Rz: Dziś rozpoczęcie roku akademickiego na wielu uczelniach medycznych. Pan postuluje, by do programu studiów wprowadzić medycynę pola walki.
Gen. bryg. prof. Grzegorz Gielerak: Nawet nie jako osobny przedmiot, ale moduł ratownictwa medycznego czy chirurgii. Uważam, że w dzisiejszych czasach, kiedy coraz częściej dochodzi do zdarzeń masowych, personel medyczny, czyli lekarze, pielęgniarki i ratownicy, powinni wiedzieć, jak postępować w takiej sytuacji.
A nie wiedzą?
Wbrew pozorom studia medyczne i zajęcia z ratownictwa medycznego nie uczą, jak prawidłowo zachować się w razie wybuchu czy ataku terrorystycznego, a poprawnie wykonywane procedury ratownictwa cywilnego mogą nawet szkodzić. Protokół postępowania w ratownictwie cywilnym jest zupełnie inny niż w ratownictwie wojskowym. Ratownik cywilny odruchowo najpierw przywraca oddech, a dopiero potem zajmuje się resuscytacją krążeniową. Tymczasem na polu walki zatamowanie krwotoku jest najważniejsze, bo w razie uszkodzenia tętnicy, np. kończyny ofiara może się wykrwawić, zanim zostaną podjęte czynności przywracające funkcję układu krążenia. Krwawienie z tętnicy udowej może się zakończyć śmiercią w ciągu dwóch–trzech minut. Zresztą w tamowaniu masywnych krwotoków świetnie sprawdza się sprzęt używany na polu walki.
Jaki?
Na przykład opaski uciskowe, które zaciska się w bardzo prosty sposób, a które każdy żołnierz ma na wyposażeniu, zawsze w zasięgu ręki, by mógł sam się uratować. Świetnie sprawdziłyby się także opatrunki hemostatyczne w postaci nasączonej gazy lub granulatu, zawierające substancje, które wiążą krew i tamują krwawienie.
Czy Szpitalny Oddział Ratunkowy Wojskowego Instytutu Medycznego (WIM) wykorzystuje sprzęt wojskowy?
WIM nieprzypadkowo jest centrum urazowym. Doświadczenie, jakie nasi lekarze zdobyli na misjach w Afganistanie i w Iraku, przydaje im się w codziennej pracy, w ratowaniu ofiar poważnych wypadków. Ze szpitali polowych przenieśliśmy np. organizację pracy – każdy członek zespołu urazowego ma przypisane zadania i wie, co robić w jakim momencie. Nie czeka na polecenie, ale postępuje według procedury, którą regularnie powtarza podczas ćwiczeń. Jednym z cennych doświadczeń z pola walki jest triage, czyli umiejętność właściwej segregacji rannych, by udzielać im pomocy w odpowiedniej kolejności. Wiadomo, że pierwszeństwo mają najciężej ranni, rokujący przeżycie. Żeby właściwie zdefiniować ten stan, wymagane są solidna wiedza i doświadczenie.
Jak często centrum wykorzystuje doświadczenie z misji wojskowych?
Jako jedyni w Polsce mamy pompę do szybkich przetoczeń krwi oraz płynów i wykorzystujemy ją średnio dwa razy w miesiącu, ratując ludzi, którzy leczeni standardowymi metodami nie mieliby szans przeżycia. Szkolimy też ratowników działających w terenie, bo każde osiedle może się stać polem walki, jeśli np. frustrat z wiatrówką zacznie strzelać do sąsiadów, a takie przypadki przecież mamy w Polsce. Członek ekipy ratunkowej musi wiedzieć, jak chronić się samemu, a jednocześnie umieć ratować kogoś pod ostrzałem. Uważam, że nie tylko medycy, ale jak najwięcej Polaków powinno znać te zasady, bo to może ocalić życie zarówno ratującego, jak i ofiary zdarzenia.
Postulował pan generał, by w ustawie o państwowym ratownictwie medycznym rozszerzyć uprawnienia ratowników wojskowych o dożylne podawanie niektórych leków i wykonywanie pewnych procedur medycznych, dziś zarezerwowanych dla lekarzy.
Na współczesnym polu walki nie ma lekarzy. Lekarz zajmuje się rannymi w szpitalu, bo jest zbyt cenny, by ryzykować jego życie i umiejętności pod ostrzałem. Dlatego do czasu przewiezienia do szpitala rannym zajmują się wyłącznie ratownicy, którzy udzielają mu wszelkiej potrzebnej pomocy, a to wiąże się czasem z intubacją, podaniem leków, wykonaniem procedur związanych z ratowaniem, do których dziś nie mają formalnych uprawnień.
Uwag nie uwzględniono. Może chodzi o tradycjonalistyczne podejście do podziału na zawody medyczne.
—rozmawiała Karolina Kowalska