Od lat powtarzamy, że najbardziej zapalnym punktem wschodniej flanki jest przesmyk suwalski. Tymczasem scenariusz, który Instytut Studiów nad Wojną (ISW) przedstawił 21 września, każe spojrzeć na problem z zupełnie nieoczywistej strony. Rosja wcale nie musi przebijać pancernymi zagonami korytarza do obwodu królewieckiego, by rozbić NATO. Wystarczy jej kilkudziesięciu ludzi ulokowanych w estońskim mieście granicznym i chmura dronów startujących z własnego terytorium.
Przesmyk suwalski
Przesmyk suwalski ma w polskiej debacie status niemal mityczny. To tam biegnie wąski, około stukilometrowy pas między Białorusią a obwodem królewieckim, którego przecięcie odcięłoby państwa bałtyckie od reszty sojuszu. Tam koncentruje się wysiłek infrastrukturalny Polski i Litwy, tam regularnie „zaglądają” sojusznicze samoloty wczesnego ostrzegania. Tak było choćby 24 września, gdy francuski Boeing E-3F Sentry przeleciał nad Polską, minął przesmyk suwalski i zatoczył krąg nad Kownem. Ta rutynowa dla NATO misja natychmiast wzbudziła w sieci wzmożone zainteresowanie przesmykiem. Problem w tym, że przeciwnik doskonale wie, gdzie patrzymy. I może wybrać miejsce, którego nikt, albo prawie nikt nie dostrzega.
Rosjanie w Narwie. Atak, który nie wygląda jak atak
Instytut Studiów nad Wojną przedstawił, jak mógłby wyglądać jeden z takich scenariuszy. Analitycy think tanku wyraźnie przy tym zastrzegli, że ich analiza nie jest prognozą ani oceną zamiarów Kremla. Mamy do czynienia raczej z ćwiczeniem analitycznym, ilustrującym możliwy przebieg ograniczonego uderzenia na państwo NATO.
Czytaj więcej
W czwartek nad Polską ponownie pojawił się Boeing E-3F Sentry, samolot wczesnego ostrzegania i dozoru przestrzeni powietrznej, należący do francusk...
Punktem wyjścia jest obserwacja, z którą trudno dyskutować: pełnoskalowa inwazja Rosji na kraj Sojuszu jest w obecnych warunkach wysoce nieprawdopodobna, bo rosyjska armia pozostaje związana wojną z Ukrainą. Estonia i Łotwa same podkreślają, że nie widzą koncentracji wojsk, która byłaby potrzebna do rozpoczęcia regularnej inwazji. Tyle że pełnoskalowa wojna nie jest jedyną opcją, jaką dysponuje Moskwa.
W scenariuszu ISW rosyjscy agenci, już obecni w Narwie, zajmują muzeum, ratusz i część nabrzeża, po czym ogłaszają powstanie Narewskiej Republiki Ludowej. Brzmi znajomo? Owszem, podobny przebieg wydarzeń widzieliśmy w ukraińskim Donbasie. W scenariuszu ISW dywersanci przedstawiają się jako obywatele Rosji i proszą Moskwę o obronę. Kreml natychmiast się zgadza, ogłaszając jednocześnie, że rosyjskie wojska nie wkroczyły i nie wkroczą na terytorium Estonii, o ile Tallin nie zaostrzy sytuacji. To scenariusz równie prawdopodobny jak każdy inny z tych, które przedstawiają dziś media i służby wywiadowcze w całej Europie. Tym bardziej, że Rosja stworzyła sobie niedawno podstawy prawne do takiego działania. W maju rosyjski parlament przyjął ustawę formalnie zezwalającą na użycie sił zbrojnych poza granicami kraju w celu „ochrony rosyjskich obywateli”, między innymi w sytuacji, gdy są oni za granicą zatrzymywani, ścigani lub sądzeni bez udziału Moskwy.
I tu przed Rosją otwierają się możliwości. Osłonę buntownikom zapewniają nie rosyjskie czołgi, lecz drony FPV, w tym światłowodowe, których operatorzy działają z terytorium Rosji, rozproszeni na głębokość kilkudziesięciu kilometrów od granicy. Estońskie siły próbujące odbić kilka budynków musiałyby wejść pod ogień, którego nie byłyby w stanie zneutralizować. Najbliższa baza wojskowa znajduje się w Jõhvi, 40 km na zachód od Narwy, a drogi prowadzące do miasta można skutecznie blokować za pomocą dronów już od pierwszych minut operacji.
W tym eksperymencie myślowym celem Rosji nie jest zdobycie terytorium, lecz postawienie NATO w sytuacji, w której artykuł 5. albo nie zostanie uruchomiony, albo zostanie uruchomiony za późno i bez skutku. Kreml zyskałby wtedy dowód, że gwarancje sojusznicze są negocjowalne, a przy okazji pretekst do mobilizacji wewnętrznej i kartę przetargową, którą można by wymienić w rozmowach z Zachodem na ustępstwa ze strony Ukrainy.
Atak na Estonię. Przygotowania jako zwykłe zamieszanie na granicy
Najbardziej niepokojąca część analizy dotyczy wskaźników ostrzegawczych. Wszystkie są niejednoznaczne: zwiększona obecność jednostek dronowych w rejonie Petersburga, uruchomienie stacji przekaźnikowych, przesunięcie niewielkich pododdziałów do Leningradzkiego Okręgu Wojskowego, wzmocnienie obrony powietrznej, aktywacja siatek agenturalnych. Każdy z tych sygnałów da się wytłumaczyć koniecznością obrony przed ukraińskimi uderzeniami.
Granica litewsko-rosyjska
Dotyczy to również jedynego twardego faktu z ostatnich dni, czyli wprowadzonego 16 września przez FSB dziesięciodniowego zakazu ruchu na rzece Narwie i wzdłuż niej, zakazu posiadania broni po rosyjskiej stronie oraz częściowej godziny policyjnej. Można to odczytywać jako element przygotowań, ale też jako odpowiedź na estońskie zapowiedzi zamknięcia granicy w razie ogłoszenia przez Putina przymusowej mobilizacji. ISW uczciwie przedstawia obie interpretacje.
Czytaj więcej
Zdaniem gen. Jarosława Gromadzińskiego najbardziej skrajnym scenariuszem na przyszłość, prawdziwym gamechangerem może być użycie przez Rosję samolo...
Gromadzenie Gieraniów, czyli rosyjskich dronów uderzeniowych, na potrzeby takiej operacji byłoby praktycznie niewidoczne. Mogłoby się ujawnić co najwyżej jako okresowy spadek intensywności rosyjskich ataków na Ukrainę, dokładnie taki, o jakim w ostatnich tygodniach pisał Bloomberg w kontekście rakiet balistycznych. Jednak przy rosnącej skali rosyjskiej produkcji zgromadzenie zapasu dronów na potrzeby „operacji estońskiej” mogłoby pozostać całkowicie niezauważone, bo wcale nie musiałoby wymuszać ograniczenia ataków na Ukrainę.
Czytaj więcej
Rosyjskie drony odrzutowe latają od dwóch i pół do trzech razy szybciej od Shahedów. Problem z nimi mają Ukraińcy, wnioski z ich pojawienia się na...
Strategia uderzeń odwetowych. Aby uderzyć, trzeba wiedzieć, gdzie i w co
To miejsce, w którym analiza ISW najmocniej podważa europejski, a także polski sposób myślenia o obronie. Państwa frontowe rozmawiają dziś przede wszystkim o zdolności do uderzeń w głąb Rosji jako elemencie strategii odstraszania. Pisaliśmy o tym w „Rzeczpospolitej” wielokrotnie, także w kontekście estońskich HIMARS-ów i rosyjskich brygad rakietowych rozlokowanych po drugiej stronie granicy.
Tymczasem w opisywanym scenariuszu uderzenia dalekiego zasięgu są niemal bezużyteczne. Rosyjskie siły zaangażowane w taką operację mają minimalne zaplecze logistyczne, więc po prostu nie ma czego niszczyć. Stanowiska operatorów dronów są rozproszone i ukryte, a ich wykrycie wymaga zdolności, których NATO dziś nie ma, bo nie dysponuje własnymi jednostkami dronowymi porównywalnymi z ukraińskimi czy rosyjskimi. I nie chodzi tylko o doświadczenie zdobyte na wojnie. Chodzi o to, że większość państw sojuszu wciąż nie ma takich wyspecjalizowanych wojsk i co najwyżej stara się je zbudować, tak jak robi to Polska.
Estonia w zasięgu niewielkich rosyjskich dronów
Co gorsza, każde uderzenie poza bezpośredni rejon walk zostanie przedstawione przez Moskwę jako eskalacja ze strony Sojuszu. Jeśli zaś cele będą się znajdować w okolicach Petersburga, do ich rażenia mogą być potrzebne albo samoloty piątej generacji, albo pełnoskalowa operacja obezwładniania obrony powietrznej. W takim przypadku decyzje musiałyby zapaść szybko i jednomyślnie, a o to będzie trudno, skoro Rosja za pomocą działań informacyjnych zrobi wszystko, by tę jednomyślność rozbić.
Potrzebne może się zatem okazać coś znacznie mniej efektownego, niż pociski dalekiego zasięgu przeznaczone do rażenia głębokiego zaplecza przeciwnika: drony przechwytujące, systemy walki radioelektronicznej, kinetyczne środki przeciwdronowe oraz własne wyszkolone zespoły dronowe rozmieszczone przy granicy, zanim cokolwiek się wydarzy, a nie wysyłane tam po rozpoczęciu ataku, gdy drogi dojazdowe będą już pod ostrzałem. Potrzebni będą też żołnierze przeszkoleni do walki w warunkach intensywnego użycia dronów.
Przesmyk suwalski jest ważny. Lepiej jednak nie tracić z oczu szerszej perspektywy
Analiza ISW, jak każde opracowanie, którego celem jest wskazanie słabości Zachodu, opiera się jednak na wielu uproszczeniach. Faworyzuje też agresora, dając mu już na wstępie nadmierną przewagę. Zresztą think tank sam wskazuje słabość własnego scenariusza: Estonia rozpoczęła w samej Narwie tworzenie obecności wojskowej w sile kompanii. Nawet niewielki garnizon na miejscu wymusiłby gruntowne przemyślenie całej rosyjskiej koncepcji, bo agenci zajmujący ratusz musieliby się liczyć z natychmiastową reakcją, a nie z wielogodzinnym spokojem przed przybyciem estońskich sił z Jõhvi.
Estonia nie jest też krajem lekceważącym rosyjskie zagrożenie. Od dawna przygotowuje się do odparcia rosyjskich ataków, także hybrydowych. Nie tylko wzmacnia swoje skromne siły uderzeniowe, lecz także buduje na miarę możliwości obronę przeciwlotniczą i przeciwdronową. Ma gotowe plany obrony na linii Narwy oraz niejawną koncepcję ewakuacji ludności na wypadek wojny. Uczestniczy również w budowie wspólnej bałtyckiej linii fortyfikacji. Estonia traktuje zagrożenie jako realne, a nie hipotetyczne.
Jak wielokrotnie pokazała, potrafi też twardo przeciwstawiać się rosyjskim narracjom i groźbom.
Geostrategiczna mapa Europy. Wybrane obszary o kluczowym znaczeniu dla obronności
Niezależnie od alternatywnych scenariuszy, przesmyk suwalski pozostaje ważny i nikt rozsądny nie proponuje, by przestać go pilnować. Skupienie się na jednym, najbardziej oczywistym punkcie ma jednak swoją cenę. Scenariusz z Narwą pokazuje, że Rosja może szukać miejsca, w którym uderzenie będzie na tyle mało istotne z perspektywy Europejczyków, by wywołać spór o to, czy w ogóle stanowi atak.
Przesmyk suwalski
Polski wariant tego samego problemu widzieliśmy już we wrześniu 2025 r. i widzimy przy każdym kolejnym naruszeniu przestrzeni powietrznej. Za każdym razem stajemy przed pytaniem, czy reagować z wyprzedzeniem, ryzykując eskalację, czy wstrzymać się z reakcją i narazić na przeoczenie krytycznego momentu. I zawsze płacimy za tę niepewność, podczas gdy druga strona w najgorszym razie dobrze się bawi. Należy przy tym zakładać, że jej zyski są bardziej wymierne niż sama satysfakcja z grania Warszawie na nosie.
Odpowiedzią nie jest kolejna deklaracja solidarności sojuszniczej, chociaż nawet z tym, jak pokazują wypowiedzi niektórych polskich polityków, może być kłopot, wynikający z głębokiego niezrozumienia zasad, które dziś rządzą światem. Odpowiedzią są zdolności pozwalające reagować lokalnie, natychmiast i efektywnie kosztowo, czyli po prostu tanio, bez konieczności zwoływania kolejnych gremiów politycznych brnących w długotrwałe spory. To konieczne choćby dlatego, że scenariusz ISW, choć czysto teoretyczny, nie jest wyłącznie ćwiczeniem akademickim. Jest raczej testem tego, czy NATO potrafi obronić się przed uderzeniem zaprojektowanym tak, by Sojusz nie tyle nie miał podstaw, ile nie zdążył uznać go za atak wskutek braku jednomyślności i biurokratycznych procedur.