Wyciąganie wniosków z wyborów prezydenckich w Krakowie do analizy ogólnopolskiej polityki jest nieuzasadnione. To powinien być pierwszy i najważniejszy komentarz dotyczący tego, co w minioną niedzielę stało się w stolicy Małopolski. Tylko ktoś naprawdę mało rozumiejący realia społeczne mógłby z faktu niewystawienia przez Konfederację swojego kandydata wnioskować, że podobnie nieudolnie radzić sobie ona będzie w przyszłorocznej elekcji parlamentarnej. Równie błędne byłoby przewidywanie, że partia Razem w 2027 r. osiągnie lepsze wyniki niż Nowa Lewica, bo reprezentantka tego pierwszego ugrupowania otrzymała o 5 tys. głosów więcej niż jej rywalka z drugiej z wymienionych formacji.

Wyniki wyborów prezydenckich w Krakowie

Wyniki wyborów prezydenckich w Krakowie

Foto: PAP

To po prostu tak nie działa – niedzielne starcie w grodzie pod Wawelem było spersonalizowane, lokalne, oparte o sprawy miejskie. W żadnym stopniu nie było „sprawdzianem” przed przyszłorocznymi wyborami do Sejmu i Senatu. Nie było nawet wiarygodnym sondażem poparcia dla partii politycznych w skali całego kraju.

Czytaj więcej

Wybory w Krakowie. Gibała ogłosił, że ma poparcie sześciu radnych KO. Klub rozważa pozew

Wniosek z wyborów prezydenckich w Krakowie. Koalicja Obywatelska popełnia wciąż te same błędy

Jeśli można byłoby się pokusić o pewną szerszą refleksję na podstawie tego, co stało się w niedzielę w Krakowie i – co ważniejsze – będzie miało miejsce już za dwa tygodnie w II turze, to dotyczyłaby ona uporu, z jakim Koalicja Obywatelska popełnia wciąż te same błędy. Jej działacze są jak Burbonowie, którzy – w opinii Talleyranda – niczego się nie uczą i niczego nie zapominają.

Wystawienie do lokalnej rywalizacji działaczki partyjnej, przedstawionej w dodatku po raz pierwszy przez liderów KO i PSL w Warszawie, było jakby kalką samobójczej strategii obranej przez partię Donalda Tuska przed prawie dwoma laty, w odniesieniu do wyłonienia reprezentanta w wyścigu o Pałac Prezydencki. Pisałem wówczas na łamach „Rzeczpospolitej”, że postawienie na Rafała Trzaskowskiego będzie błędem porównywalnym jedynie z sytuacją, w której PiS nominowałoby do nadchodzącej rywalizacji Antoniego Macierewicza.

Czytaj więcej

Marek Migalski: Bo to zły kandydat był

Ten ostatni był, podobnie jak prezydent Warszawy, wiceszefem swego ugrupowania i podobnie jak on wzbudzał głęboką niechęć swoich politycznych przeciwników. Gdy Jarosław Kaczyński szukał kogoś niekojarzącego się z jego partią i rozpoczynał manewr o nazwie „kandydat obywatelski”, działacze KO wyznaczali na swego kandydata partyjniaka z krwi i kości, aktywnego w KO/PO od samego jej początku.

II tura wyborów prezydenckich w Krakowie. Prof. Marek Migalski prognozuje: Łukasz Gibała wygra zdecydowanie

Obecnie formacja Tuska postąpiła według dokładnie tego samego scenariusza – po wstępnych próbach znalezienia kogoś spoza partii (było głośno o możliwym starcie Rafała Sonika, przedsiębiorcy, rajdowca i filantropa), władze KO postawiły na obecną senatorkę tej formacji. Przewidując, że jej najgroźniejszym konkurentem będzie bezpartyjny Łukasz Gibała, ugrupowanie Tuska dokonało wyboru partyjnej kandydatki. Czyli postąpiono prawie dokładnie tak, jak na przełomie lat 2024 i 2025, wyłaniając w „prawyborach” Trzaskowskiego.

Foto: Tomasz Sitarski

Zwycięstwo Gibały jest zatem prawie pewne, bo oprócz jego wyborców z pierwszej tury w drugiej na pewno poprze go elektorat kandydatów PiS i Konfederacji Korony Polskiej (pomimo liberalnych i progresywnych poglądów niegdysiejszego posła partii Janusza Palikota). Co więcej, Monika Piątkowska nie może być nawet pewna poparcia ze strony wyborców obu kandydatek lewicy, bo jaki ich partie mają interes w tym, by KO ogłosiła swój sukces? Wszystko wskazuje zatem na to, że Gibała wygra w II turze, i to znacząco.

Monika Piątkowska kandydatką w Krakowie. Dlaczego władze KO wolą ponosić kolejne porażki?

Warto sobie zadać na koniec pytanie, dlaczego władze największej partii koalicji rządzącej robią sobie i swoim zwolennikom kolejną krzywdę? Dlaczego ponownie czynią wiele, by ich kandydaci przegrywali? Dlaczego wolą oglądać kolejne porażki swoich reprezentantów i nie są w stanie choć trochę otworzyć się na tych, którzy, podzielając ich świat wartości, nie należą do partii? Dlaczego w końcu, używając słynnego już powiedzenia przypisywanego Einsteinowi i określającego idiotów – wykonują te same czynności, oczekując różnych wyników?

Niestety, nie jestem w stanie odpowiedzieć na te pytania. Obawiam się zresztą, że w podobnej konfuzji są zwolennicy tej partii. A może nawet ich działacze. Z władzami tejże włącznie.

Autor

Marek Migalski

Politolog, profesor Uniwersytetu Śląskiego