O ile szczyt Donald Trump – Xi Jinping w Pekinie
nie przyniósł przełomu, ani w sprawie konfrontacji dwóch światowych potęg, ani
w sprawie „wielkiego dealu” między przywódcami, którego bał się świat, jest
jasne, że z perspektywy Ameryki na dłuższą metę liczy się biznes, a dla Chin
Tajwan. To, co do niedawna było pewne, czyli amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa
dla Tajwanu, dziś stanowi już tylko „czerwoną
linię” w oczach chińskiego lidera. To jasne przesunięcie akcentów. Trump unika odpowiedzi
w sprawie obrony wyspy, podczas gdy jego poprzednik, „śpiący Joe” był w tej
sprawie jednoznaczny. Zapewniał o strategicznej ochronie i niekwestionowanej współpracy.
Dziś Trump mówi z rezerwą, że USA nie mają interesu, by się angażować w wojnę na wyspie odległej o 9,5 tys. kilometrów
i pozostawia bez odpowiedzi pytanie, czy Amerykanie zrealizują wart 11 mld dolarów kontrakt
na uzbrojenie dla Tajwanu, który – nota bene – został już zatwierdzony przez
Kongres. Jak to rozumieć?