W tym tekście odpowiadam Adamowi Pantakowi na jego artykuł pt. „Populizm w dobrej wierze? Prof. Marcin Matczak głęboko się myli”. Zacznę od historii, którą opisuje w „Błędzie Kartezjusza” Antonio Damasio. Jego pacjent Elliot był wzorowym pracownikiem, mężem i ojcem, dopóki nie wykryto u niego oponiaka – łagodnego guza mózgu. Lekarze usunęli guza wraz z uszkodzoną tkanką, a po zabiegu wszystkie testy na inteligencję wypadały znakomicie, także rozumowanie moralne wydawało się działać normalnie. Ale życie Elliota się rozpadło.
Potrafił spędzić całe popołudnie nad decyzją, według jakiego klucza posegregować dokumenty, aby w końcu nie posegregować ich wcale. Stracił pracę, oszczędności i małżeństwo. Damasio zaproponował mu kiedyś dwa terminy kolejnej wizyty, ten przez blisko pół godziny wyliczał racje za każdym z nich, ale żadnego nie wybrał. Damasio w końcu wskazał termin sam. Pacjent odpowiedział „dobrze” i wyszedł. Uszkodzona w czasie operacji część mózgu Eliotta odpowiadała za udział emocji w decydowaniu. Niby zachował pełną racjonalność, ale bez emocji nie potrafił swojego racjonalnego rozumowania do niczego sensownego wykorzystać.
Przywołuję tę historię dlatego, że Adam Pantak zarzuca mi, iż namawiam polityczne centrum do traktowania wyborców jak niewolników emocji. On sam, bez emocji, proponuje model, w którym racjonalnie przedstawiamy problem i debatujemy o jego rozwiązaniu. Niestety, pozbawiony emocji człowiek, którego model Pantaka zakłada, nie jest typowym obywatelem, ale raczej pacjentem Damasia. Ja zakładam obywatela, który w najbardziej zdrowy dla człowieka sposób używa emocji wraz z racjonalnym myśleniem, aby podejmować ważne dla siebie decyzje.
Czytaj więcej
Albo traktujemy społeczeństwo jako równego sobie partnera, a zatem przedstawiamy problem i debatujemy o możliwościach jego rozwiązania, albo uważam...
Na początek jeszcze jedno wyjaśnienie, żeby nie spierać się o słowo. Słowa „populizm” użyłem w wystąpieniu, do którego odnosi się Pantak, w tym samym potocznym sensie, w jakim używa go mój polemista: jako mówienie o sprawach publicznych językiem, który porusza. W politologii populizm znaczy co innego: jest roszczeniem do wyłącznego reprezentowania ludu i odmawianiem przeciwnikowi prawa do reprezentowania kogokolwiek. Tego nigdy nie zalecałem.
Emocje polityczne. Dlaczego to nie jest marketing
Typowe centrum jest nudne i nijakie – skrajności łatwo z nim wygrywają gorącymi emocjami: strachem przed obcymi czy nienawiścią do tego, co inne. Moja idea radykalnego centrum zakłada, że idee rozwagi, debaty, racjonalności trzeba połączyć z ważnymi dla ludzi emocjami, aby miały sens się przebić. Pantak pisze jako absolwent psychologii, że zna opisywany przeze mnie mechanizm, bo to mechanizm marketingowy: kupujemy nie produkt, lecz obietnicę życia, które się z nim wiąże. To nie jest mechanizm, o którym ja mówię.
Współczesna psychologia emocji nie traktuje emocji jako zakłócenia rozumu, lecz jako mechanizm, dzięki któremu oceniamy wartość czegoś. Strach to ocena, że coś zagraża temu, na czym mi zależy. Oburzenie to ocena, że komuś stała się krzywda. Emocja ma treść, a tę treść można oceniać jako trafną albo nietrafną. Powiedzieć „nie odwołuj się do emocji” znaczy więc mniej więcej tyle, co powiedzieć „nie mów ludziom, co jest dla nich w tej sprawie ważne”.
Czytaj więcej
Według sondażu przeprowadzonego przez OGB Rafał Trzaskowski przegrywa w drugiej turze z Karolem Nawrockim. Nawrocki nie jest geniuszem, a partia, k...
Nie jest to tylko moja intuicja. Martha Nussbaum poświęciła tej kwestii dwie książki. W „Upheavals of Thought: The Intelligence of Emotions” (z ang. przewroty w myśleniu: inteligencja emocji – red.) przekonuje, że emocje mają charakter poznawczy: są skierowane ku czemuś, zawierają ocenę i mówią nam, co uznajemy za ważne. Żałoba nie jest więc jedynie fizjologiczną reakcją, ale wyrazem sądu, że utracona osoba miała dla nas ogromne znaczenie. A skoro emocje zawierają ocenę, można pytać o ich trafność, racjonalność i uzasadnienie. Właśnie tu przebiega różnica między mną a moim polemistą: on widzi emocję jako siłę oddziałującą na odbiorcę, ja jako sposób rozumienia sytuacji, który można zaakceptować albo zakwestionować.
W „Political Emotions: Why Love Matters for Justice” (z ang. emocje polityczne: dlaczego miłość ma znaczenie dla sprawiedliwości – red.) Nussbaum rozwija ten argument na poziomie wspólnoty politycznej. Pokazuje, że państwa i społeczeństwa nie funkcjonują bez publicznych emocji: podtrzymują je przez symbole, ceremonie, pomniki, hymny, święta czy edukację. Pytanie nie brzmi więc, czy polityka ma kształtować emocje, lecz jakie emocje powinna wzmacniać i za pomocą jakich środków. Wspólnota, która rezygnuje z własnego języka uczuć, nie staje się neutralna, ale pozostawia po prostu wolną przestrzeń, którą ktoś inny prędzej czy później wypełni.
Emocja nie jest zatem opakowaniem czegoś merytorycznego, nie jest ładną folią na produkcie, którą można zdjąć i dotrzeć do tego, co w środku. Jest sposobem, dzięki któremu ciąg zdań przekłada się na zrozumiałą dla adresata sytuację, którą może ocenić jako dobrą albo złą dla siebie. Nie da się więc skutecznie przekazać treści bez emocji. Da się przekazać nieskutecznie, a więc tak, że adresat ją zignoruje. I to właśnie od lat robi polskie centrum.
Prof. Marcin Matczak: Statystyka nie dociera tam, gdzie zapada decyzja
W czasie debaty z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, na którą powołuje się Pantak, wspominam obraz małego kurdyjskiego chłopca, który leży martwy w czerwonej koszulce na tureckiej plaży, bo utonął w czasie uchodźczej ucieczki swojej rodziny. Gdy to się stało, wojna w Syrii trwała już ponad cztery lata i pochłonęła setki tysięcy ofiar. Dane na temat tej wojny były publikowane, raporty dostępne, liczby znane. Nie zmieniło to niczego. Zmienił coś dopiero ten obraz. Jak pokazały analizy, w tygodniu po publikacji zdjęcia średnia dzienna liczba wpłat na syryjską zbiórkę szwedzkiego Czerwonego Krzyża wzrosła stukrotnie, a średnia dzienna kwota była 55 razy wyższa. Jedno zdjęcie jednego dziecka zrobiło więcej niż statystyka na temat setek tysięcy śmierci.
Ktoś powie, że to chwilowy odruch. Ale liczba osób, które zapisały się na stałe miesięczne wpłaty na rzecz ofiar wojny, wzrosła dziesięciokrotnie, a do stycznia następnego roku zrezygnowało z nich tylko 0,02 proc. Emocja doprowadziła więc do trwałego zobowiązania.
Ethos, patos, logos. Arystoteles wiedział to wcześniej
Spór, który toczę z Adamem Pantakiem, ma 2,5 tys. lat. Platon w „Gorgiaszu” uznał retorykę, często odwołującą się do emocji, za pochlebstwo, które ma się do sprawiedliwości tak, jak kucharstwo do medycyny: zaspokaja na krótko apetyt, zamiast leczyć. Arystoteles w „Retoryce” odpowiedział, że przekonuje się trzema rodzajami dowodów: charakterem mówcy, stanem uczuciowym słuchacza i samym argumentem. To słynny trójkąt Arytotelesa – ethos, patos, logos.
Czytaj więcej
A co jeśli Polacy uznają, że sadzanie liderów opozycji do więzień interesuje ich mniej niż kłopoty z dostaniem się do lekarza?
Mowa złożona z samego logosu nie istnieje: „jestem beznamiętnym ekspertem” też jest ethosem, i to bardzo władczym, a nuda też jest emocją. Wybór, przed którym stoimy, nie brzmi więc „mówić do ludzi z emocjami czy bez”, tylko „mówić z emocjami świadomymi czy przypadkowymi”. Arystoteles uzasadnia potrzebę retoryki dokładnie tak, jak ja uzasadniałem swoją tezę, że centrum musi być mądrze emocjonalne: prawda i sprawiedliwość są z natury silniejsze od kłamstwa i bezprawia, więc jeśli sprawy publiczne idą źle, wina leży po stronie mówców, a nie słuchaczy. Prawda nie ma automatycznej przewagi, bo jest prawdą – ona także potrzebuje adwokata.
Arystoteles przewidział zresztą i sam zarzut manipulacji: retoryki, jak każdej zdolności, można nadużyć. Ale z możliwości nadużycia nie wynika zakaz jej używania.
Adam Pantak nie ma racji. Populizmu można używać w dobrej sprawie
Teza Adama Pantaka ma postać zdania ogólnego przeczącego: nie ma czegoś takiego jak populizm w dobrej sprawie. Uważam, że jest. W 1788 r. angielscy abolicjoniści rozpowszechnili rysunek statku niewolniczego „Brooks”. Był to rysunek techniczny, przekrój i rzut pokładów, z 482 ludzkimi sylwetkami ułożonymi obok siebie jak sardynki. Liczba wynikała z ustawy, która rok wcześniej handel niewolnikami „ucywilizowała”, uzależniając dopuszczalną liczbę przewożonych niewolników od tonażu statku. Wcześniej taki sam statek mógł przewozić 609 niewolników. Diagram wieszano w domach i pubach, posługiwano się nim w parlamencie, i to on, a nie dostępne od stu lat traktaty filozoficzne, poruszył sumienia Brytyjczyków w sprawie zniesienia niewolnictwa.
Czy autor diagramu manipulował Anglią? Jeżeli nie, zdanie Pantaka, że nie ma populizmu w dobrej sprawie, jest fałszywe.
Kryterium, którego Adamowi Pantakowi brakuje: emocja jest uprawniona wtedy, gdy odpowiada faktom
Oczywiście, można użyć emocji, aby manipulować. I nie mówię nawet o brutalnej propagandzie. Przykładem jest to, co zdarzyło się w październiku 1990 r. w Kongresie USA, gdzie zeznawała piętnastoletnia dziewczyna przedstawiona jako Nayirah. Opowiedziała, że widziała, jak iraccy żołnierze wyjmowali w Kuwejcie noworodki z inkubatorów i zostawiali je na podłodze. Jej zeznanie poruszyło Amerykę i było ważnym argumentem na rzecz amerykańskiej interwencji w Iraku. Dwa lata później okazało się, że zeznająca dziewczyna była córką ambasadora Kuwejtu w Waszyngtonie, a do zeznania przygotowała ją firma public relations na zlecenie jednej z kuwejckich organizacji. Analiza zarzutów nie potwierdziła, że mówiła prawdę.
Gdy zestawimy diagram statku „Brooks” i zeznanie Nayirah, okaże się, że mają podobną formę: przedstawiają decydentom okrucieństwo w sposób emocjonalnie poruszający. Ale jest ważna różnica: diagram pokazywał prawdę, a zeznanie było sfabrykowane.
Ktoś może powiedzieć, że najgorsza, totalitarna polityka XX w. była emocjonalna do granic możliwości. To prawda. Ale opór wobec niej też był emocjonalny. Mowy Winstona Churchilla to czysty patos i nikt nigdy nie nazwał ich manipulacją. Skoro obie strony sięgają po emocje, to nie emocje są zmienną różnicującą, ale coś innego: prawdziwość. Rzekomy żydowski spisek z niemieckiej propagandy był konfabulacją, utopione dziecko nie.
Kto właściwie kogo lekceważy
Mój polemista stawia jeszcze jedno pytanie: czy traktuję ludzi jak partnerów, czy jak niewolników emocji. Model nieemocjonalny „przedstawmy problem i podebatujmy o rozwiązaniach” zakłada obywatela, który ma czas, kompetencję i pełny dostęp do wiedzy, aby przeanalizować skutki reformy podatkowej czy źródła pieniędzy z SAFE jako propozycję techniczną. To jest wymaganie postawione profesjonaliście, nie obywatelowi. Naprawdę lekceważąca wobec obywatela jest postawa: „będę mówił językiem mojego zawodu, a jeśli za mną nie nadążasz, to twój kłopot”. Mówienie do kogoś językiem emocji, a więc językiem, który pokazuje znaczenie tej reformy dla niego samego i jego rodziny, nie jest pogardą, tylko przekładem czegoś technicznego na coś życiowego. Taki przekład, o ile nie jest zakłamany, jest formą szacunku, bo debata dostępna tylko absolwentom prawa i psychologii nie jest debatą powszechną.
Adam Pantak chce w pewnym sensie zakazu emocji w komunikowaniu publicznym, bo emocje to manipulacja. Ja proponuję kryterium, czy ich użycie jest dozwolone. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że taki zakaz jest niemożliwy do zastosowania. Nie da się mówić bez emocji, da się tylko mówić emocjami świadomie wybranymi albo przypadkowymi, adekwatnymi albo fałszywymi. Ale wprowadzenie zakazu jest łatwiejsze od przyjęcia kryterium, bo kryterium wymaga za każdym razem osobnego rozstrzygnięcia, czy uczucie, które wzbudzam, nie oszukuje. Arystoteles nazywał tę zdolność roztropnością i twierdził, że nie da się jej zastąpić sztywną regułą. Sądzę, że polskie centrum bardzo potrzebuje tej roztropności.
Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji