[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/blog/2010/06/16/lukasz-warzecha-komorowski-w-pulapce-kaczynskiego/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b] [/wyimek] Kampania prezydencka Jarosława Kaczyńskiego zasługuje na podziw. Nie dlatego, żeby była prowadzona wyjątkowo profesjonalnie (nie brakuje w niej dobrych pomysłów, ale są i niezręczności) albo z powodu wyjątkowo celnego hasła wyborczego, ale dlatego, że za pomocą arcyprostego zabiegu strategicznego udało się zagrozić pozycjom pozornie znacznie silniejszego przeciwnika. Zaskoczenie i żelazna konsekwencja – te dwa czynniki, opisywane jako sprzyjające wygranej od czasów Sun Zu

, wybijają się na pierwszy plan.

[srodtytul]Strzał w dziesiątkę [/srodtytul]

Strategia Kaczyńskiego okazała się strzałem w dziesiątkę. Jak widać kilka dni przed wyborami w znacznym stopniu skomplikowała sytuację głównemu przeciwnikowi, doprowadzając wręcz do paniki w jego sztabie. Zabieg był prosty, ale wymagał tego właśnie, o co wcześniej bywało trudno: ogromnej konsekwencji. Obecna próba złagodzenia wizerunku PiS i jego prezesa nie jest przecież pierwsza. Poprzednia miała miejsce nie dalej jak półtora roku temu, ale nie przetrwała nawet dwóch miesięcy.

Platforma Obywatelska, mając w pamięci wszystkie poprzednie sytuacje, gdy Jarosław Kaczyński na chwilę łagodniał, aby po paru tygodniach albo nawet dniach wrócić do dawnej, napastliwej retoryki, mogła z powodzeniem zakładać, że tak będzie i tym razem.

Prawdopodobnie na tym założeniu opierała się strategia sztabu Bronisława Komorowskiego. Politycy PO mogli zakładać, że trzeba będzie nieco temu procesowi pomóc, aby go trochę przyspieszyć, ale to, że on będzie zachodził, uznawali za pewne.

Z przyspieszeniem mógł być niewielki problem: Platforma znalazła się w pułapce wytworzonej przez brak zgody opinii publicznej na pełny powrót do agresywnej retoryki sprzed 10 kwietnia oraz własny wizerunek partii spokojnej i defensywnej (oczywiście niezgodny z rzeczywistością, ale dość skutecznie ugruntowany u sporej części elektoratu, która gotowa była uznawać nawet Stefana Niesiołowskiego za osobę bezkonfliktową i łagodną). Nie był to jednak kłopot zasadniczy. Było jasne, że ani Bronisław Komorowski, ani Donald Tusk nie mogą uczestniczyć w podjazdowej wojnie, ale już Stefan Niesiołowski, Janusz Palikot czy wspierające PO "autorytety" – jak najbardziej.

[srodtytul]Łagodne głaskanie[/srodtytul]

Zgodnie z logiką wcześniejszej gry politycznej już po paru dniach podszczypywania powinien się zacząć wyłaniać dawny Jarosław Kaczyński. Jeśli dodatkowo założyć, że znaczącą rolę w kampanii odgrywaliby etatowi twórcy poprzednich – Adam Bielan, Michał Kamiński, Jacek Kurski – Platforma miałaby sukces w kieszeni. Po dawnemu mogłaby kontrastować swojego godnego kandydata zgody narodowej z agresywnym, konfliktowym, napastliwym PiS.

Ta kalkulacja została całkowicie zniweczona. Na pierwszy plan, mocą wyłącznej politycznej decyzji prezesa PiS, zostały wysunięte osoby o niebo trudniejsze do zaatakowania niż Kurski czy Kamiński: Paweł Poncyljusz i Joanna Kluzik-Rostkowska. Ich rzadkie wycieczki podjazdowe w kierunku PO – można je policzyć na palcach obu rąk – to łagodne głaskanie w porównaniu z tym, co działo się przy okazji poprzednich wyborów.

Sam Kaczyński wykonał nad sobą olbrzymią pracę, gruntownie przebudowując swój wizerunek i przede wszystkim nie pozwalając sobie na najmniejsze od niego odstępstwo. Musiało być dla niego jasne, że jakikolwiek wyłom w nowym obrazie zostanie natychmiast bezwzględnie wykorzystany przez przeciwnika i zniweczy wcześniejsze wysiłki sztabu PiS.

Konsekwencja się opłaciła. W kampanii zastosowano jeden z najprzebieglejszych chwytów erystycznych, polegający na wyprowadzeniu przeciwnika z równowagi swoim spokojem. I, tak jak w dobrze poprowadzonym sporze retorycznym, przeciwnik, pozbawiony stałego dotychczas i oczywistego punktu zaczepienia, zaczął panikować. Panika osiągnęła taki poziom, że nie wystarczyło już delikatne podszczypywanie Januszem Palikotem. Trefnisia z PO trzeba było spuścić z łańcucha całkowicie, a i tak skuteczność tego posunięcia okazała się zerowa.

[srodtytul]Wyszło groteskowo [/srodtytul]

Jarosława Kaczyńskiego nie udało się sprowokować, za to sondaż pokazał, że akcja w rodzaju kontrwiecu w Lublinie jest źle przyjmowana. Symbolem porażki tej niegdyś stuprocentowo skutecznej metody stał się wspólny występ Palikota i Jadwigi Staniszkis – udzielającej Jarosławowi Kaczyńskiemu mocnego wsparcia – w programie "Teraz my" w TVN. Do coraz bardziej poirytowanego posła z Lublina prof. Staniszkis mówiła z dobrotliwym uśmiechem: "A pana nadal nie ma".

Dodatkowo Platformie wymknęła się z rąk ta część kampanii, za którą odpowiadały dyżurne "autorytety", tworzące honorowy komitet poparcia Komorowskiego. W dawnej sytuacji łatwo byłoby zestawić ich napastliwość z retoryką Kaczyńskiego i twierdzić, że ta pierwsza to tylko odpowiedź na ataki PiS. Tym razem wyszło groteskowo: po jednej stronie spokojny i wyważony kandydat Prawa i Sprawiedliwości, po drugiej – roztrzęsiony Andrzej Wajda ogłaszający wojnę domową czy Władysław Bartoszewski groteskowo pokrzykujący o "hodowcy zwierząt futerkowych".

W tych okolicznościach dodatkowe kwestie, które niegdyś nie stanowiłyby większego problemu – takie jak nadzwyczajna skłonność Komorowskiego do kolejnych wpadek, czego nie mogą pomijać już nawet przychylne Platformie media – urosły do rangi autentycznego zagrożenia.

Strategia Kaczyńskiego jest zatem najprostsza z możliwych, ale wzmacniają ją znacząco trzy czynniki.

Po pierwsze – Polacy generalnie wolą polityków, którzy opowiadają się za zgodą i porozumieniem, a w sytuacjach konfliktowych są skłonni przyznawać rację spokojniejszemu. Nie jest to oczywiście jedyna ani może nawet główna cecha decydująca o popularności danej osoby czy ugrupowania, ale na pewno cecha znacząca.

Po drugie – Jarosław Kaczyński wpisał się idealnie w oczekiwania znacznej części opinii publicznej, rozbudzone przez wydarzenia 10 kwietnia, podobnie jak w 2005 roku Lech Kaczyński i PiS wyczuli nastroje znacznie lepiej od konkurentów (partii Jarosława Kaczyńskiego nie udało się to natomiast w roku 2007).

Po trzecie wreszcie – choć strategia jest, jako się rzekło, prosta, to jednak w wykonaniu akurat prezesa PiS – nieoczekiwana. Zaskoczenie zaś to jeden z kluczy do pokonania przeciwnika.

[srodtytul]Bez alternatywy[/srodtytul]

Gdzieś w tle pozostaje pytanie, czy swoją łagodnością i wstrzemięźliwością prezes PiS nie zraża do siebie jakiejś części wiernych wyborców. Tu jednak odpowiedź również jest prosta: w tych wyborach, zwłaszcza w niemal pewnej drugiej turze, nie mają oni alternatywy. Nowy Jarosław Kaczyński może budzić ich zastrzeżenia, ale nie na tyle, aby zostali w domu.

Platforma usiłuje atakować, kwestionując "autentyczność" przemiany Kaczyńskiego. O ile takie pytanie może mieć sens w wymiarze ludzkim czy psychologicznym, o tyle w wymiarze politycznym nie ma sensu najmniejszego. Tu bowiem liczą się nie wewnętrzne, psychologiczne zmagania aktorów politycznej gry, ale fakty. Tak zatem, jak nie są istotne upubliczniane wewnętrzne rozterki Kaczyńskiego wobec jego konsekwentnej odmowy uczestniczenia w agresywnej nawalance, tak samo nie liczą się retoryczne deklaracje Platformy o byciu partią zgody wobec bezpardonowego zawłaszczania przez nią kolejnych obszarów państwa.

[srodtytul]Gra akcentami[/srodtytul]

Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich. Przed oboma sztabami stanie nowe wyzwanie. Odpadną pomniejsi kandydaci, część spośród ich wyborców będzie chciała przerzucić głos na Kaczyńskiego lub Komorowskiego. To będzie gra o wszystko, choć przecież także z przyszłorocznymi wyborami parlamentarnymi w tle.

Pytanie, które już dzisiaj zadają sobie sztabowcy obu stron, brzmi: czy da się wygrać metodami z okresu przed pierwszą turą? Tu większy kłopot będzie miała zdezorientowana Platforma. W przypadku Kaczyńskiego jedno wydaje się oczywiste: powinien utrzymać generalny kierunek, czyli pozostać przy dotychczasowej strategii, ponieważ konsekwencja i spójność są jej immanentnymi cechami. Możliwa jest jedynie gra innym rozkładaniem akcentów, czyli taktyczne manewry.

[i]Autor jest publicystą dziennika "Fakt"[/i]