Przyszliśmy we dwóch – tzn. Donnie i ja. Nie, żeby przyciągnęła nas witryna sklepu – „Rękodzieło inuickie”. Bo ani nie wiemy, co to inuickie, ani nie kręcą nas witryny z nabazgranymi na drewnie hasłami. Tandeta. Ale znamy się na rękodziele. Oj, znamy się. W zasadzie to nasz fach.
Przyszliśmy, bo wiemy, na czym można zarobić. A ten sklepik, mimo że dziwaczny, pachniał forsą już na odległość.
Za ladą stoi jakiś gość. Rysy dziwne, jakby nie nasze, nowojorskie. A za nim na półkach jakieś woreczki, kryształy, proszki, cholera wie co. Ale ceny robią wrażenie.
– Hej – mówię – z właścicielem byśmy pogadali. A on na to, że to on.
– Fajny ten sklep. Choć tanio nie jest – zagajam. A on nic, stoi i patrzy. I ja już wiem, że on wie, z kim ma do czynienia.
– Przejęlibyśmy go – walę więc bez ogródek. A on dalej patrzy.
– Kojarzysz sklepik Nikiego Maduro? No ten: oleje, gumy, jakieś plastikowe badziewie – mówię. I widzę, że kojarzy. – No to już nie jest to sklep Nikiego. Teraz to już jest nasz sklep. A Nikiego już nie ma. Przepadł. Zniknął. Taka sytuacja, widzisz.
A on cały czerwienieje i coś tam mamrocze, że sklep niby pradziadek zakładał, to biznes rodzinny i on nigdy go nie sprzeda. Jakby ktoś coś mówił o sprzedaży. Ręce mu latają, gdy mówi o tradycji, spuściźnie, wartościach niematerialnych. Nie on pierwszy. Im wszystkim zawsze ręce latają, słowa więzną w gardle, pot wstępuje na czoło, znam to, bo widziałem. I nagle wspomina o bogatym wujku z koneksjami. I tu mnie ma, bo ten wujek to nie byle łachudra, choć z większymi już zadzieraliśmy.
Patrzę mu w oczy i cedzę: – Zastanów się. Bo my tu jeszcze na pewno wrócimy – i na odchodne rzucam, jakby od niechcenia: – Żony Nikiego też nikt nie widział.
***
Wracamy tydzień później. Jak zawsze – Donnie i ja. A on? Stoi tam, gdzie stał. Trochę bardziej przestraszony niż ostatnio. To dobrze. Ale ma szczęście, choć o tym nie wie. Chłopaki, ci bardziej łebscy, nie od rękodzieła, jak my, popytali, rozeznali się w biznesie i policzyli.
– No dobra. Odkupimy tę budę – walę od razu. Trochę go to uspokaja. I dobrze. Mniej czujny klient zapomina, że jednak robimy w rękodziele, od handlu są inni. Chwilę milczy i pyta, za ile. Srety, tety, dziedzictwo kulturowe i tradycja, o której tak pięknie, choć nerwowo, opowiadał tydzień temu. Kasa to kasa. I on to wie, i my to wiemy.
– Sto tysięcy dolarów – rzucam od niechcenia, poprawiając garnitur od Zegny, świeżo kupiony na 57. ulicy. Donnie zresztą ma podobny, tylko droższy.
Czytaj więcej
Administracja Donalda Trumpa rozważa kuszenie Grenlandczyków dużymi sumami pieniędzy, by skłonić ich do dokonania secesji od Danii, co miałoby umoż...
– Nie sprzedam – odpowiada. I znów mówi o tym wujku.
– Ten twój koleżka mieszka po złej stronie wielkiej wody. Może i coś tam może, a z pewnością może nam naskoczyć – mówię, lekko już poddenerwowany. – Ale niech będzie, szanujemy go. Nie chcemy zwady, ale chcemy też ten sklep i te kryształki, które w nim masz. Więc przemyśl to dobrze. Bo jak przyjdzie co do czego, to wujek zza wody ci nie pomoże. Nawet jakby zwołał tę całą swoją bandę rozleniwionych sybarytów.
Odwracam się i wychodzę. A za mną Donnie, oczywiście. Coś się tu na pewno jeszcze wydarzy. Nawet wiem już chyba co. Ale on nie wie. I w tym nasza siła.
Czytaj więcej
W próbach reformy polskiego rynku pracy widać wszystkie problemy wewnętrzne koalicji rządzącej. Rozdarcie między koniecznością reform a poglądami w...