Ostatni rok przyniósł autokompromitację liberalno-lewicowych elit komentatorskich w odniesieniu do bardzo często stosowanego przez prezydenta weta. Tabuny dziennikarzy, publicystów, naukowców i prawników sympatyzujących ze stroną nazywającą się „demokratyczną” prześcigały się w wymyślaniu argumentów, za pomocą których wykazywały – rzekome – nadużywanie władzy przez Karola Nawrockiego w tej właśnie materii. Nie szczędzono mu także brutalnych i obraźliwych epitetów. I czyniono to bez wstydu i zażenowania. Więcej, w poczuciu dobrze spełnianego obowiązku obrony konstytucji i standardów demokratycznych. Czas chyba na skończenie z tym niecnym procederem.

Trzeba zatem jasno powiedzieć: możliwość postawienia weta przez prezydenta jest jego prawem, wprost wypływającym z zapisów ustawy zasadniczej. Tej ustawy, o której łamanie oskarżano – i słusznie – PiS przez osiem lat jego rządów. Głowa państwa nie musi nawet uzasadniać swojej decyzji. I nie ma limitu owych wet. Tak, Nawrocki w sposób bezprecedensowy od 1990 r. korzysta z tej możliwości, ale nie narusza tym ani o milimetr pola swej aktywności, wyznaczonego przez konstytucję. Tyle w temacie uprawnień. Kto uważa inaczej, jest po prostu ignorantem lub zaślepionym emocjami kibolem politycznym. A jeśli tak, to nie powinien być komentatorem życia społecznego lub jego badaczem.

Karol Nawrocki łamałby konstytucję, gdyby… nie wetował

A politycznie? Czy wypada głowie państwa tak bardzo utrudniać życie rządowi? Wszak ustawa zasadnicza jasno stwierdza, że to właśnie rząd jest odpowiedzialny za kierowanie polityką państwa. Otóż jeśli prezydent pochodzi z innego obozu ideowego niż rządząca większość, to nie tylko ma prawo rzucania jej kłód po nogi i sypania piasku w tryby, ale nawet ma taki obowiązek. Z czego wynikający? Z bezpośredniej elekcji i mandatu społecznego w niej uzyskanego.

Foto: rp.pl/Weronika Porębska

Napiszę nieco aforystycznie: w 2023 r. ponad połowa głosujących opowiedziała się za tym, by Donald Tusk i jego sojusznicy wprowadzali ich programy polityczne, ale w 2025 r. ponad połowa głosujących opowiedziała się za tym, by nie mogli tego robić. Mówiąc bardziej precyzyjnie i politologicznie: trzy lata temu obecna większość sejmowa uzyskała legitymizację do urządzania Polski według własnego światopoglądu, ale rok temu Nawrocki uzyskał legitymizację do tego samego.

Gdyby obecny lokator Belwederu zamienił się w notariusza gabinetu Tuska, nie tylko postąpiłby podle wobec swoich zwolenników, ale działałby wbrew regułom demokracji, które skłaniać powinny uczestników gry politycznej do realizacji ich obietnic wyborczych i działania w zgodzie z głoszonymi w kampanii hasłami. Nawrocki stał się prezydentem, obiecując ograniczenie władzy obozu liberalno-lewicowego – i to robi. Gdyby tego zaniechał, postępowałby de facto niedemokratycznie i wbrew duchowi konstytucji.

Pretensje o weta Karola Nawrockiego można mieć do Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Geremka czy Tadeusza Mazowieckiego

Nie przez przypadek powołała ona do życia dwugłową egzekutywę. Głównym celem było ograniczenie uprawnień prezydenta, ale także samowładztwa większości sejmowej. Jeśli ktoś narzeka na te zapisy, niechaj ma pretensje do Aleksandra Kwaśniewskiego, Bronisława Geremka czy Tadeusza Mazowieckiego. To oni, nie bez racji, uważani są za „ojców założycieli” naszego ustroju. Ustroju zaprojektowanego przeciwko Lechowi Wałęsie i „innym Wałęsom”. Mieli zresztą dużo racji. Jeśli nie ma się mózgu muszki jednodniówki, to pamięta się, jak nasz noblista falandyzował prawo, zwoływał narady generałów w celu głosowania nad wotum zaufania dla cywilnego ministra obrony, a nie mogąc pogodzić się z porażką wyborczą, oskarżył urzędującego premiera o bycie agentem rosyjskim, czy też proponował, by w sejmie osoby homoseksualne siedziały w ostatnich rzędach, a najlepiej „za murem” (ta hańbiąca wypowiedź miała miejsce już po zakończeniu przez niego prezydentury).

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Karol Nawrocki po raz pierwszy przyznał, że jego władza jest ograniczona

Jak widać, obecny obóz „demokratyczny” jest w pełni odpowiedzialny za zapisy naszej konstytucji i za nasz ustrój polityczny. To nie Nawrocki z Kaczyńskim go stworzyli. Jest on dzieckiem tych, których pogrobowcy dziś tak zapalczywie i zajadle atakują obecnego głowę państwa za korzystanie z zapisów obowiązującej ustawy zasadniczej.

Weta prezydenta zabezpieczają nasz ustrój przed jedynowładztwem potężnego premiera

Na marginesie – pisałem swego czasu w „Rzeczpospolitej” o tym, że akurat ta niejednoznaczność naszego systemu politycznego, zawieszonego między parlamentarno-gabinetowymi rozwiązaniami a semiprezydencjalizmem, wcale nie jest taka zła i nie musimy dokonywać korekty ustroju w kierunku albo czysto prezydenckim, albo kanclerskim. Obecne rozwiązania, choć powodują pewien chaos, zabezpieczają nas jednak po części przed jedynowładztwem potężnego premiera lub równie mocnego prezydenta i skutecznie równoważą dwa ośrodki władzy wykonawczej.

Wracając do Nawrockiego i jego „grzechu” wetowania. Ma on tak wiele politycznie za uszami, że jego krytycy naprawdę nie powinni narzekać na brak powodów do załamywania rąk nad losem Rzeczypospolitej pod jego przywództwem. Ale akurat atakując go za korzystanie z konstytucyjnego prawa weta, trafiają kulą w płot. W dodatku we własny płot.

Autor

Marek Migalski

Politolog, profesor Uniwersytetu Śląskiego