Raczej trudno uwierzyć, że portugalski czy cypryjski sędzia będzie z zapartym tchem śledził na co dzień spór o sądy w Polsce. Nas też niewiele obchodzą spory toczone choćby na wyspie Afrodyty. Ta decyzja ENCJ jest jednak czymś więcej niż ulotne oświadczenia czy komentarze Fransa Timmermansa, o których po kilku dniach pamięta niewielu, a dodatkowo obarczone są zarzutem politycznych motywacji. Zostajemy wyproszeni z sędziowskiego klubu przez samych sędziów pod zarzutem utraty niezależności Temidy od władzy wykonawczej. I to po prawie jednomyślnej decyzji.

Czytaj także: KRS chce wyjść z Sieci

Tak się składa, że poniedziałkowy werdykt ENCJ zapadł tuż przed decyzją Komisji Europejskiej, która ma w czwartek ostatecznie ustalić, czy kieruje skargę przeciwko Polsce do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. I nie ulega wątpliwości, że dla zwolenników takiego posunięcia w Brukseli wykluczenie KRS może być koronnym argumentem, że nad Wisłą dzieje się źle.

Powinno to być dla nas sygnałem alarmowym. Jeżeli jedyną reakcją na to wszystko jest wniosek jednego z członków KRS o wystąpienie z Europejskiej Sieci, który został przyjęty i ma być głosowany w piątek, to znaczy, że ten sygnał nie został odebrany.

Jeżeli wziąć pod uwagę znaczenie KRS, taka reakcja po prostu nie przystoi. Wydaje się też przesadna i histeryczna. Oczywiście można snuć opowieści, że jeżeli nas nie chcą, to po co się pchać, a skoro w klubie tym nie ma też Niemców, Szwajcarów czy Skandynawów, to nic się wielkiego nie stanie. Tyle że takie emocjonalne gesty, obrażanie się są do przyjęcia w prywatnych relacjach. KRS występuje zaś w imieniu nie tylko wszystkich sędziów, którzy mogą mieć w tej sprawie inne zdanie – reprezentuje także nasz kraj. Potrzeba tu dyplomacji, spokoju, a przede wszystkim dialogu, przekonywania do swoich racji. Nie nerwowych reakcji w stylu „rezygnujemy, i co nam teraz zrobicie".

Można mieć tylko nadzieję, że do piątku uda się Radzie ochłonąć i wniosek przepadnie w głosowaniu.