Poranek 30 kwietnia w jednej z komercyjnych stacji telewizyjnych. Dwóch dobrze ubranych i uczesanych adwokatów, starających się uchodzić za medialnie rozpoznawalnych, podejmuje się prawnej oceny projektu nowelizacji ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, który przygotował PiS. Projekt wpłynął do Sejmu poprzedniego dnia, a jego szczegóły nie były wcześniej znane.

Ocena prawników jest surowa. Jeden z adwokatów tłumaczy, że projekt jest nie do przyjęcia, gdyż w kilku miejscach narusza konstytucję. Dlaczego? Uzasadnienie jest karkołomne i mało zrozumiałe. Powstaje nieodparte wrażenie, że mecenas projektu nie czytał w ogóle albo czytał pobieżnie. Jakby zaskoczony zaproszeniem do stacji w sobotni poranek, na siłę szukał krytycznych argumentów. Ogólny przekaz jego wypowiedzi jest jednak klarowny: projekt firmowany przez PiS jako kompromisowy jest pełen pułapek i podstępów.

Postawa, jaką prezentuje ów adwokat, jest charakterystyczna dla sporej części środowiska prawniczego. Prowokuje zatem pytania, czy naprawdę o zakończenie kryzysu konstytucyjnego tu chodzi.

Sąd Najwyższy idzie na wojnę

Takie pytanie wywołują też uchwały Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego podjęte pod koniec kwietnia.

Sąd Najwyższy wezwał sędziów do respektowania wyroków Trybunału Konstytucyjnego, nawet jeżeli nie zostały one opublikowane. Rzecznik SN Dariusz Święcki wyjaśnił na konferencji prasowej, że uchwała „jest wskazówką dla sądów powszechnych i wojskowych". – Przy wykładni prawa, jeśli sąd ma wyrok TK, w którym on stwierdza, że przepis jest niekonstytucyjny, musi się kierować tym faktem. Tego przepisu nie chroni domniemanie konstytucyjności – uzasadniał rzecznik.

Jednak uchwała SN zastanawia z dwóch powodów: wydana jest z powołaniem się na dość niewyraźną podstawę prawną (art. 16 ust. 1 pkt 6 ustawy o SN). Zgodnie z brzmieniem tego przepisu do kompetencji Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego należy: podejmowanie uchwał w innych ważnych sprawach dotyczących Sądu Najwyższego. Czy takie wezwanie skierowane do sędziów sądów powszechnych i wojskowych nie jest aby próbą narzucenia im prawniczego sposobu rozumienia sporu o TK i uzurpowaniem sobie przez SN kompetencji, których nie posiada?

Dziwić może też czas wydania uchwały, zaledwie kilka dni przed upublicznieniem przez PiS „kompromisowego" projektu. Pytanie więc, dlaczego teraz, dlaczego nie powstrzymano się z uchwałami, skoro wiedziano o pracach nad rozwiązaniami kompromisowymi. Czy nie należy tego odczytywać jako swoistego ruchu wyprzedzającego?

W odróżnieniu od SN, NSA zwlekał z zajęciem zdecydowanego stanowiska. Ostatecznie przyjął je w znacznie złagodzonej formie, najwyraźniej pod presją środowiska.

Te ruchy trudno określić jako zachęcające do kompromisu w sprawie TK. To raczej akt przystąpienia do ustrojowej wojny przez najważniejsze instytucje sądownicze. W sporze o Trybunał jednoznacznie wzmacniają one antypisowską linię frontu.

Uchwały te niczego w tym sporze bowiem nie zmieniają, a jedynie mocno pozycjonują obie instytucje.

To błąd, bo skoro wszyscy twierdzą, że zależy im na uspokojeniu atmosfery wokół TK i na zakończeniu kryzysu konstytucyjnego, być może lepiej byłoby, gdyby SN i NSA przyglądały się sprawie z boku, tworząc przyjazne środowisko, w którym spór byłby wygaszany, a kompromis i prawne rozwiązanie odnajdywane.

Oczywiście nie należy grzeszyć naiwnością i sądzić, że PiS przejrzał na oczy i chce po prostu zakończyć kryzys. „Kompromisowy" projekt jest próbą ucieczki do przodu partii rządzącej, która uwikłana w długotrwały konflikt, zaczęła coraz bardziej tracić zarówno na krajowym, jak i zagranicznym podwórku. Ostatnia wielotysięczna manifestacja w Warszawie pod szyldem KOD wyraźnie pokazała, że konflikt wokół TK może przyczynić się do narodzin silnej, mniej spolaryzowanej opozycji, groźnej dla partii władzy.

PiS coraz bardziej zaczyna też zdawać sobie sprawę, że ta wojna może mu przynieść znacznie więcej strat, niż pierwotnie zakładano, zwłaszcza jeżeli będzie długotrwała. W partii nie mają już chyba wątpliwości, że strategia walca, który miał rozjechać Trybunał, zawiodła. Droga do TK okazała się pełna pułapek i zasieków trudnych do sforsowania.

Platforma kompromisu

Sam projekt PiS ma wiele mankamentów. W samym jednak zamyśle, przy odrobinie dobrej woli wszystkich stron, może stać się platformą do budowania dróg wyjścia z kryzysu konstytucyjnego. Dlaczego więc z tej szansy nie skorzystać?

W konflikcie wokół TK można zdefiniować trzy ogniska zapalne. Nieprzyjęcie przez prezydenta ślubowania od trzech sędziów wybranych przez poprzedni Sejm, próba sparaliżowania pracy TK poprzez zmianę zasad procedowania przez sędziów i powiększenie składu oraz nieopublikowanie w Dzienniku Ustaw wyroku kwestionującego ustawę naprawczą.

Projekt z łatwością może zlikwidować dwa z trzech ognisk zapalnych. Zmniejszenie pełnego składu TK do 11 sędziów i rygorów dotyczących kolejności orzekania (co blokowało pracę TK i co zarzuciła nam Komisja Wenecka) może oddalić groźbę paraliżu sądu konstytucyjnego.

Po uchwalenia tego projektu bezprzedmiotowy stałby się również zarzut nieopublikowania wyroku TK dotyczącego tzw. ustawy naprawczej, gdyż nowa ustawa prowadzi do jej wygaszenia. Podnoszenie tego argumentu traci zatem na znaczeniu. I dalszy spór czyni jałowym.

Słabością projektu jest to, że tworzy nowe ogniska zapalne, m.in. w postaci przepisu, który daje wpływ na wielkość składów orzeczniczych prezydentowi i prokuratorowi generalnemu. Czy tego rodzaju „prowokujące" rozwiązania są tylko zagrywkami taktycznymi, znanymi w procesie legislacyjnym, kiedy to autor wprowadza kontrowersyjne rozwiązania, aby w drodze sporów i negocjacji z nich zrezygnować, „ugrywając" akceptację dla innych rozwiązań w innym miejscu?

Dla opozycji trudne do zaakceptowania są sprytne posunięcia, które mogą odblokować pracę trzech sędziów wybranych przez PiS. Prezes TK Andrzej Rzepliński blokował ich skutecznie, choć bez wyraźnej podstawy prawnej. Gdyby teraz Sejm zmienił przepisy, prezes byłby zmuszony do wyznaczenia im pracy.

Nierozwiązana w projekcie (bo w tym miejscu niemożliwa do rozwiązania) jest kwestia statusu trzech sędziów TK powołanych przez Sejm w poprzedniej kadencji, od których prezydent nie przyjął ślubowania.

Na rękę opozycji

Zapewne PiS-owski projekt w sprawie TK zostanie uwikłany w kolejne spory, a konfliktu przez złożoność prawną i polityczną nie uda się szybko zakończyć. Wszystko wskazuje bowiem na to, że będzie się on ciągnął co najmniej do końca tej kadencji Sejmu. I będzie miał negatywny wpływ na poparcie dla PiS, co z kolei wymusi bardziej energiczne działania polityczne w kierunku zmiany konstytucji. Zmiany, których celem będzie przemeblowanie systemu i ustawienie trzeciej władzy w pozycji mniej kolizyjnej z rządzącymi.

Opozycję z kolei, która nie ma dziś żadnej merytorycznej oferty dla wyborców, konflikt wokół Trybunału wewnętrznie wzmacnia i spaja. Daje jej widoki na polityczne profity. Zwłaszcza że retoryka o zagrożeniu dla demokracji i widmie dyktatury zaczyna przekonywać wyborców. Tzw. obrońcom demokracji wygaszanie sporu i szukanie rzeczywistych kompromisowych rozmów nie jest więc na rękę.

Co innego jednak środowiska prawnicze, zaangażowane w spór i wieszczące ryzyko pojawienia się dualizmu prawnego. Od nich można oczekiwać umiaru i prawdziwej chęci zakończenia kryzysu.

Dla wszystkich tych środowisk projekt PiS jest więc testem na intencje, czy tylko o TK tu chodzi, czy może o fundamentalny brak akceptacji dla PiS u władzy.