Wywołana deklaracjami prezydenta Karola Nawrockiego debata konstytucyjna jest ważna nie dlatego, że prezydent może doprowadzić do zmiany konstytucji. W warunkach, gdy zaniechał budowania konsensusu w sprawach strategicznych dla państwa, jest to poza zakresem jego możliwości. Właściwie żadna z sił politycznych nie jest i nie będzie długo zdolna do samodzielnej rewizji konstytucji. Warto w tej sprawie jednak zabierać głos ze względu na znaczenie konstytucji dla jakości państwa i wysokiego standardu ochrony praw jednostki.

Reklama
Reklama

Konstytucja nie jest rzeczywistością pierwotną wobec państwa. Jak pisała Edith Stein w świetnej i czekającej na polskie wydanie książce o państwie („Eine Untersuchung über den Staat”), nie powstaje ono z aktów prawnych, lecz jest społeczną i historyczną rzeczywistością. Ale konstytucja i szerzej prawo obok innych czynników kształtują treść państwa i mają wpływ na jego funkcjonowanie. Zasadne zatem jest pytanie o to, w jakim zakresie zmiana konstytucji byłaby pożądana, gdyby zaistniał moment konstytucyjny i okno dla zmian zostało szeroko otwarte. Problem warto rozważyć z punktu widzenia dobra wspólnego, a zatem strategicznych interesów państwa i tworzenia dobrych warunków dla rozwoju jednostki i wspólnoty.

Polska konstytucja łączy: nie jest ani tradycjonalistyczna, ani progresywna

Po pierwsze, nie ma powodu do zmiany tych zasad, które stanowią o tożsamości państwa i mają wpływ na interpretację praw jednostki, praw rodziny i praw wspólnot. Dziś widać to jaskrawiej niż wcześniej, że Rzeczpospolita po odzyskaniu niepodległości w 1989 r. ukształtowała się jako republika otwarta na kulturę chrześcijańską, jako dobry dom dla wierzących i niewierzących. Amerykański prawnik prof. Joseph Weiler rekomendował preambułę do polskiej konstytucji jako tolerancyjny (nieimperialny) wzorzec do uniwersalnego zastosowania, pozwalający na szeroką ochronę wolności religijnej i szacunek dla niewierzących. Konstytucja potwierdziła przyjazny rozdział Kościoła i państwa, dała jednocześnie silną ochronę praw osoby ludzkiej (wraz z ochroną prawa do życia), praw wspólnot lokalnych i rodziny. Można powiedzieć, że nasza ustawa zasadnicza i wiele orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego z pierwszej dekady niepodległości ukształtowały konstytucjonalizm dobra wspólnego, zanim ta doktryna została sformułowana w USA. Roztacza opiekę nad jednostką, rodziną, wspólnotami lokalnymi. Konstytucja nie jest ani tradycjonalistyczna, ani progresywna. Jeśli dominujący nurt na prawicy, który nie szanuje dokonań lat 90., chce forsować zmiany w „ideowej” warstwie konstytucji, to musi brać pod uwagę, że reakcja progresywna zniszczy model republiki ukształtowany pod wpływem solidarnościowej rewolucji. – pisze prawnik i senator Kazimierz M. Ujazdowski.

Po drugie, z wielką ostrożnością należy podchodzić do zmiany architektury państwa. Z pewnością konstytucja obciążona jest istotną wadą. Koncentruje władzę w rękach rządu dysponującego większością parlamentarną i zarazem utrzymuje względnie silną prezydenturę. Podstawowa wada polega na tym, że prezydent zamiast ograniczonego pozytywnego instrumentarium otrzymał instrument destrukcyjny – weto, które pozwala przeszkadzać w rządzeniu bez ponoszenia odpowiedzialności. Przezwyciężenie tej wady nie jest łatwe, jeśli chce się utrzymać wybór prezydenta w wyborach powszechnych, a to jest dziś czynnik trwały, ponieważ utrwalone zostało prawo polityczne obywateli do wyboru prezydenta.

Systemu prezydenckiego rodem z USA w Polsce nie będzie. A systemu z Francji?

Z pewnością pozytywnym rozwiązaniem nie byłoby wdrożenie amerykańskiej wersji ustroju prezydenckiego, która – jak się wydaje – zachwyca prezydenta Nawrockiego i jego współpracowników. System prezydencki w wersji amerykańskiej jest nie do zastosowania w państwie unitarnym. W państwach federalnych władza i prawodawstwo są rozdzielone między poziomem centralnym a jednostkami składowymi państwa. W państwie unitarnym cały aparat państwowy znalazłby się w rękach jednostki, a zatem kontrola nad ogromnym imperium władzy istniałaby tylko w momencie wyborów. Ryzyko tej wersji ustroju polega także na zablokowaniu państwa, ponieważ model ustrojowy USA oznacza, że władza ustawodawcza jest całkowicie rozdzielona od egzekutywy. A w dobie współczesnej – jak pisał francuski konstytucjonalista René Capitant – „rządzenie to stanowienie prawa”. Skuteczne sprawowanie rządów nie jest możliwe bez stabilnej większości parlamentarnej. W historii politycznej USA po II wojnie światowej aż przez 45 lat funkcjonowały rozbieżności między prezydentem a większością parlamentarną; okres występowania zbieżnych większości to 36 lat. Doświadczenia, które może wytrzymać państwo federalne, nie udźwignie państwo unitarne.

Czytaj więcej

Tomasz Terlikowski: Konstytucja w klinczu. Może to dobrze?

W polskich warunkach możliwa do zastosowania byłaby francuska wersja prezydentury. Zakłada ona, że prezydent albo dysponuje większością i rządzi „poprzez” premiera i rząd, albo respektuje alternatywną większość i uznaje niezależność premiera. Prezydent Francji nie dysponuje wetem; twórcy V Republiki zadbali o usunięcie okazji do walki wewnątrz egzekutywy. W każdym wariancie zastosowania konstytucji V Republiki to prezydent prowadzi politykę zagraniczną i szerzej politykę bezpieczeństwa, co daje ciągłość polityce państwa w dziedzinach kluczowych dla suwerenności. Jak wiemy, jest samodzielnym dysponentem broni nuklearnej. Jednak przyjęcie tego modelu wymaga wzrostu kultury państwowej. Partie polityczne muszą zgodzić się na to, że prezydent prowadzi jak „monarcha” politykę bezpieczeństwa, a do tego reforma konstytucji musiałaby usunąć weto prezydenta i wszelkie instrumenty negatywne dające „władzę bez odpowiedzialności”.

Projekt nowelizacji konstytucji 

Po trzecie, zasadne, a nawet bardzo pożądane byłyby zmiany odnoszące się do poszczególnych instytucji. Wypada zacząć od tego, co najważniejsze: od wykorzystania w przyszłości momentu konstytucyjnego do odbudowy niezależności TK. Bez tej próby Polska będzie pozbawiona sądu konstytucyjnego najpewniej aż do 2030 r. Zgodnie z daną obietnicą opracowałem projekt nowelizacji konstytucji, która redukuje ryzyko opanowania instytucji przez jedną z sił politycznych. TK, po skróceniu kadencji obecnych członków, budowany byłby na nowo z udziałem prezydenta, Sejmu i Senatu. Każda z tych instytucji miałaby prawo obsady pięciu członków sądu konstytucyjnego. Reguły konstytucyjne nie tworzą rozwiązań idealnych, ale „pluralistyczny” wybór jest lepszy niż zastosowanie kwalifikowanej większości w Sejmie. Bo w Sejmie „wysokiego konfliktu”, bez kultury kooperacji ponad podziałami, takiej jak w Niemczech, wybór członków TK byłby niemożliwy.

Potrzeba także nadania nowej formuły instytucjom demokracji bezpośredniej, które powinny być realnym, a nie fikcyjnym uzupełnieniem demokracji przedstawicielskiej. Przyjęliśmy plebiscytarne referendum z inicjatywy prezydenta, które tylko z pozoru przekazuje decyzję w ręce obywateli. Z kolei procedura inicjowania referendum przez obywateli jest bardzo utrudniona. W obu przypadkach referendum nie ma charakteru ustawodawczego, jego werdykt wyznacza zobowiązanie dla ustawodawców. Warto pomyśleć o przedmiotowo określonym referendum decyzyjnym, w którym werdykt obywateli oznaczać będzie tworzenie bądź uchylenie prawa.

Czytaj więcej

Nowy projekt odbudowy TK. Senator Ujazdowski liczy na „moment konstytucyjny”

I wreszcie, w okresie, gdy potrzeba szczególnej konsolidacji wspólnoty państwowej, reforma konstytucyjna powinna zmodernizować polski parlament, wyposażyć go w większe uprawnienia kontrolne i, co ważniejsze, ustanowić mechanizmy kooperacji między rządem a opozycją w polityce bezpieczeństwa i w polityce europejskiej. Konstytucja dobra wspólnego powinna sprzyjać ciągłości polityki państwowej w domenach kluczowych dla suwerenności Polski.

Autor

Kazimierz M. Ujazdowski

Autor jest senatorem, profesorem Uniwersytetu Łódzkiego. Kieruje Europejskim Centrum Badań Ustrojowych na tej uczelni