Jest takie zdjęcie z Lubmina, z uroczystego otwarcia pierwszej nitki Nord Stream. Politycy z Niemiec, Francji, Holandii i Rosji, wokół nich lobbyści i dziennikarze z całego świata. – To był moment euforii, apogeum – mówi dr Ernest Wyciszkiewicz, kierownik zespołu rosyjskiego Ośrodka Studiów Wschodnich i współautor, z Bartoszem Bieliszczukiem, książki „Nord Stream za wszelką cenę”. Do tej fotografii wraca we wspomnieniach Angela Merkel.

Reklama
Reklama

Czytaj więcej

Rosyjski opozycjonista ostrzega: Putin nie będzie miał wyboru. Zaatakuje NATO

Drugi symboliczny obraz to bąble metanu na powierzchni morza koło Bornholmu. 26 września 2022 r., krótko po drugiej w nocy, sejsmografy zarejestrowały wstrząsy, a trzy z czterech nitek obu gazociągów przestały działać.

Pierwsza myśl: Rosja

– Analitycznie to był ciekawy moment, bo nic nie wiedzieliśmy, a wydarzyło się coś w zasadzie niewyobrażalnego – wspomina Wyciszkiewicz. Wysadzenie rury na głębokości ok. 80 metrów uchodziło za operację wymagającą ogromnych zasobów. – Pytanie „kto na tym korzysta?” bywa mylące. Bez danych raczej utwierdzamy się we własnych przekonaniach – zauważa.

Kontekst podsuwał odpowiedź. Rosja od miesięcy szantażowała Europę gazem, w kwietniu 2022 r. zakręciła kurek Polsce i Bułgarii, ograniczała dostawy do Niemiec. Jedna nitka Nord Stream 2 ocalała, co pasowało do scenariusza kolejnego etapu nacisku. Dziś, jak mówi ekspert, wiemy, że za atakiem prawdopodobnie stało bardzo specyficzne ukraińskie komando. Według ustaleń Bojana Pancevskiego z „Wall Street Journal” operację przeprowadziło siedem osób z jachtu Andromeda.

Czytaj więcej

Jest zgoda na ekstradycję Ukraińca podejrzanego ws. Nord Stream. Żurawlow ogłasza głodówkę

Wyciszkiewicz nazywa to swoistym partnerstwem publiczno-prywatnym: ludzie służb zapewnili wiedzę o ładunkach, lokalizacji rury i logistyce, a cywilni nurkowie umiejętność zejścia z nimi na taką głębokość.

Dwa sądy, dwie filozofie

14 października przed Wyższym Sądem Krajowym w Hamburgu ruszy proces Ukraińca Serhija K., byłego oficera, którego niemiecka prokuratura uważa za koordynatora akcji. Sąd wyznaczył na razie 16 terminów rozpraw do 17 grudnia, kolejne planowane są na początek 2027 r. Drugi podejrzany, nurek Wołodymyr Ż., w ubiegłym roku został zatrzymany w Polsce, ale warszawski sąd odmówił wydania go Niemcom. W sierpniu zatrzymano go w Chorwacji, a tamtejszy sąd zgodził się na ekstradycję. Obrońca zapowiedział odwołanie.

Wyciszkiewicz nie kryje, że zgadza się z polskim sędzią. W książce zestawia jego rozumowanie z podejściem niemieckiego Trybunału Federalnego. – Polski sędzia uznał, że toczy się wojna i ma ona wpływ na to, jak interpretujemy takie zdarzenia. Niemcy widzą tylko stalową rurę, która wyleciała w powietrze, bez kontekstu – mówi.

Czytaj więcej

Włączyć Nord Stream. Najważniejszy temat w ważnych niemieckich wyborach

Najbardziej niewygodna jest dziś pozycja samych sprawców. Kijów zaprzecza, że była to operacja państwowa. – Władze w pewnym sensie wrzucają tych ludzi pod autobus – ocenia ekspert. Argument, że obywatele państwa broniącego się przed agresją uderzyli w źródło finansowania rosyjskiej machiny wojennej, traci przez to na sile. Na przyznanie się Kijowa trudno liczyć, bo w Niemczech miałoby to wysoką cenę. AfD już dziś wskazuje palcem państwo ukraińskie.

To Putin zatopił rurę

– Wysadzili ją Ukraińcy, ale zatopił ją Putin. Gdyby nie luty 2022 r., ta rura by działała – przekonuje Wyciszkiewicz. Rosja przez dekady budowała z Niemcami system zależności finansowych, surowcowych i osobistych, zapraszając byłych polityków do zarządów swoich spółek. Do zasilania Nord Stream trzeba było zbudować w Rosji ok. tysiąca kilometrów nowych rurociągów, a kontrakty trafiały do najbliższego otoczenia Putina.

W kalkulacji Kremla zależność gazowa miała osłabić reakcję Berlina, sankcje zatrzymać się na poziomie z 2014 r., a Ukraina upaść w kilka tygodni. Sieć okazała się za słaba, a Zachód się skonsolidował. Ekspert przypomina jednak, że jeszcze pod koniec 2021 r., gdy dane wywiadu USA o zbliżającej się inwazji były już na stole, w Niemczech oficjalnie oceniano, że Nord Stream 2 nie zagraża bezpieczeństwu dostaw.

Czytaj więcej

Polski sąd zwolnił podejrzanego o wysadzenie Nord Stream. Ukraińca aresztowano w Chorwacji

Czy Niemcy byli naiwni? – To za łatwe – odpowiada Wyciszkiewicz. Problemem była raczej projekcja własnej racjonalności na partnera i postawa wyższościowa: rozumiemy Rosję lepiej, pozwólcie nam działać. Do tego dochodziły interesy wielkiego biznesu i ambicja, by Niemcy stały się gazowym hubem Europy.

Powrotu nie będzie

Deklaracje Kiriłła Dmitrijewa, wysłannika Putina, o wspólnym otwieraniu Nord Stream ekspert nazywa teatrem i gestem wobec AfD. Realne bariery są trzy. Pierwsza to prawo UE: rozporządzenie przyjęte w styczniu 2026 r. przewiduje wygaszenie importu rosyjskiego gazu, LNG do końca 2026 r., a gazu rurociągowego najpóźniej jesienią 2027 r. Druga to rachunek ubezpieczyciela. – Jaką składkę wyznaczy komuś, kto chce wyłożyć setki milionów dol. na rurę, którą można wysadzić z jachtu, w czasie gdy wojna trwa? – pyta Wyciszkiewicz. Trzecia to wola polityczna obecnego rządu w Berlinie. Prognozę mogłaby wywrócić tylko gwałtowna zmiana na froncie lub zmiana reżimu w Rosji.

Czytaj więcej

AfD chce reaktywować Nord Stream

Sam rosyjski sektor gazowy jest, jak mówi ekspert, „na łopatkach”. Rosja zamieniła kilkunastu dobrze płacących klientów w Europie na jednego, chińskiego, który dyktuje warunki. Według Wyciszkiewicza Gazprom, wyceniany kiedyś na 150–160 mld dol., jest dziś wart ok. 38 mld dol., mniej niż Orlen. Ukraińskie uderzenia w rafinerie nie rozłożą systemu, ale powodują niedobory paliw i wymuszają ograniczenia eksportu. Świadczy o tym podpisany 28 września dekret Putina, który dodatkowo ogranicza ujawnianie danych o rynku paliw i eksporcie surowców.

Przed Ukrainą kolejna trudna zima. – Dwa tygodnie bez ciepła i wody przy minus piętnastu w dużym mieście oznaczają, że trzeba uciekać. Żaden agregat tego nie zmieni – ostrzega ekspert. Wojna jest jego zdaniem bliżej końca niż początku, ale tylko dlatego, że toczy się na wyczerpanie.

Republika zaczyna się od kobiety

Rok 509 p.n.e.: Lukrecja, zhańbiona przez syna króla, wzywa ojca i męża do walki z tyranią i odbiera sobie życie. Wkrótce Rzym nie ma już króla. Łukasz Schreiber, autor książki „Kobiety Republiki Rzymskiej” (Wydawnictwo Prześwity), obejmującej lata 509–80 p.n.e. i aneks z sylwetkami ok. 150 kobiet, ostrzega jednak przed dosłownym czytaniem takich opowieści. Pierwsze rzymskie dzieła historyczne powstały dopiero w czasie II wojny punickiej. – To tak, jakby ktoś bez żadnych archiwów pisał dziś historię Polski od 1600 r., z opowieści arystokratycznych domów – mówi. Lukrecja jest toposem: wzorem cnoty, jakiego oczekiwali mężczyźni.

Inaczej jest z historią Koriolana, który przeszedł na stronę Wolsków i stanął z wojskiem pod Rzymem. Zawiedli żołnierze, przyjaciele, senatorowie i kapłani. Miasto uratowała dopiero delegacja kobiet z matką Weturią i żoną Wolumnią. – Ta opowieść łamie schemat. Nikomu nie zależało na wymyślaniu kobiet skutecznych w sferze publicznej, dlatego sądzę, że ma w sobie najwięcej prawdy – uważa Schreiber.

W pełni historyczny jest już protest z 195 r. p.n.e. Rzymianki dzień po dniu blokowały dojścia do Forum, domagając się uchylenia lex Oppia, ustawy ograniczającej posiadanie złota i noszenie barwnych strojów. Katon Starszy grzmiał, choć nie na kobiety, lecz na ich mężów, że na to pozwolili. Przegrał. Według Schreibera za protestem stał obóz Scypiona Afrykańskiego i jego żona Emilia.

Książka kończy się na Metelli Dalmatyce, żonie princepsa senatu Marka Emiliusza Skaurusa, a potem Sulli. To do niej przychodziły delegacje, by coś u dyktatora wyprosić. – To nie była emancypacja w dzisiejszym sensie ani linearny postęp. Ale skoro źródła pisane wyłącznie przez mężczyzn odnotowują tyle kobiet, ich rola musiała być istotna – podsumowuje autor.

Obie rozmowy łączy jedno: o władzy często więcej niż oficjalne deklaracje mówią sieci zależności, interesy rodzin i opowieści, które wpływowe środowiska chcą o sobie zostawić.