Redaktor naczelny „Kultury Liberalnej” Jarosław Kuisz napisał w „Rzeczpospolitej” o kresie giedroyciowskiego „cielęcego proamerykanizmu”, a prof. Jan Zielonka sugeruje pożegnanie z mitem w świetle cichego porozumienia Białego Domu z Kremlem. Różni autorzy wskazują, że Polska stanęła przed wyborem, a nawet że jest zmuszona do oparcia się na Europie zamiast na Ameryce.
Diagnozy i argumenty te trafnie oddają skalę obecnej niepewności, lecz jednocześnie sugerują, że polska orientacja atlantycka była ponikąd oparta na emocjonalnym wyborze bazującym na idealizacji sojusznika. Ten obraz jest uproszczeniem. Proamerykański kurs po 1989 r. nie wynikał z zamilowania Polaków do USA, lecz z racjonalnej kalkulacji strategicznej. Był przede wszystkim odpowiedzią na położenie geopolityczne państwa średniej wielkości na wschodnich peryferiach Europy, asymetrię sił w ramach europejskiego systemu bezpieczeństwa oraz brak alternatywnych, wiarygodnych gwarancji odstraszania.
Czytaj więcej
Mit Ameryki jest w Polsce wciąż żywy, bez względu na rozczarowania. Trudno nam przyjąć do wiadomo...
Atlantyzm pełnił także funkcję równoważenia relacji z silniejszymi aktorami europejskimi i wzmacniania pozycji Polski w strukturach Zachodu. Owszem, wokół USA istnieje specyficzna mitologia, obecna w języku elit i debacie publicznej, lecz miała ona zawsze charakter wtórny. Służyła raczej legitymizacji wyborów podyktowanych interesem państwa niż stanowiła ich rzeczywiste źródło.
Czy nieobliczalność Waszyngtonu musi oznaczać koniec relacji transatlantyckiej?
Nie ulega wątpliwości, że zmieniające się realia geopolityczne wymuszają dziś ponowną ocenę tej kalkulacji. Nieobliczalność Waszyngtonu stała się realnym problemem strategicznym. Nie musi jednak oznaczać absolutnego końca relacji transatlantyckiej. Wymaga raczej selektywnego podejścia i pytania, które elementy dotychczasowego partnerstwa da się utrzymać, a które wymagają redefinicji – czy to tymczasowej, czy trwałej.