Nacjonalizm karmiący się mitem antypolskim
Litwini, uważając wileńskich Polaków za spolonizowanych rodaków i walcząc z wpływami polskimi, zrazili do siebie miejscową ludność. Ten błąd popełniają do dzisiaj – ocenia ekspert od spraw wschodnich Mariusz Kowalski
Już rok temu, kiedy współuczestniczyłem w opracowywaniu raportu przedstawiającego stan polskojęzycznych szkół na Litwie, doszedłem do wniosku, że są one słabo dofinansowane i wyposażone gorzej niż sąsiednie szkoły litewskojęzyczne. Bierze się to stąd, że szkolnictwo polskojęzyczne jest w większości na utrzymaniu samorządów (zdominowanych przez Polaków), szkolnictwo litewskojęzyczne zaś podlega administracji państwowej (zdominowanej przez Litwinów i mającej większe możliwości finansowe).
W praktyce wygląda to tak, że obok niszczejących "polskich" placówek powstają nowoczesne "litewskie". Te ostatnie też oczywiście są potrzebne. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego sponsorowana z budżetu państwa nowoczesność ma być adresowana tylko do ludności litewskiej lub chcącej się lituanizować. Przecież litewscy Polacy też płacą podatki.
? ? ?
Język litewski nie może być językiem obcym
Papież Jan Paweł II podczas wizyty w Wilnie nazwał mieszkających tu Polaków Litwinami polskiego pochodzenia. Wskazał zatem jasno, jakie jest obywatelstwo tej mniejszości – pisze litewski historyk Alfredas Bumblauskas
Nie rozumiem, dlaczego konflikt władz litewskich z mniejszością polską na Litwie urósł do takich rozmiarów. W końcu nawet Czesław Okińczyc, jeden z najbardziej znanych na Litwie działaczy mniejszości polskiej, przyznaje, że tak powszechnie dyskutowana ostatnio reforma oświaty na Litwie jest potrzebna. To przecież nienaturalne, że język litewski jest zdawany w tych polskojęzycznych szkołach jako język obcy. Zdawany w dodatku przez obywateli litewskich. To absurd, co przyznają nawet niektórzy przedstawiciele polskiej mniejszości. Jednak wspomniana reforma nie może być wprowadzana bez tzw. okresu przejściowego. Czesław Okińczyc słusznie twierdzi, że nowa ustawa powinna wejść w życie nie za dwa lata, ale za sześć.