Rosja przekazała NATO pisemne ostrzeżenie atomowe. W nieformalnej nocie, o której piszą Reuters i „Financial Times”, Moskwa zapowiada, że już w razie próby odizolowania obwodu królewieckiego użyje całego arsenału, łącznie z bronią jądrową. Wtórują jej rosyjskie ambasady w Belgii, Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Jako pretekst wskazały one artykuł dziennika „The i Paper” i serial Sky News „The Wargame”, w którym Brytyjczycy w odpowiedzi na rosyjską agresję uderzają w Królewiec. Dzień później Kreml dał jednak do zrozumienia, że adresatem ostrzeżeń jest także Warszawa. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow, komentując wpisy ambasad, stwierdził, że Moskwa wielokrotnie słyszała w sprawie Królewca „oburzające oświadczenia” z Polski i innych państw europejskich. Nie wskazał, o jakie wypowiedzi chodzi, ale w tle są zapewne m.in. wrześniowe słowa Radosława Sikorskiego o potrzebie ćwiczeń NATO w pobliżu obwodu królewieckiego.
Czytaj więcej
Rosyjski przywódca Władimir Putin ostrzegł w czwartek, że „Rosja rozważy użycie całego arsenału broni, którym dysponuje, jeśli obwód królewiecki zn...
Reagując na rosyjskie groźby, NATO odpowiedziało, że jest sojuszem obronnym i żadne jego działania nie zagrażają Rosji. Nie zmienia to faktu, że pytanie, które Moskwa sama co jakiś czas stawia, wraca z nową siłą: czy zatem Zachód, a zwłaszcza Polska, chce odebrać Rosji Królewiec?
Rosyjska propaganda przeinacza wypowiedzi przedstawicieli Polski i Zachodu
Tezy rosyjskiej propagandy o zachodnim, a zwłaszcza polskim, apetycie na Królewiec to bzdura. Jednak komunikowanie zdolności do przeniesienia wojny na terytorium agresora jest ważnym narzędziem odstraszania. I nawet pod groźbą atomowego straszaka ani Polska, ani NATO nie powinny z niego rezygnować.
Rosyjska propaganda od lat straszy własne społeczeństwo agresywną Polską. Według niej nasz kraj rusofobię ma we krwi i marzy o upokorzeniu Rosji, oczywiście amerykańskimi rękami. Jednym z elementów tej narracji była teza o polskich planach zajęcia Królewca. Krążyły nawet rosyjskojęzyczne „analizy”, według których Polska dokonałaby tego w 72 godziny.
Obwód królewiecki
Dziś Moskwa kieruje te oskarżenia już do całego Zachodu, czego dowodzi nota skierowana do NATO i oświadczenia ambasad. Z rzeczywistością ma to jednak tyle samo wspólnego co wcześniej i nie powinniśmy tego w żaden sposób uwiarygadniać.
Plany ewentualnościowe związane z neutralizacją eksklawy, tworzone na wszelki wypadek, zapewne istnieją. Amerykanie w grach wojennych ćwiczą starcie z Chinami o Tajwan, a Chińczycy odwrotnie, i nikt rozsądny nie wnioskuje z tego, że jedni planują napaść na drugich. Sama Rosja też regularnie ćwiczy scenariusz, w którym zaatakowana przez Zachód rusza na jego ziemie w zwycięskim kontrataku (ćwiczenia Zapad).
Tak samo należy patrzeć na natowskie ćwiczenia. Rosyjska ambasada w Belgii wymienia w tym kontekście Baltic Sentry, Steadfast Dart czy BALTOPS jako dowód „bezprecedensowej aktywności” Sojuszu przy granicach Rosji. Moskwa wskazuje na reakcję NATO, skrzętnie pomijając fakty, które skłoniły Sojusz do nowych aktywności. Wzmożona obecność Sojuszu nad Bałtykiem jest odpowiedzią na rosyjską agresję na Ukrainę i ataki hybrydowe skierowane przeciwko państwom Sojuszu, a nie przygotowaniem do marszu na Królewiec. NATO jest sojuszem obronnym i nic nie wskazuje, by miało się to zmienić.
Królewiec w razie wojny nie może zostać w rosyjskich rękach
Dlatego ani NATO, ani Polska nie mają powodów, by w sposób niesprowokowany atakować Rosję. Mają za to wiele powodów, by obawiać się sytuacji odwrotnej. Muszą więc być gotowe do skutecznej obrony, i to nie tylko na własnym terytorium.
W tym sensie Rosjanie mają trochę racji. Jednak zdolność do zajęcia Królewca nie jest planem podboju, a plan ewentualnościowy nie jest decyzją polityczną. Wszystkie trzy rzeczy są jednak potrzebne, aby odstraszanie było wiarygodne. Gdyby NATO musiało bronić napadniętych państw bałtyckich albo samej Polski, zajęcie obwodu królewieckiego byłoby koniecznością.
Przesmyk suwalski
Obrona to nie tylko trwanie w okopach na linii granicy. To także kontrataki na terytorium wroga, choćby po to, by odsunąć walki od własnych miast. Czym kończy się obrona prowadzona wyłącznie na własnej ziemi, pokazuje trwająca już piąty rok wojny w Ukrainie. I skala zniszczeń, jakie dotknęły jej wschodnie ziemie.
Nie chodzi więc o to, by twardo bronić się na granicy, co jest praktycznie niemożliwe, nawet po zbudowaniu Tarczy Wschód. Chodzi o to, by jak najszybciej przenieść walki poza Polskę: na terytorium Rosji na północy i Białorusi na wschodzie. Ofensywa Ukrainy w obwodzie kurskim pokazała, że jest to możliwe. Jej finał przypomina jednak, że bez sił zdolnych utrzymać zdobyty teren sukces bywa krótkotrwały.
Tarcza Wschód ma powstać w ciągu trzech lat
Ile zajęłoby NATO zajęcie Królewca i obwodu królewieckiego?
Symulacje sugerują, że NATO mogłoby zająć obwód królewiecki w ciągu od kilku dni do kilku tygodni. Stałoby się to jednak za cenę znaczących strat, a utrzymanie tego obszaru pozostaje kwestią otwartą. Dużo łatwiej i szybciej można natomiast zneutralizować ten region w sposób, który skutecznie wyłączyłby zagrożenie z tego kierunku. I Rosja doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Szybkość działania jest kluczowa. Gdyby Moskwa zdecydowała się na uderzenie na Zachód i gdyby Rosjanie, wspierani przez Białoruś, nie zajęli Litwy w ciągu kilku dni, Królewiec byłby dla nich faktycznie stracony. Warunek jest jeden: sojusznicy, a zwłaszcza Polska, muszą zareagować od razu. Dlatego krytykowane swego czasu wypowiedzi generałów Wiesława Kukuły i Rajmunda Andrzejczaka o pomocy Bałtom w pierwszych godzinach agresji nie były wymachiwaniem szabelką. Były elementem polityki odstraszania. Dziś ten pogląd jest już znacznie bardziej rozpowszechniony wśród zachodnich elit wojskowych. Coraz więcej jest też głosów otwarcie zapowiadających taką odpowiedź na rosyjską agresję.
Czytaj więcej
Rosja nie musi forsować tzw. przesmyku suwalskiego, by sprawdzić, ile warte są gwarancje NATO. Może się okazać, że wystarczy jej zająć ratusz w Nar...
Za deklaracjami muszą jednak stać realne zdolności, a Rosja coraz śmielej je sprawdza. W Rusinowie koło Jarosławca 14 września wyłowiono z Bałtyku rosyjskiego drona z głowicą bojową, według prokuratury był to bezzałogowiec typu Gerbera 2. Dziewięć dni później rosyjski śmigłowiec Mi-8, lecący z obwodu królewieckiego, na 42 sekundy wleciał w polską przestrzeń powietrzną na północ od Braniewa.
Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych oceniło, że Rosja po raz kolejny testuje gotowość naszej obrony powietrznej. Jak zauważa premier Donald Tusk, rosyjska aktywność przy granicy zmusza nas dziś do niemal codziennego podrywania myśliwców dyżurnych.
Podkreślmy raz jeszcze: ani Polska, ani NATO nie mają powodów, by zajmować rosyjskie czy białoruskie terytoria, dopóki żadne z państw Sojuszu nie zostanie zaatakowane.
Warto też pamiętać, czym obwód królewiecki jest dziś. To najbardziej zmilitaryzowany skrawek Federacji Rosyjskiej, z Iskanderami zdolnymi do przenoszenia głowic jądrowych, rozbudowaną obroną powietrzną i bazami Floty Bałtyckiej. W razie wojny celem nie byłoby więc zdobycie terytorium dla samego zdobycia, lecz wyeliminowanie zagrożenia, które z niego płynie.
Czy to już „kryzys kubański” naszych czasów?
Tym razem rosyjski straszak przybrał nową formę. Ostrzeżenie trafiło do NATO na piśmie. Jeden z europejskich urzędników odpowiedzialnych za obronność przyznał, że po raz pierwszy od zimnej wojny Rosja grozi w taki sposób. Nie poprzedziła go przy tym żadna zmiana w polityce Sojuszu, która mogłaby je uzasadniać.
Jakub Palowski, powołując się na ppłk. rez. Macieja Korowaja z Instytutu Wschodniej Flanki, widzi w tym próbę wywołania „kryzysu kubańskiego 2.0”. Skoro NATO nie daje się sprowokować, Moskwa sama tworzy pretekst do demonstracji siły jądrowej. Chce w ten sposób odciąć Ukrainę od pomocy Zachodu i wymusić rozmowy z USA na własnych warunkach.
Do tego obrazu pasuje wezwanie ambasadora Danii do rosyjskiego MSZ po incydencie, w którym to rosyjska fregata wystrzeliła race w stronę duńskiego śmigłowca. Pasują też słowa Marii Zacharowej, rzeczniczki MSZ Rosji, która zakłady produkujące w Europie broń dla Ukrainy nazwała potencjalnymi celami wojskowymi. Padły one w odpowiedzi na pytanie o europejskie centrum serwisowe amerykańskich pocisków PAC-3 do systemów Patriot, o którego ulokowanie w Polsce zabiega Warszawa.
Geostrategiczna mapa Europy. Wybrane obszary o kluczowym znaczeniu dla obronności
Jeśli pozwolimy, by takie noty wyznaczały granice naszej debaty o obronie, oddamy Rosji inicjatywę bez jednego wystrzału. Zwłaszcza teraz, gdy o przyszłości Ukrainy rozmawia się bez Polski przy stole.
Spokojna, ale stanowcza odpowiedź NATO jest właściwa. Spokój nie może jednak oznaczać bierności. Jak zauważa Jarosław Wolski, autor profilu „WOW: Wolski o Wojnie”, odpowiedź Zachodu na rosyjskie prowokacje jest udzielana zawsze. Nie zawsze jest symetryczna i nie zawsze widoczna, ale jest. „NATO nie jest chłopcem do bicia, Polska też nie jest chłopcem do bicia” – pisze analityk.
Równocześnie trzeba się jednak przygotować na to, przed czym ostrzega belgijski minister obrony Theo Francken: na „mroczną zimę” pełną prowokacji i działań hybrydowych.
Nie będzie trwałego pokoju w Europie bez rosyjskiej klęski
Rosyjska nota nie jest wyłącznie sporem o jedną eksklawę. Pokazuje szerszy problem: Kreml nadal uważa, że atomowym szantażem może wymuszać na sąsiadach polityczne ustępstwa. Dlatego trwały pokój wymaga nie tylko odstraszania, ale porażki rosyjskiego projektu imperialnego.
Wbrew pozorom groźby Moskwy nie oznaczają, że Kreml szykuje się do wojny z NATO już teraz. Korowaj zauważa w rozmowie z „Rzeczpospolitą”, że Putin boi się eskalacji przedwczesnej. Chce być do niej gotowy na własnych warunkach ok. 2030 r. Do tego czasu gromadzi zasoby. Nowy dekret podnosi etatową liczebność armii do ponad 1,55 mln żołnierzy – i jest to już czwarte takie zwiększenie w tym roku. Budżet obronny Rosji na 2027 r. ma przekroczyć 200 mld dol. To blisko czterokrotnie więcej niż wyda Polska.
Czytaj więcej
Nowy dekret Władimira Putina zwiększył liczebność rosyjskiej armii do 1,56 mln żołnierzy. O ocenę zmian zapytaliśmy ppłk. rez. Macieja Korowaja z I...
Równocześnie Rosja będzie próbowała uśpić naszą czujność fałszywym poczuciem bezpieczeństwa. Odpowiedzią, jak radzi Korowaj, powinno być tworzenie Rosji dylematów na każdym możliwym poziomie. Zdolność do szybkiego odcięcia i zajęcia Królewca stawia przed Rosją jeden z najpoważniejszych takich dylematów. Właśnie dlatego nie wolno nam z niej rezygnować.
Pokazywanie siły to jednak tylko połowa odpowiedzi. Aby Rosja przestała być zagrożeniem, musiałaby przejść wstrząs podobny do tego, którego doświadczyły Niemcy po 1945 r., czyli klęskę, rozliczenie zbrodni i porzucenie imperialnej tożsamości. Jeśli wyjdzie z wojny z Ukrainą z poczuciem zwycięstwa, jej elity utwierdzą się w przekonaniu, że agresja się opłaca. Ustępstwa jedynie odroczą kolejny konflikt.
Nie liczmy przy tym, że Rosja szybko zawali się sama. Jej gospodarka, wbrew prognozom, wciąż działa, a Kreml prowadzi długą grę. Tym bardziej potrzebne są cierpliwość i konsekwentne wsparcie dla Ukrainy. Za brak tej wytrwałości świat zapłaci kolejną wojną.
Czy Rosja straszy Zachód dlatego, że się boi?
Nerwowość Moskwy wyrażona jej groźbami wiele nam mówi. Gdyby Kreml był pewien bezpieczeństwa Królewca, nie odpowiadałby groźbą atomową na artykuł prasowy i telewizyjny serial, a do NATO nie słałby noty będącej zwykłym szantażem. Rosja wie, że Królewiec to jej pięta achillesowa, obnażająca jej prawdziwe słabości, i chce, byśmy przestali o tym mówić. Autocenzura byłaby najtańszym zwycięstwem, jakie moglibyśmy jej podarować.
Czytaj więcej
Polacy mają prawo sięgać w oficjalnym nazewnictwie do jasnej strony historii zgodnie z własną tradycją.
Uderza też asymetria rosyjskich gróźb. Moskwa sięga po broń jądrową w reakcji na rozważania o hipotetycznej blokadzie Królewca. Jednocześnie bez skrupułów zapowiada, że zakłady zbrojeniowe w państwach NATO, także w Polsce, mogą stać się celem jej ataków. I to nie są puste słowa. Już w 2024 r. amerykański wywiad wykrył rosyjski plan zamachu na szefa Rheinmetallu, a sekretarz generalny NATO Mark Rutte 29 września musiał odnosić się do kolejnych rosyjskich aktów sabotażu w Europie. Podpalenia, ataki na trasy kolejowe, zerwane kable podmorskie, próby sabotażu wokół lotnisk. W każdym z tych przypadków tropy nieodmiennie prowadzą w tym samym kierunku. Rosja przyznaje sobie prawo do uderzeń w nasze terytorium, a nam odmawia prawa do mówienia o własnej obronie i o konsekwencjach, jakie może jej w końcu przynieść własna agresywna postawa.
Dlatego raz jeszcze powtórzę to, o czym już wielokrotnie pisałem. To prawda, że Rosji nie wolno lekceważyć. Ale prawdą jest też to, że pod żadnym pozorem nie wolno się jej bać. Zaatakowani powinniśmy umieć boleśnie kąsać agresora tam, gdzie zaboli go najbardziej. Historię zwycięstw piszą nie ci, którzy schowali się za umocnieniami, lecz ci, którzy potrafili odważnie wyjść wrogom naprzeciw.