Jest taka ustawa – jak konsekwentnie nazwał ją jeden z lobbystów samorządowych – ustawa o powszechnym ekshibicjonizmie. Na etapie projektu dość skutecznie wybijał jej zęby, ale na ostatniej prostej parlamentarzyści je wstawili. Mowa oczywiście o ustawie regulującej centralny rejestr umów. 1 lipca 2026 r. zaczęła działać. Czy sprawdzą się obawy?
Po co ludziom wiedza o tym, jak wydawane są publiczne pieniądze?
W zasadzie miałabym ochotę odpowiedzieć na pytanie, po co mi wiedza o wydatkach publicznych, że nie muszę się z tego tłumaczyć. Faktycznie, zgodnie z konstytucją (art. 4) ja i inni współtworzący Naród, jesteśmy źródłem władzy. Reprezentantów wybieramy, by działali w naszym imieniu. A do ich kontroli mamy właśnie prawo do wiedzy o tym, co robią (art. 61). Poszłabym nawet dalej – prawo do wiedzy o tym, jak ktoś decyduje o moim życiu łączy się z moją godnością jako człowieka.
Nie odpowiem tak, gdyż już się nauczyłam, że czasem warto tłumaczyć. Zwłaszcza, gdy wokół są jacyś ludzie, którzy wciąż potrzebują argumentów i nie trafiają do nich te najprostsze – bo żyjemy w demokratycznym państwie.
Czytaj więcej:
Działający od 1 lipca Centralny Rejestr Umów zwiększył przejrzystość wydatków publicznych. Jednocześnie ujawnił problemy z jakością danych, aktuali...
Pro
No więc po co ludziom ta wiedza? To już każdy i każda z nas sam lub sama sobie określa. Na przykład mojej szwagierce, gdy dzieci były małe, jawne informacje o wydatkach miasta posłużyły do sprawdzenia, ile kosztuje „zamówienie Mikołaja na imprezę choinkową”. Rodzice robili kosztorys, zamiast poświęcać swój czas na rozpoznanie rynku, sprawdzili sobie to w rejestrze umów m. st. Warszawy – ten bowiem powstał już w 2012 r. I ona wcale nie wiedziała o rejestrze ode mnie. Po prostu zawsze sprawnie szukała informacji w internecie. I znalazła. Dzisiaj robi takie rzeczy za pomocą sztucznej inteligencji. Ale ta przecież też musi być czymś karmiona. Wiarygodne dane z publicznych rejestrów świetnie się do tego nadają.
Pamiętam też historię pewnego śledztwa dziennikarskiego opisanego przez Andrzeja Andrysiaka w książce zatytułowanej „Lokalsi”. Chodziło o wybory burmistrza Radomska. Dziennikarze wydobyli umowę na zatrudnienie pewnego człowieka, którego zauważyli na spotkaniu podczas kampanii wyborczej. Był to nieznajomy, a obserwacja jego zachowania wskazywała na to, że nie jest zwykłym uczestnikiem spotkania. Odkryli, że firmę z nim związaną finansuje miejska spółka. Kolejne kroki dziennikarskiego śledztwa włączały informatorów i tajemniczego agenta. Ale istotnym początkiem całego łańcucha wydarzeń było posiadanie tej pierwszej informacji – że po tym, jak burmistrz został wybrany, zaobserwowana osoba zaczęła otrzymywać wynagrodzenie.
A taki jeden watchdog ze wschodniej Polski odkrył z kolei, że właściciel miejskiej spółki śmieciowej – czyli jego miasto – płaci tej spółce więcej za usługę niż ościenne gminy, dla których świadczona jest ta sama usługa. Rozważał – ale na logikę, dlaczego tak jest? Przecież tam nawet jest dalej, dochodzą koszty benzyny. Był to rozsądny człowiek, nie zaczynał od oskarżeń. Po prostu zaczął się zastanawiać. A od tego już tylko krok do działania, wyjaśniania sytuacji i być może odkrycia, że są takie powody. A być może nie da się tego racjonalnie wytłumaczyć.
Czytaj więcej
Można w Polsce zrobić coś dobrego, korzystając z dozwolonych i relatywnie przejrzystych metod działania. Bo to, że można spotykać się z posłami, je...
Jak włodarze reagują na krytykę
Ja trochę rozumiem lęki urzędników. Sama pamiętam, jak wkurzył mnie inny lokalny dziennikarz, który przeszedł nasze szkolenia watchdogowe. Napisał artykuł o śmieciach. Zestawił sobie dane z opłat za śmieci, odjął otrzymaną z urzędu informację o konkretnych kosztach. No i coś tam zostało. Napisał artykuł sugerujący, że te pieniądze idą na premie dla urzędników. Insynuacja ubrana w szatę „ja tylko zadaję pytania”. No i oczywiście władza zachowała się idiotycznie. Oskarżyła go o zniesławienie. Jemu w to graj. Zaczął krzyczeć, że biją. Otrzymał wsparcie organizacji praw człowieka, gdyż środek był faktycznie nieadekwatny. Wygrał. Pławił się w sukcesie. I po co to było tej władzy? Pozostało wrażenie, że przegrała. A przedmiotem rozważań sądu wszak nie było to, czy napisał prawdę, a to, czy sankcja karna da się zastosować.
I takich nieadekwatnych środków jest więcej. Szykuję się na felieton w tej sprawie, gdyż niektórym władzom się w międzyczasie w głowach poprzewracało i wszystko próbują załatwić siłą. Może innych metod nie znają. Ale mam radę - pokazać dokumenty, faktury, źródłowe informacje. Owszem, część ludzi da się podkręcić manipulacyjnymi interpretacjami, ale pozwy czy próby zmiany konstytucyjnych praw nie skończą się dla władzy dobrze.
Jako że te dobre rady to wołanie na puszczy, cieszę się, że sprawę załatwił ustawodawca i wprowadził Centralny Rejestr Umów. Teraz każdy sobie może zobaczyć, jak jego władza wydaje pieniądze. Może porównywać z innymi. I można o tym dyskutować. Wyrabiać sobie zdanie.
No chyba że faktycznie chodzi o to, że niektóre umowy nie wyglądają najlepiej. Wtedy lęk jest jak najbardziej uzasadniony. Ale rejestr umów jest tylko szybszym dostępem do treści, które i tak można otrzymać na wniosek o informację. Władza, która ma coś do ukrycia może przedłużać swoją nierozliczalność, ale w końcu sprawa wyjdzie na jaw.
Umowy spółek miejskich i państwowych poza rejestrem. „Pozasłaniane wstydliwe części ciała”
Rejestr wszedł w życie od 1 lipca 2026 r. Niestety, od razu zepsuję dobry nastrój. Dziennikarze śledczy czy watchdogi wciąż będą walczyć o informację ze spółek miejskich czy państwowych. One rejestrem nie są objęte. Tego by już nasza władza nie zniosła. Żeby aż taki ekshibicjonizm?
Sygnalizowanym przez lokalnych aktywistów i Sieć Obywatelską Watchdog Polska problemem jest możliwa niekompletność rejestrów. Znikają pojedyncze umowy i nie bardzo wiadomo, dlaczego tak się dzieje. W czasie prac postulowaliśmy, by umowa nie mogła wejść w życie bez wprowadzenia do rejestru. Tak jest w Czechach. Uprzejmie nas zignorowano.
Mimo wielkich wysiłków popularyzatorskich – zarówno po stronie administracji, jak i organizacji społecznych, wiedza o rejestrze nie jest powszechna. Ba, nawet bliskie kręgi organizacji zajmujących się praworządnością nie wiedzą, że coś takiego istnieje. Ale może to nie problem? Będzie potrzeba, to każdy sobie tę informację znajdzie.
Czytaj więcej
CRU pokaże wartość umowy z chwili jej zawarcia, ale nie zawsze rzeczywiste wydatki jednostki. W praktyce w rejestrze może widnieć 50 tys. zł, choć...
Centralny rejestr umów. Są techniczne problemy z agregacją danych
Doprowadzenie do tego, żeby takie narzędzie powstało trwało 14 lat. Znacząco zwiększyło ten znienawidzony przez lobbystów samorządowych ekshibicjonizm. Owszem, udało się co nieco pozakrywać – na przykład w toku prac legislacyjnych wypadły z rejestru umowy o pracę. Szkoda, ale jako weteranka argumentowania dlaczego jawność płac jest dobra, wiem, że nasza kultura tego nie dopuszcza. Może przyszłe pokolenia zmienią myślenie.
Przepisy są niekonsekwentne – wielu informacji zabraknie, gdyż stworzono masę wyjątków. Część informacji jest w innych rejestrach. Są techniczne problemy z agregacją danych. Ale to wszystko drobiazgi.
Warto było walczyć przez 14 lat. Minęło półtora miesiąca i wiemy, jak wydano 21 miliardów złotych. Popatrzyłam na dane z tych osławionych małych gmin, które miał wykończyć nadmiar pracy. Gmina Gródek – 18 umów, Gmina Mieroszów – 21 umów, wiejska Gmina Ełk – 16 umów. Myślę, że sytuacja jest opanowana bez zatrudniania dodatkowej osoby na etat.
Niech ten rejestr trochę się osadzi, przyzwyczaimy się. I wrócimy do rozmowy o tym, jak ma lepiej funkcjonować, jakie informacje i kogo jeszcze powinien objąć.
Autorka jest dyrektorką zarządzającą Fundacji dla Polski i członkinią zwyczajną Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska