchnię ok. 169 tys. km kw. – mniej więcej tyle, co połowa Polski – ale liczy zaledwie ok. 338,5 tys. mieszkańców. Putin lubi podkreślać, że Tuwa – formalnie niepodległa w latach 1921–1944 Tuwińska Republika Ludowa – jako pierwsza stała się sojusznikiem ZSRR i wypowiedziała wojnę III Rzeszy tego samego dnia, 22 czerwca 1941 r., w którym Niemcy dokonały agresji na Związek Radziecki – nawet jedenaście godzin wcześniej niż do koalicji antyhitlerowskiej oficjalnie przystąpiła Wielka Brytania.

Tuwa była jednak przed wojną niepodległa tylko na papierze i funkcjonowała jako marionetkowe państwo, którego elita otrzymywała bezpośrednie instrukcje z Moskwy i realizowała sowiecką politykę – czystki, kolektywizację, walkę z religią – na długo przed formalnym wcieleniem do ZSRR w 1944 r. Mimo że Tuwa oddała wtedy na rzecz Związku Radzieckiego cały swój zapas złota (ponad 30 mln rubli) oraz tysiące koni, futer, wełny i żywności dla Armii Czerwonej, po włączeniu do ZSRR region nie doczekał się żadnej wdzięczności. Gdy w 1946 r. w ZSRR wybuchł kolejny wielki głód, Stalin nakazał wybić tuwińskie stada bydła na konserwy i płaszcze dla wojska, pozbawiając miejscową ludność podstawy jej koczowniczej gospodarki. Symbolem represji pozostaje los dawnych przywódców republiki: obok „ojca niepodległości” Mongusza Buyana-Badyrgy rozstrzelano też byłego premiera Kuulara Donduka, obu w 1932 r., jeszcze przed Wielką Czystką w samym ZSRR, a także całe pokolenie tuwińskiej elity.

Czytaj więcej

Planeta Syberia według Jacka Pałkiewicza

Putin, przywołując na spotkaniu 2 września 2024 r. z uczniami i nauczycielami w tuwińskim Kyzyle 80. rocznicę przyłączenia Tuwy do ZSRR, słowem się o tym wszystkim nie zająknął – przemilczał fakt, że „przyłączenie” odbyło się bez referendum, kosztem wymordowania miejscowej elity i późniejszego głodu narzuconego przez Stalina. Zamiast tego przedstawił to jako sielankowy akt „braterskiej solidarności” – obowiązującej także dziś na froncie antyukraińskim, gdzie broniących się zabijają Tuwińcy, sami przy tym ginąc. To właśnie Tuwa zajmuje obecnie niechlubne pierwsze miejsce w całej Rosji pod względem strat wojennych liczonych na 100 tys. mieszkańców – 476 poległych na 100 tys. ludności. Tuż za nią plasują się inne biedne, słabo zaludnione regiony: Buriacja (400), Kraj Zabajkalski (362) i Republika Ałtaju (316). Jak podkreślała Mediazona przy okazji czwartej rocznicy wybuchu wojny, to nie przypadek – to właśnie w najbiedniejszych regionach, z dużą liczbą ochotników i silną lokalną agitacją wojskową, wojna zbiera swoje największe krwawe żniwo. Najlepiej pokazuje to zestawienie z Moskwą, gdzie współczynnik strat wynosi aż ok. 30 razy mniej niż w najbiedniejszych zakątkach kraju, do których należy „ukochana” przez Putina Tuwa.

Kluge zastrzega jednak, że mimo astronomicznych sum wydawanych na wojnę, rosyjska gospodarka wciąż nie jest gospodarką wojenną w ścisłym tego słowa znaczeniu – państwo nie przestawia masowo cywilnych fabryk na produkcję zbrojeniową, lecz zasila istniejący przemysł zbrojeniowy ogromnymi zastrzykami pieniędzy. Co więcej, cały system nie jest napędzany przejrzystymi regułami instytucjonalnymi, lecz osobistymi zależnościami wewnątrz putinowskiego aparatu władzy – co samo w sobie, zdaniem niemieckiego ekonomisty, jest źródłem narastającej gospodarczej stagnacji, niezależnie od chwilowych rekordów budżetowych.

Rosję trawi korupcja. Część pieniędzy zamiast iść na wojnę z Ukrainą jest rozkradana

Na koniec warto dodać, że niemała część gigantycznych wydatków wojennych Rosji wcale nie trafia na front, tylko rozpływa się w korupcyjnym systemie rosyjskiego resortu obrony. Najgłośniejszym przykładem jest Timur Iwanow, wieloletni wiceminister obrony nadzorujący kontrakty budowlane armii, skazany w lipcu 2025 r. na 13 lat więzienia za przyjmowanie łapówek, pranie pieniędzy i defraudację środków publicznych – sąd orzekł też przepadek jego majątku o wartości 2,5 mld rubli (121 mln zł). W marcu 2026 r. aresztowano Rusłana Calikowa, tzw. generała od wizerunku byłego ministra Siergieja Szojgu, też potwornie skorumpowanego, wciąż jednak wyraźnie będącego pod ochronnym parasolem Putina. W kwietniu na 19 lat więzienia skazano kolejnego byłego wiceministra obrony, gen. Iwana Popowa, oskarżonego m.in. o defraudację materiałów budowlanych przeznaczonych na fortyfikacje frontowe.

Rosyjskie MON przeżywa więc od 2024 r. serię afer korupcyjnych obejmującą co najmniej kilkunastu wysokich urzędników, co pokazuje, że część pieniędzy, które miały iść na wojsko, po prostu ginie w kieszeniach ludzi mających je nadzorować. Symptomatyczne, że mimo tej korupcji władze nie zezwoliły chętnemu Iwanowowi – i to aż trzykrotnie – by udał się na front w charakterze swoistej pokuty. Bo być może i tam zacząłby po prostu kraść na prawo i lewo, zamiast przykładnie, zgodnie z wytycznymi władz putinowskiej Rosji brać udział w zabijaniu ukraińskich mężczyzn, kobiet i dzieci.

Tekst powstał m.in. w oparciu o analizy Janisa Kluge (Stiftung Wissenschaft und Politik, Berlin), dane Mediazony, ustalenia Petera Frankopana (Uniwersytet Oksfordzki), oficjalne ustawy budżetowe rosyjskich regionów na 2026 r. i wiedzę własną.

Autor

Prof. dr hab. Grzegorz Przebinda

Filolog rusycysta, historyk idei, tłumacz. Publikuje książki o Rosji, Ukrainie i Białorusi. Przetłumaczył, wraz z żoną i synem, „Mistrza i Małgorzatę”