Po pierwsze starcie w Sejmie pokazało, że lęk, zapewne przez niektórych pobudzany, udzielił się też politykom strony rządowej, którzy powinni zachować zimną krew.
Minister Mariusz Błaszczak mógł oceniać w radio, że opozycja podkręca nastroje, a nawet że chodzi jej o przejęcie władzy, ale nie miał podstaw do oceny, że wydarzenia w nocy z piątku na sobotę to „nocna zmiana 2". Kto jak kto, ale szef resoru spraw wewnętrznych powinien mieć pełniejsze informacje i nie przyłączać się do histerii i banialuk o jakiejś rewolucji.
W samym Sejmie przesadziły obie strony. Opozycja blokowaniem sali plenarnej, ale jeśli wziąć pod uwagę, że była to skrajna w formie, jednak demonstracja, ocena wypada łagodniej. Można było dłużej szukać porozumienia, tym bardziej że ani budżetowi czy ustawie dezubekizacyjnej nic nie groziło i nie grozi, bo PiS ma większość w Sejmie.
Zachowanie posła Michała Szczerby, nieco teatralne, mogło zmylić marszałka Marka Kuchcińskiego, ale od zatwierdzających wykluczenie posła z obrad kolegialne ciała Sejmu zdominowane przez PiS, można było oczekiwać dystansu i namysłu, co być może by spór rozładowało.
Najwyraźniej jednak nerwy puszczały, a ponieważ w piątek wieczorem rodacy wracali przed telewizory, mieliśmy spektakl na całą Polskę. PiS powinien przemyśleć sens późnych posiedzeń, kiedy posłowie są zresztą zmęczeni.
Samo awaryjne głosowanie miało dobre i gorsze strony. Dobrą, że większość sejmowa ominęła blokowanie obrad, złą, że nie musiała obradować pośpieszne na mniejszej sali i mogła szerzej obrady transmitować.
Cała ta sejmowa zawierucha pokazuje, jak bardzo potrzebne są tam media. Władza o czystych intencjach nie musi obawiać się prasy, przeciwnie, relacje prasowe demaskują nieuczciwe zagrywki.
I rzecz ostatnia: politycy przeciwnych opcji powinni ze sobą rozmawiać. Nawet jeśli rozmowa nie daje zaraz efektów, to ogranicza pole podejrzeń i uprzedzeń, i coś jednak wyjaśnia. Mówię o osobistej rozmowie najważniejszych graczy, a więc i Jarosława Kaczyńskiego.