Rz: Ministerstwo Sprawiedliwości chce, by drobnymi wykroczeniami zajmowały się tzw. sądy pokoju składające się z samych ławników. Sędziowie pokoju byli już choćby w II RP. Wybierała ich na pięcioletnią kadencję lokalna społeczność i nie musieli mieć nawet prawniczego wykształcenia.

Prof. Brunon Hołyst: Na pewno muszą to być ludzie inteligentni, znający otaczający nas świat, choć o tym niekoniecznie przesądza wykształcenie. Jednak decydującym kryterium przy wyborze na sędziego pokoju powinna być umiejętność odróżnienia dobra od zła. Lokalna społeczność najlepiej się orientuje, kto jest człowiekiem porządnym, a kto jest chuliganem. Albo chociaż kto nie daje pewności, że będzie należycie obiektywny. Dobrze, gdy społeczność sama zajmuje się swoimi sprawami.

To może Ministerstwo Sprawiedliwości rzeczywiście powinno pójść krok dalej i zamiast na ławników z prawniczym wykształceniem powinno postawić na demokratycznie wybierane autorytety?

Nasz wymiar sprawiedliwości jest na tyle chory, patologiczny, że każde działanie zmierzające do odciążenia sądów z najdrobniejszych spraw należy przywitać entuzjastycznie. Dziś nawet sprawy ewidentne potrafią wlec się latami. Tak być nie powinno. Ciekawy przykład dał w tym tygodniu jeden z sądów, który w tydzień skazał nożownika spod Poznania na 25 lat więzienia. Czyli okazuje się, że można dość szybko dać prawną ocenę przestępstwa i ukarać sprawcę.

Sędziowie pokoju zajmowaliby się jednak sprawami dużo bardziej błahymi...

...Które w większości bardzo łatwo jest ocenić. W takich błahych i prostych sprawach sędziowie pokoju nie potrzebowaliby nawet prawniczego wykształcenia. Choć może warto, by radą służył im jakiś fachowiec, np. prawdziwy sędzia, który wprowadziłby ich w konkretne przepisy prawne, przede wszystkim dotyczące rozpiętości sankcji karnych. Sądy są dziś przeładowane sprawami o różnym ciężarze gatunkowym. Warto by zatem odtworzyć instytucję sądu pokoju.

—rozmawiał Michał Płociński