Prawo łaski budzi sprzeczne emocje. Z jednej strony jest instytucją zakorzenioną w historii i obecną w wielu systemach prawnych. Z drugiej – trudno nie zadać pytania, czy w państwie prawa jedna osoba powinna mieć możliwość ingerowania w skutki orzeczenia wydanego przez niezawisły sąd.

W Polsce odpowiedź na to pytanie daje konstytucja. Art. 139 stanowi, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej stosuje prawo łaski. Ustawa zasadnicza wyłącza z tego uprawnienia jedynie osoby skazane przez Trybunał Stanu. Prawo łaski jest przy tym prerogatywą prezydencką, a więc nie wymaga kontrasygnaty premiera.

Za każdym razem, gdy głowa państwa skorzysta ze swoich uprawnień, zaczyna się debata na temat zasadności samej instytucji. Temperatura dyskusji jest często zależna od osoby akurat ułaskawionej.

Prezydenckie prawo łaski. „Za” i „przeciw”

Spójrzmy jednak na wszystkie „za” i „przeciw” na chłodno. I tak, można spojrzeć na prawo łaski jak na relikt dawnych czasów. Kiedyś władca był nie tylko źródłem prawa, ale również najwyższym sędzią. Skoro mógł skazać, miał też możliwość darować karę. Dzisiaj mamy jednak trójpodział władzy, niezależne sądy, procedury odwoławcze i cały system gwarancji procesowych. Wyrok nie jest decyzją jednego człowieka, lecz rezultatem postępowania. Po co więc jeszcze prezydenckie prawo łaski? Odpowiedź jego zwolenników jest stosunkowo prosta: właśnie dlatego, że prawo nigdy nie jest w stanie przewidzieć wszystkich okoliczności. Sąd stosuje przepisy. Orzeka na podstawie materiału dowodowego. Musi respektować procedurę i mieścić się w granicach prawa. Ale życie bywa bardziej skomplikowane. Może pojawić się wyjątkowa sytuacja, której ustawodawca nie przewidział albo której konsekwencje okazują się rażąco niesprawiedliwe. Wtedy prawo łaski może być czymś w rodzaju bezpiecznika.

Czytaj więcej

„Wara od prerogatyw prezydenta”. Rzecznik Nawrockiego o ułaskawieniu „Starucha”

Z drugiej strony, jeżeli przyjmujemy, że sądy są niezależne, a wyroki zapadają po przeprowadzeniu postępowania, to do każdej ingerencji polityka w skutki prawomocnego orzeczenia należy podchodzić niezwykle ostrożnie. Jeżeli mam być szczera, trafiają do mnie argumenty obydwu stron. Niemniej bliżej mi do stwierdzenia, że każdy system oparty na sztywnych normach potrzebuje czasem mechanizmu pozwalającego uwzględnić złożoność danego przypadku. Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, że „prezydent nie musi się tłumaczyć z tego, dlaczego stosuje prawo łaski”. Wprost przeciwnie. Warto, żeby wyjaśnił. Chodzi o to, żeby obywatel wiedział, dlaczego głowa państwa zdecydowała się ingerować w skutki prawomocnego wyroku. To pozwala zachować prerogatywę, a jednocześnie wzmacnia odpowiedzialność za jej użycie.

Zapraszam do lektury Tygodnika Prawników.