Rosyjska armia rośnie. Wydany właśnie dekret mówi o wzroście o kolejne 15,5 tys. żołnierzy. To już czwarte zwiększenie liczebności Sił Zbrojnych w tym roku. Równolegle Reuters informuje, że w 2027 r. na obronność Rosjanie mają wydać 17,1 bln rubli, czyli ponad 200 mld dol. To ponad 4-krotnie więcej niż Polska i o 27 proc. więcej niż początkowo planowano (13,5 bln rubli). W latach 2027-2029 Kreml zamierza na ten cel przeznaczyć 50 bln rubli.
Liczebność etatowa rosyjskiej armii ma wzrosnąć do 1 550 500 żołnierzy. Od początku 2022 r. liczba ta wzrosła o ponad pół miliona. Na ile jest to rzeczywisty wzrost siły bojowej, a na ile „papierowa” demonstracja i propaganda wymierzona w zastraszenie Zachodu?
Nazywam tę „mobilizacją kropelkową”. To nie jest taka mobilizacja, z jaką mieliśmy do czynienia we wrześniu 2022 r. Obecnie Rosjanie stopniowo i systematycznie zwiększają limit wojska, nie ogłaszając przy tym pełnej mobilizacji. Ma to bardzo konkretne skutki. Po pierwsze, zwiększa się baza szkoleniowa i baza do uzupełniania strat. Z tego zasobu można czerpać żołnierzy kontraktowych do działań bojowych i rotować wojsko na froncie. Armia rosyjska cały czas zbiera doświadczenia, modernizuje się, powstają nowe etaty i struktury, jak choćby wojska dronowe. Jeśli zajdzie taka potrzeba, dzięki rozbudowanej bazie szkoleniowej armia będzie w stanie znacznie szybciej „urosnąć”.
Czytaj więcej
Władimir Putin poszedł w wojnie przeciwko Ukrainie tak daleko, że wycofanie się z konfliktu może oznaczać dla niego poważne konsekwencje – ocenił b...
Ekspert: Do 2030 roku rosyjska armia powiększy się co najmniej o 300-400 tysięcy
Czyli to nie jest jednorazowy „straszak”, ale długofalowy plan?
Zdecydowanie. To nie będzie ostatnie powiększenie. Spodziewam się wzrostu o co najmniej 300–400 tys. żołnierzy do 2030 r. Takich skoków o 30, 40 czy 50 tys. będzie więcej. To jest mobilizacja krocząca. Problem polega na tym, że na Zachodzie wszyscy patrzą na Rosję przez pryzmat krótkotrwałego okna decyzyjnego. Moje doświadczenie sugeruje, że na ten kraj trzeba patrzeć w znacznie szerszym horyzoncie czasowym.
Co jest celem na końcu tej drogi?
Rosja buduje scenariusz, który pozwala jej nie tylko kontynuować wojnę z Ukrainą, ale też gromadzi zasoby pozwalające na eskalację na innych teatrach działań. Za tymi zdolnościami idzie gigantyczny budżet, który mimo innych potrzeb państwa pozostaje absolutnym priorytetem. Z tych 1,5 mln żołnierzy, około 750 tys. jest bezpośrednio zaangażowanych w wojnę – oni się przygotowują, odtwarzają zdolności lub bezpośrednio walczą.
Ekspert: Rosja mogłaby powalić Ukrainę, ale gigantycznym kosztem
Mimo to Rosjanie dalej nie mogą wygrać.
Gdyby Rosja chciała szybko powalić Ukrainę, prawdopodobnie mogłaby to zrobić, ale gigantycznym kosztem. Pytanie brzmi: co później? Szybki sukces i koniec wojny przyniósłby Putinowi więcej problemów niż wojna, która trwa. On chce wyjść z tego konfliktu na własnych zasadach. Ta wojna jest mu wręcz potrzebna, by gruntownie przeformatować rosyjskie państwo. Zewnętrzne zagrożenie wygenerowało sytuację, w której aparat państwowy jest mu bezwzględnie posłuszny.
Czytaj więcej
Na całym froncie Rosja dorysowała sobie ponad 5 tysięcy kilometrów kwadratowych podbitych terenów Ukrainy. Ale za to przespała ukraińską kontrofens...
Przeformatować w jakim sensie?
Putin buduje nową architekturę władzy, „partię wojny” i administrację opartą na weteranach. Weterani odgrywają kluczową rolę w zmianie establishmentu politycznego. Są wprowadzani na salony, zapełniają miejsca w lokalnej administracji. Już ponad 85 osób z różnym stopniem doświadczenia frontowego trafiło do Dumy Państwowej. Projekcja agresji, choćby w kierunku państw bałtyckich i całego NATO, pozwala Putinowi bezkarnie i bez oporu społecznego zmieniać fundamenty państwa, w tym uwłaszczać majątki przez służby. Buduje nowe elity, które będą mu bezpośrednio podlegać.
A co z oligarchami? Zawsze mówiło się, że to oni pociągają za sznurki, a wojna bije w ich biznesy.
Wielu oligarchów musiało się bezwzględnie podporządkować władzy, a inni potracili majątki. Przed 2014, a nawet 2022 r., było to nie do pomyślenia. Dzisiaj Putin, dzięki wojnie, jest de facto bezkarny w rozgrywkach na szczytach władzy. Zresztą, po to właśnie musiał zginąć Jewgienij Prigożyn – żeby w Rosji nie było żadnej alternatywy do zagospodarowania powracających z frontu weteranów. Powstaje nowa oligarchia, ściśle powiązana z masowymi zbrojeniami.
Skoro Putin kontroluje elity, to kto dzisiaj w Rosji dąży do zaostrzenia konfliktu z Zachodem?
I tu dochodzimy do paradoksu. Biorąc to wszystko pod uwagę, Putinowi zależy na przedłużającym się, ale kontrolowanym konflikcie. To on dzisiaj paradoksalnie hamuje ostateczną eskalację, do której dążą natomiast doły i elity finansowe – zarówno „stare”, jak i „nowe” majątki.
Czytaj więcej
Jeśli NATO próbowałoby odciąć Królewiec od Rosji, wówczas Rosja byłaby gotowa użyć broni atomowej - wynika z dokumentu przekazanego Sojuszowi przez...
Ci, którzy dorobili się na wojnie, chcą eskalacji, by zacementować swoje nowe fortuny. Bez radykalizacji sytuacji nie mają pewności, czy z miliarderów nagle nie staną się oskarżonymi w procesach o korupcję. Z kolei ci, którzy stracili na wojnie, liczą, że w warunkach potężnej eskalacji – która wymknęłaby się spod kontroli – Putinowi podwinie się noga. Wtedy łatwiej byłoby zdjąć „cara” z tronu. Obecnie Putin ma zbyt wiele buforów bezpieczeństwa, by taki przewrót był możliwy.
Czego boi się Władimir Putin?
Czyli Putin boi się konfrontacji z NATO?
Boi się eskalacji przedwczesnej. On robi wszystko, aby nie dopuścić do sytuacji podbramkowej i nie zostać postawionym przed faktem dokonanym. Chce osiągnąć gotowość do eskalacji na własnych warunkach gdzieś w okolicach 2030 r. Warto zauważyć, że nieeskalowanie to obecnie wspólny cel Putina i NATO. Ani on, ani my nie jesteśmy jeszcze gotowi na ostateczne starcie.
Jak w takim razie Zachód – w tym Polska – powinien wykorzystać ten czas do 2030 r.?
Kluczowy jest równomierny rozwój w każdym obszarze bezpieczeństwa. Oczywiście czołgi, rakiety czy amunicja są niezbędne, ale równie ważna jest obrona cywilna i edukacja. Rosja przez najbliższe lata będzie starała się budować u nas fałszywe poczucie bezpieczeństwa, by uśpić naszą czujność i ograniczyć zdolność do szybkiego reagowania. Naszą podstawową cechą powinno być budowanie dla Rosji dylematów na każdym możliwym poziomie. Im bardziej będziemy nieprzewidywalni i odporni – tak jak zachowała się Ukraina i Zachód w lutym 2022 r. – tym skuteczniej będziemy odstraszać.
A jak wygląda kondycja rosyjskiej gospodarki. Miała się zapaść, ale nie robi tego. Produkują samoloty, czołgi, rakiety. Są tak odporni czy pod twardą skórą kryją się duże wrażliwości?
Rosja faktycznie buduje czołgi, choć warto pamiętać, że niekoniecznie są to czołgi najnowocześniejsze. Trzeba mieć świadomość, że oni przygotowywali gospodarkę na sankcje przed inwazją. Ich dzisiejsza wytrwałość nie jest dla mnie zaskoczeniem. To wszystko było częścią rosyjskiej strategii od dawna, przejęli zresztą zachodnie – np. niemieckie czy francuskie – inwestycje, które zostały w Rosji.
Więc sankcje nie działają?
Koszty tej wojny zdecydowanie przewyższają rosyjskie zdolności odtworzeniowe. Jednak rosyjska strategia opiera się na innym założeniu: oni są przekonani, że w warunkach przyszłej, pełnej eskalacji, ich historyczna odporność społeczno-gospodarcza na braki, deficyty i biedę okaże się ich największym atutem. Zakładają, że zamożny Zachód takiej odporności nie ma. Póki co ich gospodarka funkcjonuje i się nie załamuje, więc w oczach Kremla można mówić o sukcesie.
Zachód wciąż patrzy na ten konflikt przez pryzmat szybkich rozwiązań i doraźnych sankcji, a Putin konsekwentnie gra w długą grę. Krok po kroku formatuje państwo, armię i gospodarkę na maraton, którego decydujący moment planuje w okolicach 2030 r. Zrozumienie tego to nasz najważniejszy krok, by przestać myśleć w perspektywie najbliższych miesięcy i zacząć realnie budować własną odporność na nadchodzące lata.