O ile szczyt Donald Trump – Xi Jinping w Pekinie nie przyniósł przełomu, ani w sprawie konfrontacji dwóch światowych potęg, ani w sprawie „wielkiego dealu” między przywódcami, którego bał się świat, jest jasne, że z perspektywy Ameryki na dłuższą metę liczy się biznes, a dla Chin Tajwan. To, co do niedawna było pewne, czyli amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa dla Tajwanu, dziś stanowi już tylko „czerwoną linię” w oczach chińskiego lidera. To jasne przesunięcie akcentów. Trump unika odpowiedzi w sprawie obrony wyspy, podczas gdy jego poprzednik, „śpiący Joe” był w tej sprawie jednoznaczny. Zapewniał o strategicznej ochronie i niekwestionowanej współpracy. Dziś Trump mówi z rezerwą, że USA nie mają interesu, by się angażować w wojnę na wyspie odległej o 9,5 tys. kilometrów i pozostawia bez odpowiedzi pytanie, czy Amerykanie zrealizują wart 11 mld dolarów kontrakt na uzbrojenie dla Tajwanu, który – nota bene – został już zatwierdzony przez Kongres. Jak to rozumieć?
Czego boją się Tajwańczycy?
W Tajpej rozumie się to w sposób jednoznaczny: Trump, unikając odpowiedzi wprost, przestał być wiarygodnym partnerem. Choć nie ogłosił bezpośrednio niczego dla wyspy groźnego, wprawił miliony Tajwańczyków w stan niepewności. Dziś inicjatywę w kwestii wyspy ma Xi, który przypomina „pułapkę Tukidydesa”, zapewniając, że mocarstwa nie są skazane na wojnę, chyba, że… pojawi się kwestia Tajwanu. Z perspektywy wyspy to poważne ostrzeżenie, zwłaszcza w kontekście podnoszonego przez aktualnie rządzące siły polityczne postulatu ogłoszenia niepodległości. Dziś taka deklaracja byłaby już dla Pekinu zapewne „casus belli”. Czy to wesprze politycznie pozostający w opozycji Kuomintang? Bo ta partia – dziedzice Czang Kaj-szeka – dystansuje się do perspektywy niepodległości. Mimo że to oni, uciekając z kontynentalnych Chin przed komunistami, faktycznie doprowadzili do politycznego status quo – jak chce Pekin – Tajwanu jako „zbuntowanej prowincji”, dziś stoją na stanowisku ciągłości jednych Chin i flirtują z Pekinem.
Co ciekawe, niektórzy eksperci (prof. Bogdan Góralczyk) uznają, że do wyborów prezydenckich na Tajwanie (styczeń 2028) można zakładać spokój w sprawie wyspy, bo gdyby wybory wygrał kandydat Kuomintangu, perspektywa pokojowej ścieżki zjednoczenia z Chinami byłaby bardziej prawdopodobna, niż dziś. A właśnie tego chce przewodniczący Xi, który wolałby uniknąć militarnej konfrontacji. Po pierwsze dlatego, że Tajwan jest uzbrojony po zęby i zapewne skutecznie by się bronił. Po wtóre, taka operacja naraziłaby na szwank wizerunek odradzających się do dominacji Chin (Chińczycy nie chcą być postrzegani tak, jak bandyta Putin). A po trzecie, bo Pekinowi zależy nie tyle na samej wyspie, co na jej zasobach technologicznych. I tu dotykamy kwestii półprzewodników.
Czytaj więcej
Donalda Trump w Pekinie przed Wielką Halą Ludową witał prezydent Chin Xi Jinping. W czasie ceremonii powitania odegrano amerykański i chiński hymn,...
Tajwański atut – półprzewodniki
Tajwan, głównie dzięki firmie TSMC, jest niemal monopolistą w dziedzinie produkcji najnowszej generacji procesorów. Współpracuje (w modelu czystej odlewni „foundry”) głównie z Ameryką, obsługując takie korporacje jak NVIDIA, AMD, czy Apple. To właśnie TSMC daje strategiczną przewagę Zachodowi w domenie technologii cyfrowych. I to jest ością w oku Pekinu. Przejęcie Tajwanu przez ChRL, takie, czy inne „zjednoczenie” dające chińskim firmom dostęp do najnowszych generacji procesorów TSMC oznaczałoby przejęcie przez Pekin dominacji strategicznej. Wie to Xi i równie dobrze rozumie to Trump. Dlatego powtarza, że Tajwan „ukradł Stanom Zjednoczonym branżę półprzewodników” i domaga się przeniesienia tego biznesu do USA.
Dokąd niezbędne dla Ameryki zasoby technologiczne Tajwanu pozostają na wyspie, jest ona dla Stanów i całego Zachodu niezbędna.
Co prawda tajwańskie firmy (także TSMC) zadeklarowały już (styczeń 2026) warte 250 mld dolarów inwestycje w Stanach, ale odrzuciły tzw. postulat relokacji 50/50, czyli propozycję przeniesienia 50 proc. mocy produkcyjnych do USA, argumentując to zbyt wysokimi kosztami i złożonością lokalnego ekosystemu. Paradoksalnie ta ostatnia decyzja podnosi poziom bezpieczeństwa wyspy. Dopóki niezbędne dla Ameryki zasoby technologiczne Tajwanu pozostają na wyspie, jest ona dla Stanów i całego Zachodu niezbędna. Ale – patrząc na to z drugiej strony – zachęty Trumpa, by „ewakuować” technologię do USA oznaczają, że strategicznie, czy intencjonalnie prezydent USA oddał już Tajwan Chińczykom. Wiedzą to już w Pekinie, rozumie to Tokio i Waszyngton; więc emocja nie jest pozytywna. Tajwańczycy przestali ufać Amerykanom (badania pokazują, że to już 60 proc. społeczeństwa wyspy) i jedyne, na co mogą liczyć to zmiana administracji i poglądów następcy Donalda Trumpa. Szczęśliwie temu ostatniemu zostało w Białym Domu jeszcze tylko dwa i pół roku.